Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Boliwia. Dzieci z dwóch kontynentów

13.06.2014 Misyjny Sekretariat

Boliwia Misje franciszkańskie | Sekretariat Misyjny

Od kilku lat pracują w jednym z poznańskich domów dziecka oraz w Domu Pomocy Społecznej „Serafitki”. Niedawno wróciły z Boliwii, gdzie przez rok pomagały jako wolontariuszki w internacie św. Franciszka w Cochabamba. Wierzą, że praca z dziećmi to ich misja: „Pan Bóg postawił dzieci na naszej drodze, ale tak się złożyło, że postawił je na dwóch odległych kontynentach” – wyjaśniają wolontariuszki.

Nasza praca w Boliwii polegała na wykonywaniu bardzo prostych, codziennych obowiązków. W internacie mieszka 60 dziewczynek w różnym wieku. Najmłodsza jest Micaela, która ma 3 lata, a najstarsza Isabel, kończąca już studia. Pracują tu trzy siostry Boliwijki ze Zgromadzenia Sióstr Sercanek. Na początku nie mogłyśmy sobie wyobrazić, jak trzy osoby mogą zadbać o dom, w którym mieszka tak dużo dzieci. Okazuje się jednak, że to możliwe. Większość prac domowych dziewczynki wykonują same: same gotują, sprzątają, piorą (co nas zaskoczyło, wszystko piorą ręcznie). Tylko przedszkolaki są zwolnione z obowiązku prania - robią to za nie starsze dziewczynki, my również im w tym pomagałyśmy. Starsze dzieci, mniej więcej od pierwszej klasy szkoły podstawowej, wypełniają już wszystkie swoje obowiązki samodzielnie. W związku z tym dziewczynki mają niewiele czasu na zabawę. Więcej wolnego mają tylko w weekendy. Grają wtedy w piłkę, w gumę, w linkę, czasem oglądają telewizję. Nikt tu nie gra w gry komputerowe, nie istnieją tu także konsole do gier.

Naszym zadaniem była głównie opieka nad najmłodszymi dziećmi. Trzeba było przypilnować, żeby się wykąpały, zmieniły bieliznę, umyły zęby. Wiele z nich nie ma takich nawyków wyniesionych z domu. Trudno jednak oczekiwać, że dziewczynki będą korzystały z prysznica, kiedy w domu nie miały łazienki ani ubikacji, albo że będą myły podłogę skoro w domu zamiast niej miały zwyczajną ziemię. Niektóre dzieci dopiero się wszystkiego uczą, zdarza się, że młodsze dziewczynki, które jeszcze nie zaczęły nauki w szkole, przychodząc do internatu nie mówią w ogóle po hiszpańsku, tylko w języku keczua. Wszystko jest więc dla nich nowe.

W ciągu dnia wolontariusz ma zawsze pełne ręce roboty. Nasz dzień rozpoczynamy o 6:30. Jedna z nas od rana zaprowadza pierwszo- i drugoklasistki do szkoły. Nasze przedszkolaki chodzą na tzw. turno tarde, czyli zmianę popołudniową, więc od rana pomagamy im w odrabianiu lekcji (tak, przedszkolaki też mają tu zadania domowe! Czasami nawet całkiem sporo…). Około południa ze szkół wracają dziewczynki z turno mañana, czyli zmiany porannej. Po szkole dzieci mają czas na obiad, wypranie swoich rzeczy, chwilkę odpoczynku. Od 15:00 zaczyna się odrabianie lekcji, które trwa do 18:00. Trzy godziny – wydawałoby się, że to dużo, ale często brakuje czasu, żeby każdej dziewczynce wystarczająco pomóc. W tym czasie jedna z nas odprowadza też codziennie inną grupę dziewczynek na zajęcia z baletu. Po 18:00 dziewczynki wspólnie z siostrami odmawiają różaniec. Codziennie modlą się za siebie nawzajem oraz za wszystkie osoby, które im pomagają i wspierają je. Wieczorami pomagamy starszym dziewczynom w angielskim lub prowadzimy zajęcia psychoedukacyjne. Pomagamy również młodszym w kąpieli i dopilnowujemy, by umyły zęby. Dzień naszej pracy kończy się około godziny 22:00.

Wiele osób pyta nas, czy widzimy różnice między domem dziecka w Polsce, a tym w Boliwii. Trzeba przyznać, że jest ich bardzo dużo. W Boliwii jest na pewno biedniej. Dziewczynki na śniadanie jedzą bułkę z margaryną, albo z dżemem, czasami z serem. Nigdy jednak nie ma bułki i z masłem i z serem. Na obiad zwykle jest ryż, mały kawałek mięsa i trochę surówki. Na kolację dziewczynki najczęściej jedzą zupę, która zazwyczaj smakuje podobnie, zmienia się tylko dodatek do niej i zamiast pomidorówki czy ogórkowej jest zupa z ryżem, z makaronem lub zupa z quinoa . Tutaj nikt nie wybrzydza, nie zostawia jedzenia na talerzu. Nawet jeśli jakaś dziewczynka czegoś nie lubi, to i tak zjada bez grymaszenia, bo wie, że nie będzie nic innego w zamian. Słodycze są tutaj luksusem, nie ma drożdżówek, jogurtów, soczków czy batoników. Na podwieczorek najczęściej jest banan, jabłko lub papaja, czyli owoce, które rosną w Boliwii i są najtańsze. Inną różnicą jest to, że dzieci w sierocińcu w Boliwii mają dużo więcej obowiązków - pranie, gotowanie, sprzątanie – a co za tym idzie o wiele mniej czasu na zabawę. Ale dziewczynki są takie, jak inne dzieci na całym świecie: śmieją się, bawią, płaczą, kłócą, obrażają, żartują i rozrabiają, tak jak dzieci w Polsce. I mimo, że mają niewiele, potrafią cieszyć się i docenić to co mają, lub to co dostają. Cieszą się z tego, że ktoś im kupi skarpetki, albo da ołówek. To umiejętność, którą my zatraciliśmy w naszym rozwiniętym świecie. Często mamy bardzo dużo, ale nie czujemy się szczęśliwi, bo czegoś ciągle nam brakuje. Dzieci w Boliwii mają bardzo niewiele i chyba dlatego potrafią cieszyć się tym, co mają. I tak, jak wszystkim dzieciom na świecie, najbardziej potrzeba im miłości, tego żeby z nimi porozmawiać, poświęcić swój czas, pobyć razem, przytulić. I to chyba jest nasze największe zadanie – starać się choć trochę zapełnić to ogromne pragnienie miłości, jakie w sobie noszą.

Byłyśmy na misjach po to, żeby pracować, być z dziewczynami, pomagać im, dawać im siebie. Jednak tak naprawdę również my wiele od nich dostałyśmy i to zupełnie za darmo. Otrzymałyśmy mnóstwo miłości i serdeczności, zwykłej codziennej radości z małych rzeczy. Bycie tutaj to niezwykła lekcja doceniania każdego dnia, wszystkiego co nas spotyka i radowania się z tego. Pobyt na misjach to również nauka pokory i cierpliwości, stawiania sobie wymagań i realizowania ich krok po kroku, mimo pojawiających się przeszkód.

Każde z dzieci, którymi się zajmujemy, zarówno te z Polski jak i z Boliwii jest dla nas szczególne, każde z nich nas potrzebuje. One tęsknią, kiedy nas nie ma i my też za nimi tęsknimy. Dlatego nasza przygoda misyjna nie skończyła się po pierwszym razie, ale planujemy dalsze wyjazdy. Właśnie po to, żeby pełnić naszą misję z dziećmi, które Pan Bóg postawił na naszej drodze. A tak się akurat złożyło, że postawił je na dwóch odległych od siebie kontynentach.

Joanna Trawczyńska i Dominika Cieślak/red.



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij