Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Boliwia. O. Marek Krupa: Doświadczyłem choroby na misjach.

05.06.2014 Misyjny Sekretariat

„Przez pół roku byłem zupełnie sparaliżowany, potem sześć miesięcy poruszałem się na wózku, sześć miesięcy o kulach. Wszystkiego trzeba było uczyć się od nowa” – opowiada o. Marek Krupa, misjonarz z Boliwii, który dwa i pół roku temu poważnie zachorował.

 

"Zachorowałem 18 maja 2011 roku. Gdy trafiłem do szpitala, mogłem jeszcze chodzić o własnych siłach, ale już 21 maja przewróciłem się w szpitalu, idąc do toalety. Nie udało mi się ani tam dojść, ani wrócić. Musieli donieść mnie na łóżko, na którym już pozostałem, sparaliżowany przez kolejnych sześć miesięcy…"

Choroba

"Tak prawdę mówiąc to były dwie choroby… Pierwsza z nich, tropikalna - Denga, która wywołała tę drugą chorobę." – mówi ojciec Marek. Denga jest wirusową chorobą tropikalną przenoszoną przez komary. Jej główne objawy to wysoka gorączka oraz silne bóle i sztywność stawów. Choroba powoduje też spadek odporności organizmu. Tak jak w przypadku o. Marka wirus ten może uaktywnić inne choroby znajdujące się w organizmie człowieka.

"Drugą chorobą, która właśnie ujawniła się u mnie w tym czasie był zespół Guillaina-Barrégo pojawiający się w wyniku ataku wirusa. Atakuje on osłonkę mielinową włókien nerwowych. Nie jest to wirus, którym można się zarazić z zewnątrz. Działa on podobnie jak w przypadku komórek raka – istnieją one już w organizmie i w pewnym momencie mogą się uaktywnić. Tak bywa również z wirusami – one są wewnątrz i uaktywniają się, gdy coś dzieje się w organizmie. W przypadku tej choroby, wirus atakuje, gdy odporność jest bardzo słaba. Najczęściej robi to właśnie „zjadając” tę osłonkę mielinową. Wówczas u człowieka następuje paraliż oraz zanik mięśni. Również u mnie wszystko potoczyło się bardzo szybko".

"Podczas choroby ważyłem 42 kg. Sześć miesięcy byłem zupełnie sparaliżowany, potem sześć miesięcy poruszałem się na wózku, sześć miesięcy o kulach… Wszystkiego trzeba było się po prostu uczyć od nowa – czytać, pisać, rysować, wycinać, trzymać szklankę, długopis, widelec. Musiałem nawet na nowo nauczyć się uśmiechać, opanować całą mimikę. To samo dotyczyło również wszystkich odruchów, które mamy już wyuczone jak na przykład poruszanie powiekami. Nie zamykałem powiek - przez prawie pół miesiąca, miałem otwarte oczy i sparaliżowane gałki oczne, więc właściwie patrzyłem tylko w jeden punkt. W zależności od tego czy przełożyli mnie na lewy czy na prawy bok, mogłem widzieć coś innego".

"Problemem było także jedzenie. Najpierw przyjmowałem je z kroplówki, potem można było je zmienić na pokarm miksowany podawany przez rurkę, a później normalny, ale gotowany, by łatwo było go połknąć. W przewodzie pokarmowym też zatrzymały się wszystkie mięśnie, dopiero po sześciu miesiącach zaczęły z powrotem pracować".

"Następnym etapem było, kiedy z łóżka udało mi się wejść na wózek - tak funkcjonowałem prawie pół roku. Później – oczywiście dzięki intensywnej rehabilitacji – nauczyłem się chodzić o kulach i poruszałem się tak również mniej więcej przez sześć miesięcy. W tamtym roku byłem w kwietniu w Polsce i przyjechałem do kraju jeszcze na wózku. Później była rehabilitacja szpitalna i pobyt w sanatorium. Po rehabilitacji szpitalnej udało mi się zostawić wózek i używać tylko kul. Po pobycie w sanatorium odstawiłem kule. W Boliwii też miałem rehabilitację – trzy razy dziennie. Rano, w południe i wieczorem, trwała ona około 1,5 godziny. Był to dość długi proces. W tej chwili mijają już ponad dwa lata od choroby i wciąż muszę kontynuować rehabilitację".

Czas bólu czasem jedności

Jak przyznaje ojciec Marek, trudny czas choroby pozwolił mu zobaczyć wiele pięknych przykładów jedności ludzi w jego otoczeniu i świadectwa ich dobra oraz wiary: "Niesamowita była solidarność tych ludzi, którzy odwiedzali mnie w czasie choroby. Najpierw w szpitalu, a później w klasztorze, bo tam też miałem dostosowany do mojej choroby pokój – ze specjalnym szpitalnym łóżkiem, także niektóre meble zostały usunięte. Wyglądał więc trochę jak pokój szpitalny, który jednak często zmieniał się w kaplicę, bo przychodzili do mnie ludzie i modlili się. Dzieci, młodzież, katecheci… Wszyscy. Miało to jakiś bardzo solidarny wymiar, czuć było wielką jedność. Urocze było to, gdy dzieci przynosiły swoje grosiki i mówiły – to dla Ojca na lekarstwa… Wiadomo, że to było bardzo symboliczne, ale pieniądze, które one zaoszczędziły i mogły wydać na cukierki czy swoje „recreo” (swój czas wolny, rekreację), zbierały i chciały w ten sposób pomóc. Podobnie zachowywały się dzieci, które zarabiają przeważnie czyszcząc buty, albo sprzedając jakieś cukierki czy ciastka. To było dla mnie bardzo miłe".

"W ciągu dnia była tylko jedna godzina, w której mogli mnie odwiedzać ludzie z zewnątrz. Potem był czas na odpoczynek i czas na rehabilitację. Musiałem wykonywać wtedy mnóstwo ćwiczeń. Gdy jednak nadchodził czas odwiedzin, to ustawiały się kolejki – ludzie przychodzili nawet na kilka minut. Jedni śpiewali pieśni religijne, inni się modlili, a jeszcze inni mówili – organizujemy teraz akcję – będziemy sprzedawać posiłki, aby wspomóc Ojca rehabilitację. To była bardzo piękna solidarność, która zawiązała się w różnych miejscach - nie tylko wśród moich parafian, ale w różnych miejscach, gdzie pracowałem, albo gdzie ludzie mnie znali lub współbracia opowiedzieli, że jest jestem w takiej sytuacji. To było bardzo miłe. Zresztą ludzie tam reagowali tak nie tylko ze względu na mój przypadek - tam gdy się coś dzieje z kimś z parafii, to ludzie sami się organizują, aby pomóc tej osobie. Gdy więc poznali moją sytuacje, też chcieli to zrobić".

 

"W czasie choroby byłem zupełnie uzależniony od innych ludzi. To uczy bardzo wiele. Opiekował się też mną jeden Boliwijczyk, który powiedział, że skoro misjonarze przychodzą do nas, żeby mówić nam o Panu Bogu, to on też może się poświęcić, żeby być dla nich w momencie, gdy tego najbardziej potrzebują. I rzeczywiście był - jako mój opiekun. Zajmował się mną prawie 24 godziny na dobę, na zmianę z inną panią i z siostrą zakonną. W tej chwili on przygotowuje się do diakonatu stałego. Dał swoim czynem piękne świadectwo – poświęcił swój czas na to, żeby przewracać mnie co pół godziny z jednego boku na drugi, zmieniać pościel, gdy była potrzeba, myć, karmić… Mam w sercu wielką wdzięczność tym wszystkim, którzy byli przy mnie w czasie mojej choroby i wspierali – zarówno swoją obecnością jak i modlitwą oraz materialnym wsparciem."

Opowiedział o. Marek Krupa 
opr. Agnieszka Kozłowska

 

O. Marek Krupa pracuje w Boliwii, w miejscowości Santa Cruz. O jego pracy misyjnej można przeczytać więcej w artykule "Odpowiedzialność ochrzczonych"



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij