Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Być Dobrym Pasterzem w dzisiejszym świecie

16.04.2015

Być mądrym pasterzem

Bycie mądrym (pasterzem) zakłada bogatą gamę zachowań. Nie sposób opisać ich wszystkich w jednym tekście, ująć w jednym artykule. Nie oznacza to jednak, że nie należy próbować, zaznaczając jednocześnie, że po nim, albo przed nim, winny pójść inne wypowiedzi i inne teksty. Miałem już okazję pisania na temat mądrości,[1] ale ciągle chętnie do niej wracam, bo sądzę, że jest jedną z ważnych postaw, o jakie winien zabiegać współczesny człowiek, w tym także kapłan.

1. „Tego samego dnia” (Łk 24,13). Cierpliwość w podejmowaniu ważnych decyzji

Jest czymś interesującym i zarazem nieco szokującym, że owi uczniowie w takim pośpiechu opuścili Jerozolimę. Jeszcze tego samego postanowili udać się do oddalonego o sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy Emaus. Skąd ten pośpiech, dlaczego zabrakło im minimum cierpliwości, aby chwilę jeszcze zaczynać, pozostać w Jerozolimie kilka następnych dni, zobaczyć, co będzie się działo, jak potoczy się dalej sprawa z Jezusem? Nic z tego! Dali się unieść emocjom, uznali, że wszystko już skończone i trzeba zacząć wszystko od nowa.

Jednym z poważnych problemów współczesności, który dotyka również pewną grupę duchownych, jest problem myślenia, poważnej i pogłębionej refleksji nad tym, co dzieje się w nich i wokół, co przeżywają sami, ich wierni i świat, w którym pełnią posługę duszpasterską. Oczywiście, jestem daleki od twierdzenia, że świat przestał myśleć. Tak nie jest, chociaż uważam, że nie myśli już tak, jak należałoby myśleć, jaka jest tego konieczność. Odnosi się wrażenie, jakoby coraz mniejszy procent ludzi (w tym także duchownych) myślał poważnie, zastanawiał się nad tym, co robi, dlaczego tak robi, czemu służy to, co robi itd.? Wzrasta natomiast procent ludzi, którzy biernie przyjmują to, co mówią im „media”, środki przekazu.

Jednym z najważniejszych zadań, przed jakimi staje dzisiaj kapłan, jest nagląca potrzeba powrotu do myślenia, z którego rodzi się mądrość decyzji. Świat współczesny wymaga od niego, aby sam myśląc, uczył jednocześnie myślenia innych. Jest to jeden z nieodzownych aspektów bycia pasterzem, mistrzem powierzonej sobie trzody! Kapłan jest powołany, aby być ekspertem od myślenia, ponieważ w ten tylko sposób będzie mógł czytać i interpretować znaki czasu, odczytywać mowę Boga do ludzi.

Być pasterzem myślącym    

Mówi się, że jakoby Cyrus, król Presów (ok. 590-529 przed Chr.), znał na pamięć imiona wszystkich swoich żołnierzy, a Mitrydates[2] wymierzał sprawiedliwość w dwudziestu dwóch językach swojego wielkiego imperium. Z doświadczenia wiadomo jednak, że autentyczne myślenie jest czymś innym, niż tylko dobra, czyli pojemna pamięć. Myśleć nie ogranicza się wyłącznie do przywoływania zdarzeń z przeszłości, coś takiego czyni również komputer, który dysponuje wręcz o wiele lepszą pamięcią od człowieka. Tego natomiast, czego nie potrafi czynić komputer, to myśleć. Komputer nie potrafi przerabiać inteligentnie i zarazem etycznie/odpowiedzialnie posiadanych przez siebie danych w kontekście swoich planów, realizacji ukrytych pragnień.

Dość powszechnie przyjmuje się, że polski termin myślenie, który oznacza osobę ‘skłonną do rozmyślań’, znajduje się u korzeni innego pojęcia, a mianowicie myśliwego.[3] Już samo tylko zbliżenie do siebie tych dwóch pojęć: myślenie – myśliwy, sugeruje, że również ten, kto myśli, zachowuje się w dużym stopniu podobnie do myśliwego; ten ostatni ugania się za zwierzyną, podczas gdy osoba myśląca „ugania się” za rozwiązaniem jakiegoś problemu, które stawia życie lub ona sama. Od jednego i drugiego: od myśliwego i myślącego, żąda się czujności i ostrożności, ale również określonej odwagi. Ona właśnie pozwala im zająć właściwe „miejsce”, które – w przypadku myśliwego – rokuje nadzieję na znalezienie łownej zwierzyny, w przypadku natomiast osoby myślącej, daje nadzieję na rozwiązanie problemu. Każdy z nich korzystać musi przy tym z właściwych narzędzi, postaw/zachowań. Wymaga się od każdego z nich określonej dyscypliny/ascezy, aby nie przegapić momentu, kiedy zwierzyna (zaś w przypadku myślenia: rozwiązanie problemu) pojawi się na horyzoncie. Terenem działania osoby myślącej nie jest więc obszar łowczy, ale przeciwnie – rozum oraz to, czego doświadcza. Wszystko, co widzi i co odbiera, poddaje wnikliwej/krytycznej analizie, rozważa w szerokim kontekście innych zdarzeń i wyciąga wnioski.

Inne jest pochodzenie włoskiego terminu pensare (myśleć). Znawcy wskazują, że pochodzi ono od czasownika pesare, czyli „ważyć”, ale też „ciążyć”, stąd też obciążać itd. Jak widać posiada ono w tle ideę wagi. Trzymając się tej idei, myśleć oznaczałoby tyle samo, co „ważyć” rozsądnie to, co się mówi, ale także dokonywać rozsądnej oceny tego, co się widzi i słyszy, co się zna lub o czym się pamięta; tylko wówczas podjąć można słuszną, czyli mądrą („wyważoną) decyzję. Lecz ‘ważyć’ znaczy także ocenić, co z kolei pozwala stwierdzać, co jest (merytorycznie) lżejsze, co cięższe, czemu dać wartość, czemu zaś ją odebrać, co jest istotne, co takim nie jest. Poprawne myślenie, które wyraża się w formułowaniu idei, wymaga zawsze pewnego stopnia „abstrakcji od” kontekstu, wewnątrz którego powstaje. Musi wyrazić w słowach syntetycznych i zarazem zrozumiałych to, o czym myśli, bo tylko w ten sposób jego idee zostaną zrozumiałe przez maksymalną liczbę odbiorców.

Nie działać pochopnie  

Umysł ludzki nie tylko rejestruje zdarzenia, ale stara się zrozumieć ich głębszy sens, odkryć ich pośrednie czy bezpośrednie przyczyny, odczytać ich znaczenie dla siebie lub otoczenia. Interpretacja, której dokonuje umysł, jest ważna i stawia człowieka wysoko ponad to, co sam tworzy. W istocie umysł jest idealnym modelem tego, co tworzy.  Tworzy komputery na swój obraz, nie odwrotnie. Jesteśmy istnieniami rozumnymi i chcemy, aby były nimi również przedmioty, które wytwarzamy. Kiedy ktoś mówi: „Zrozumiałem!”, znaczy, że „uchwycił sens tego, co było mu komunikowane”. „Uchwycić sens” znaczy zrozumieć znaczenie, wejść w detale zdarzenia, związać w jedno liczne wątki przyczyn i środków, które znalazły się u korzeni jakiegoś wydarzania. Kiedy więc czuję się słabo, zadaję pytanie, dlaczego? Co jest przyczyną mojego zmęczenia? Analogiczny proces myślowy ma miejsce w odniesieniu do innych, ważniejszych spraw. W obliczu kryzysu ekonomicznego czy też gorszego jeszcze kryzysu wartości, umysł pyta: „Jakie są jego przyczyny?” Oznacza, że szuka zrozumienia jego przyczyn, czego nie szuka komputer. Umysł pyta o przyczyny, ponieważ wie, że wyłącznie wtedy będzie można znaleźć drogi wyjścia z kryzysu i uniknąć kolejnego w przyszłości. 

Umysł, który rejestruje zdarzenia i dokonuje ich etycznej i moralnej interpretacji, dochodzi powoli do (głębszego) zrozumienia. Mówimy wtedy, że dojrzewa do podjęcia słusznej, jego zdaniem, decyzji i bycia jednocześnie odpowiedzialnym za jej realizację. Bez zgłębiania poznawania nie sposób mówić o dojrzałości. Ktoś może być posunięty w latach, ale psychicznie niedojrzały w życiu, dlatego poziom jego odpowiedzialności będzie również niski. Bez krytycznego myślenia słabnie odpowiedzialność. Nikt nie pociąga swojego PC do odpowiedzialności za wykasowanie fragmentu tekstu, ale człowieka tak. Myślenie i poczucie odpowiedzialności idą w parze. Myślenie odpowiedzialne jest kluczem do dojrzałości.

Prawda kryje się w faktach i zdarzeniach, lecz póki nie zostaną one poprawnie odczytane, prawda faktów i zdarzeń pozostanie na zawsze zakryta. Prawda kryje się w ludzkim umyśle, który gromadzi dane, aby następnie dokonać ich odpowiedzialnej przeróbki. Współczesny człowiek zdaje się przypominać zachowanie swoich odległych przodków, którzy trudnili się głównie zbieraniem i gromadzeniem dóbr, nie zaś ich intelektualną przeróbką. Dzisiejszy człowiek gromadzi różne doświadczenia, ale nie poddaje ich analizie, nie wyciąga wniosków i nie ocenia, które z nich było dobre, które nie, jakie zachowanie lub jaka egzystencjalna sytuacja spowodowała jego (moralny) upadek czy ekonomiczny kryzys.

Nie mechanik, ale inżynier spraw ludzkich

Prawdziwe myślenie posiada szczególną własność wznoszenia się ponad aktualność doświadczeń i przeżyć. Spogląda na nie niejako z góry, z odpowiedniej perspektywy, która gwarantuje możliwość widzenia szerzej, stąd również możliwość widzenia lepiej wielu innych powiązań, w jakich tkwią sprawy, które nas interesują. To z kolei pozwala lepiej „umiejscowić” pojedyncze zdarzenia w siatce innych spraw. Sprawny mechanik, cieszący się długim stażem pracy w warsztacie samochodowym, szybko wykryje usterkę i przywróci do życia zepsuty samochód. Nie stworzy on jednak nowego pojazdu, który by w ogóle nie ulegał zepsuciu. Myślenie mechanika koncentruje się wyłącznie na rozwiązaniu konkretnego problemu bez stawiania sobie pytania, w jaki sposób uniknąć go w ogóle. Tak samo lekarz, który chce zwalczyć chorobę swojego pacjenta, lecz nie zajmuje się kwestią, w jaki sposób móc jej zapobiec w ogóle, jak usunąć ją z powierzchni ziemi. Zarówno mechanik jak i lekarz, aby pozostać przy naszych przypadkach, myślą wyłącznie wewnątrz sytuacji, w jakiej się znajdują i nie wznoszą się ponad nią, nie próbują spojrzeć na problemy, które mają „pod ręką”, z szerszej perspektywy.[4]

Nie wystarczy rozwiązywać doraźne trudności, poprawiać drobne błędy, leczyć codzienne choroby. Trzeba bardziej szukać takich rozwiązań, które pozwoliłyby uniknąć trudności w ogóle. Myślący kapłan, mądry pasterz nie zadawala się wyłącznie aplikacją takich czy innych środków (sakramentów, modlitw itd.) do trudności/chorób, które widzi, z którymi wchodzi w kontakt, ale stara się pomóc człowiekowi w ich uniknięciu.

Co nie jest poznane, jest z natury obce i tym samym niebezpieczne. Unika się obszarów obcych, nie dlatego, że są inne od tych, które już znamy, ale właśnie z tego względu, że są obce, jeszcze dotąd nie-poznane. Kto nie myśli, lęka się, że ktoś lub coś obcego naruszy jego obszar, wtargnie w przestrzeń jego zadomowienia. Często lęka się dlatego, że jako inny, czyli nie-poznany, jest obcy. W spotkaniu z nim myślenie zamiera. Nie zastanawiamy się, trudno nam zdobyć się na (poważne) myślenie nad tym stanem, nie pytamy, dlaczego tak jest, ale katalogujemy drugiego, jako „obcego”. Lecz wcale nie musi tak być. Inny nie musi koniecznie stanowić dla nas zagrożenia, ale – przeciwnie – może być dla nas źródłem przyjaźni, radości, czy wręcz wzbogacić dodatkowo nasze życie. Istotne jest jednak, aby go poznać. Bez poznania nie ma przyjaźni. Z kolei źródłem poznania jest myślenie, poważne zastanowienie się nad przeżywaną sytuacją i osobami, które się spotyka.

 Nasze przywiązanie do tego, jak żyjemy, jak się zachowujemy, jak reagujemy na bodźce zewnętrzne, w jaki sposób odnosimy się do innych osób czy zdarzeń, z którymi wchodzimy w kontakt, jest często dwuznaczne. Kurczowo trzymamy się swojego stylu życia, chodzimy utartymi ścieżkami sądząc, że jest to dla nas najbardziej właściwe i bezpieczne, że tak jest najlepiej, ale czy istotnie? Czy rzeczywiście tak jest? Bywa, że za takim zachowaniem kryje się wyłącznie wygoda, niechęć lub lęk do zmian, które – jeżeli tylko podjęte – mogłyby prowadzić do ulepszenia życia, zarówno naszego jak i drugich. Ułożyliśmy się na swoich legowiskach, zawęziliśmy widnokrąg naszych zainteresowań, pragnień czy intelektualnego rozwoju, zadawalamy się wręcz byle czym, nie chcąc musieć wybierać. Nie myślimy o czymś innym i tego nie chcemy, tłumacząc, że nam tego nie trzeba, że to jest zbędne itd. Bardzo często jest to rodzaj intelektualnego czy duchowego lenistwa, brak odwagi myślenia, ponieważ myśląc, może należałoby wówczas podważyć dotychczasowy sposób życia, wpłynąć na zmianę naszej mowy, widzenia innych i ich oceny, wchodzenia w dialog z nimi lub unikania go itd. Lenistwo w myśleniu odbija się wówczas na życiu konkretnym.

2. (Jan) wszedł, ujrzał i uwierzył (J 20,8). Znaczenie osobistego świadectwa w posłudze kapłańskiej

Każdy człowiek dokądś biegnie. Różne są ludzkie „zabiegania”, dotyczą różnych spraw, ważnych i mniej ważnych, istotnych i błahych: są zabiegania natury duszpasterskiej (ponieważ żniwo wielkie, a robotników mało); są zabiegania katechetyczne (wiele godzin nauki religii, katechezy, spotkań przed Komunią, przed Bierzmowaniem, przed sakr. małżeństwa) itd. Zawołanie keep going jest dość powszechne, także wśród duchownych (robotnik nie miał czasu naładować taczki, bo był zabiegany). Lecz samo „bieganie”, samo „trudzenie się” nie przekonuje, nie przynosi owocu, nie nawraca, ani tego, kto biega ani tego, dla kogo biega, a przynajmniej nie zawsze. Czego więc trzeba?

Trzeba koniecznie wejść do środka rzeczywistości, którą się pełni z powołania, czasowo wykonuje lub chwilowo przeżywa. Lecz co oznacza owo „wejście”? W praktyce sprowadza się do jakiejś formy „utożsamienia się” z tym, kim się jest i co się wykonuje. Ktoś taki czyni coś „swoim”, „poślubia” to coś. Nie podchodzi do siebie i tego, co robi, z zewnątrz, ale do wszystkiego podchodzi „od środka”. Jednym słowem ktoś taki, nie boi się „ubrudzić”. Tylko ktoś taki jest przekonywujący w tym, co mówi. Wypowiada się bowiem z pozycji świadka, dzieli się własnym doświadczeniem, przekazuje to, czego sam doświadczył, co przeżył. Takie słowa docierają do uszu i serca odbiorcy. Kapłan, który swojego kapłaństwa nie traktuje z dystansu, jako coś „z zewnątrz”, jako zawód lub funkcję, ale jakoś coś intymnie swojego, co definiuje jego tożsamość, ma wpływ na jego myślenie i działanie, na to, kim chce być i co pragnie robić, staje się wiarygodny.[5] Taki kapłan ma możliwość wejścia w sam środek spraw swoich i ludzkich, odczytywać ich głębszy sens „od środka”, widząc je z perspektywy Bożej. 

Pytamy się, co ujrzał” Jan? Na ogół grób kojarzy nam się z przestrzenią ciemną, mroczną, w której niczego nie widać. Był on wykuty w skale, do której nie wchodziło światło naturalne i nie było światła sztucznego. Panowała ciemność. Jan pisze tymczasem, że „ujrzał”, kiedy wszedł do środka grobu. Nie pisze, że zrobił to z trudem, że ujrzał coś niejasno, z trudnością. Jego wypowiedź sugeruje, że ujrzał bardzo dobrze wnętrze grobu i zobaczył wszystko, co było w środku. Pytamy więc, jak można cokolwiek ujrzeć, kiedy wokół panuje ciemność? W jaki więc sposób Jan zdołał coś zobaczyć? Aby udzielić właściwej odpowiedzi na to pytanie, trzeba – jak sądzę – postawić inne, dodatkowe, a mianowicie: Co skazało Jezusa na śmierć? Odpowiedź nasuwa się jedna, że tym, co skazało Jezusa na śmierć, był grzech, nienawiść, zazdrość, lęk przed utratą władzy nad ludem itd. Wszystkie te postawy kojarzą się z „grzechem”, który znalazł się u podstaw śmierci Jezusa. Lecz czym jest grzech, jeżeli nie jakąś ciemnością, brakiem światła, którym emanuje miłość? Już prorok Izajasz wołała: „Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło” (por. Mt 4, 16). Kto przebywa w grzechu, porusza się w ciemności i nic dobrego wokół siebie nie widzi. Jego oczy są zamknięte na działanie Boga i miłość, której mu udziela.  

Istotnie, grzech jest przede wszystkim brakiem miłości. Jezus został więc skazy na śmierć i ukrzyżowany, a wówczas „słońce się zaćmiło” (Łk 23, 45). Ciemności ogarnęły cała ziemię. To dlatego ciemny grób, w który wchodzi Jan, symbolizuje pustkę miłości, egoizm, indywidualizm człowieka, inaczej mówiąc – grzech. W Ewangelii czytamy, że Jan wszedł i „ujrzał” pusty grób. Były dwa powody, czyli dwie przyczyny, ujrzenia przez Jana pustego grobu; pierwszy z nich odnosił się do Jana, drugi do Jezusa.

Jan „ujrzał” pusty grób tylko dlatego, że spoglądał w jego ciemne wnętrze „z miłością”. Tymczasem miłość jest w stanie wszędzie i we wszystkim dostrzec kiełkujące ziarno dobro, promyk nadziei, nawet słabe źródło, z którego wytryska ożywcza woda. Miłość posiada szczególnie wrażliwe oczy, dlatego potrafi dostrzec jasność tam, gdzie pozornie panuje ciemność, iskrę dobra w człowieku, którego inni – być może – uznali za złego. Postawie tej przeczy ten komu brak miłości. Ktoś taki widzi w samym sobie i wokół wyłącznie ciemność, ponieważ miejsce dobra zajmuje grzech, słabość, beznadzieja. Ktoś taki jest pesymistyczny i narzekający. Ponieważ patrzy na przyszłość przez ciemne okulary swojego pesymizmu, dlatego nie mówi o niej z nadzieją, ale pesymistycznie. Jest narzekający. Jan, ponieważ kochał Jezusa i życie, patrzył na ciemny grób z miłością i nie dostrzegł w nim Jezusa.

Ale Jan „ujrzał” pusty grób również dlatego, że poprzez swoją śmierć, Jezus zwyciężył już „ciemności grzechu”. Jezus Chrystus, Miłość wcielona, pokonał słabość grzechu i odniósł zwycięstwo nad śmiercią. Mówi Pismo, że „Nasz Zbawiciel Jezus Chrystus śmierć zwyciężył, a na życie rzucił światło przez Ewangelię” (por. Mk 9,14-29). Zwycięstwo nad grzechem, słabością, nad tym, co oddala od Boga lub zasłania jego oblicze, pozwala dostrzec światło nawet w ciemności, nawet w różnych formach słabości, jakie dotykają człowieka. W nadziei, której dawcą jest Bóg, człowiek wierzący umie dostrzec pozytywną przyszłość dla siebie i innych.  

Kiedy człowiek (ale także w znaczeniu szerszym, jakim jest współczesny świat) wchodzi w kontakt z osobą wierzącą, chce nawiązywać „kontakt” ze światłem, z życiem szczęśliwym, pełnym nadziei i wolnym od grzechu. Tylko wówczas ten, kto nie wierzy, może dostrzec obecnego i działającego w świecie Jezusa. Kiedy natomiast widzi w tych, którzy deklarują się być wyznawcami Jezusa, słabość i grzech, którzy zamiast słów nadziei, słyszą słowa narzekań i rozczarowań, wtedy nie mają odwagi wejść w kontakt, nie chcą nawiązać relacji, nie chcą należeć do grona wierzących. Ważne jest, aby ci, którzy wierzą w Chrystusa, byli ludźmi światła, którzy żyją nadzieją, z ufnością spoglądają w przyszłość, także wtedy, kiedy jawi się ona, jako trudna, niepewna, ciemna. Niewierzący chcą widzieć w wierzących ludzi „zabieganych” bardziej za sprawami „nieba”, niż za sprawami tego świata. Mówię „zabieganych bardziej”, bo przecież nie da się wykluczyć pewnego „zabiegania” za sprawami świata, ale „procentowo” nie powinno przewyższać ono naszego zatroskania o sprawy Boże w świecie. Ludzie (świat współczesny) oczekują, że świadkowie Jezusa „odziani” będą, tzn., że ich myśli i pragnienia, ich rozmowy i plany, narzędzia, którymi się posługują itd.), w światło Chrystusa, czyli w Jego miłość. Chcą, aby zostawili „na boku” to, co należy do świata. Oznacza to, że sprawy materialne nie powinny zajmować miejsca najważniejszego, nie powinny być pierwszoplanowe, ale uporządkowane i umieszczone we właściwym dla siebie miejscu. Jan zobaczył „chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu (J 20, 7).

Jest sprawą ważną, by chrześcijanin patrzył „z miłością” na Jezusa, na tych, pośród których pracuje, z którymi dzieli codzienność, cierpi lub trudzi się, na swoje obowiązki i na siebie samego. Trzeba prosić Boga, aby dał łaskę patrzenia na siebie i na to, co nas otacza oczami miłości. Tylko wówczas można będzie dostrzec obecnego i działającego Jezusa nawet w sytuacjach pozornie trudnych lub wręcz beznadziejnych. Kiedy zabraknie spojrzenia miłości, łatwo można ulec pokusie pesymizmu, wpaść w nurt narzekania i utyskiwania, że jest źle i będzie jeszcze gorzej, że nikt mnie nie potrzebuje, nikt na mnie nie czeka, nikomu się już nie przydam. Na modlitwie wierzący prosi Boga o dar oczu pełnych miłości.

Umieć mądrze patrzeć w przyszłość oznacza także posiadanie wizji swojego życia, wizji swoich obowiązków, swojej rodziny czy pracy, wizji miłości czy przyjaźni. Taka wizja posiada funkcje wielowymiarowe, nie tylko pomaga nam porządkować swoje życie, sprawy codzienne, w szerszej perspektywie wyznaczonych sobie celów. Ona także pozwala nam dostrzec wartość tych, których Bóg stawia na naszej drodze życia. Wiemy wówczas, że oni również powołani zostali do świętości, a przez to stali się pielgrzymami tej samej drogi życia, którą podążamy również my sami. Przekonanie to rodzi z kolei spojrzenie miłosierne, spojrzenie, które podnosi upadłych, motywuje słabych, wskazuje drogi wyjście tym, którzy ich nie dostrzegają.

Kiedy wyżej wspomniane warunki zostaną spełnione, można uwierzyć”. Wiara rodzi się z tego, co się słyszy i co się widzi. Z czymś takim spotkaliśmy się w przypadku uczniów Jezusa i jest to prawdziwe również w odniesieniu do jego następców. Wiara rodzi się ze słuchania, ale rozwija się i umacnia z wizji. Wierzący, ale także ci, którzy (jeszcze) nie wierzą, potrzebują koniecznie dostrzec w jaki sposób to, o czego oczekują i za czym tęsknią. Chcą widzieć realnych „świadków”, ponieważ potwierdzają oni możliwość/realność tego, o czym mówi wiara. Chyba właśnie dlatego przebóstwienie jest ważną i ciągle aktualną kategorią teologiczną, zarówno w teologii prawosławnej jak katolickiej. 

3. „On zaś ich zapytał: ‘Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?’ Zatrzymali się smutni” (Łk 24, 17). Kryzys wieku średniego i kwestia duchowości

Skąd się bierze smutek uczniów? Różne mogą być odpowiedzi na to pytanie, ponieważ różne również bywają przyczyny smutku. Bez wątpienia jednym z ważnych powodów smutku uczniów był sam fakt, że Bóg „zachował się” inaczej, niż oni to zaplanowali. Bóg zaskoczył ich swoim zachowaniem. Przerósł ich logikę, zawiesił naturalne następstwo faktów. Jednym słowem okazał się być Kimś innym, niż oni się spodziewali. Na ogół – jak mówiłem wcześniej – odczuwamy strach przed czymś obcym i nieznanym. Boimy się także zmian, sytuacji, która stawia nas w niepewności, narusza nasze dotychczasowe położenie, stworzone układy, „urobione” przez nas zdanie na coś lub na kogoś. Tego rodzaju sytuacje rodzą w nas określony lęk. Nie znamy ich, dlatego ich unikamy. Ale czy słusznie?

Trudności w obliczu zmieniającego się świata

Jest wiele powodów, aby tak się zachować. Jednocześnie zapominamy, że chociaż trudne, sytuacje te wydają się być nieodzowne dla wszechstronnego rozwoju człowieka. Bez nich nie następuje dojrzewanie. Człowiek nie wzrasta w mądrości, szybko się starzeje, czyli wpada w rutynę, która zabija myślenie. Należy pamiętać, że wszystko dokonuje się w czasie, stąd jego wyjątkowość. Czas jest cenny, dlatego jest go tak mało. Lecz czas nie tylko daje okazje, ale także stwarza przestrzeń, która pozwala człowiekowi ocenić, kim jest, dokąd zmierza, jakimi środkami dysponuje, aby cel osiągnąć. Czas pozwala mu ocenić siebie i bliskich, trwałość/szczerość ich  przyjaźni, wartość tego, co mu proponują lub odrzucają itd. To i wiele innych spraw ma miejsce w czasie. W ciągu biegu czasu można usunąć to, co wydaje się zbyteczne lub niepotrzebnie zalega serce, umysł, pragnienia, co wpływa negatywnie na zachowanie i przeszkadza w podejmowaniu odpowiedzialnych wyborów. Ale także może zabiegać o to, co jest cenne, a czego się jeszcze nie posiada. W tym ujęciu człowiek jawi się bardziej otwartym i pustym naczyniem, niż jego zawartością. Ostateczne piękno życia zależy od mądrości, czyli od tego, czym napełni posiadany czas, co będzie treścią jego rozmów, myśli, jakie będą jego pragnienia.

Ktoś zadał kiedyś pytanie, co jest najśmieszniejszego w ludziach. Osoba zapytana pomyślała chwilę, po czym udzieliła następującej odpowiedzi: zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie, by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze, by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej, i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości, ani przyszłości. Żyją, jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.[6]

Aby nie być śmiesznym trzeba nauczyć się mądrze korzystać z otrzymanego daru czasu i wykorzystywać to, co z sobą niesie. Kto to osiągnął, zdobył mądrość radowania się różnymi odcieniami piękna, które życie niesie, a które zawarte są w każdej chwili dnia, nawet wówczas, kiedy pozornie go nie widać lub wręcz jest zasłonięte jakimś cierpieniem lub niepowodzeniem. Trzeba pamiętać, że piękno jest również w cierpieniu i niepowodzeniu. Jest z pewnością inne, ale i wówczas go nie brakuje. Pamiętając o tym, nauczę się wydobywać ten szczególny rodzaj piękna i radości z doświadczeń negatywnych, zamieniając je na doznania pozytywne i kształcące. Z pewnością wymagać to będzie nieco trudu, ale wysiłek ten przyniesie z pewnością pozytywne owoce. Kiedy nadal będzie ciężko, kiedy bieda i związany z nią smutek będą doskwierać, wówczas warto pomyśleć, że życie obecne jest przedsmakiem tego, które ma nadejść i na którego przyjęcie przygotowuję się od chwili urodzenia. Wiara zapewnia nas, że dla tych, którzy starali się żyć dobrze, to nowe życie będzie czasem prawdziwej radości i pełnego szczęścia.

 Są kapłani, którzy odczuwają poważny lęk, głęboki smutek przed zmianą (zmianą miejsca pracy, przełożonego, współpracowników, przed perspektywą nowych zadań i wyzwań, potrzebą/koniecznością zastosowania nowych metod duszpasterskich, wyjścia „na peryferie” ludzkich egzystencji itd.) Wielu zwykło mówić: „Tak zawsze się robiło i było dobrze”. Odczuwa więc lęk przed czymś jeszcze nieznanym. Zmiany tymczasem, chociaż trudne, są konieczne. One odmładzają człowieka (duchowo, intelektualnie, duszpastersko itd.).

Bp Andrzej Czaja, w kazaniu na Mszy Krzyżma (2015) w katedrze opolskiej apelował o cierpliwość, która jest nieodzowna, aby poznawać działanie Boga także w tym, nad czym nie panujemy, co się zmienia, co jest inne, niż było wcześniej. Do tego stanu nawiązywał pośrednio biskup, kiedy mówił:

„Trzeba nam ducha uniżonego i wielkiej cierpliwości wobec człowieka, ale także wobec Bożej pedagogii, abyśmy nie upadli na duchu”. Apelował: „Duch uniżony, to nie duch upadły! Duch uniżony, to duch Bogu oddany! Nie chodzi więc o wycofanie się przed światem, z obawy, że nas zje. Trzeba nam się zmobilizować, a nie chować, budzić upadłego, ospałego, zahukanego ducha ludzkiego”. Biskup Czaja przypomniał i zachęcał: „Duch Boży sprawiał, że pomimo różnych trudnych momentów, Kościół nie tylko przetrwał, ale zwyciężał. Urząd w Kościele ma taki potrójny charakter - osobowy, służebny i kolegialny”. „Tego nam dziś bardzo potrzeba - służby! Ale kreatywnej, z osobistym zaangażowaniem, a równocześnie z pewną uległością wobec głowy kolegium - papieża i biskupów”.

Trudności, które rodzą kryzys

Niechęć do zmian może być również wyrazem wewnętrznego duchowego kryzysu, który dotknąć może każdego w każdym nieomal czasie. Lecz obok tego rodzaju kryzysu, mówi się także o kryzysie „wieku średniego”. Dotyka on również kapłanów, nie tylko osoby świeckie. W istocie sprowadza się on do utraty sensu tego, co dotąd robili.[7] Czasami sądzę, że ten rodzaj kryzysu charakteryzuje w pewnym stopniu współczesne duchowieństwo polskie, którego średnia osiągnęła wiek 40/50 lat.  

Kryzys, o którym tutaj mówię, przejawia się na wiele różnych sposób, których nie sposób opisać w szczegółach i mimo rozwiniętych bardzo mechanizmów obronnych, można wyszczególnić kilka nośnych elementów. Są więc osoby, które nie chcąc się konfrontować ze swoimi niepokojami, uciekają do czasu, kiedy byli młodsi, wszystko wydawało się im proste, łatwe do osiągnięcia, niemal na wyciągnięcie ręki. W kontekście bieżących trudności, bardzo chętnie wracają myślą i duchem do przeszłości. Jest to typowy mechanizm obronny, który zaczyna funkcjonować w obliczu niewiadomej, jaką niesie przyszłość. Ponieważ jest ona nieznana i jawi się raczej, jako trudna, stąd też pragnienie posiadania jakiegoś przedmiotu materialnego, jakiegoś pewnego zachowania, doznania, obrzędu, może szybkiego samochodu, jakiegoś gadżetu itd. Coś takiego pozwala zaimponować, zwrócić na siebie uwagę, „pokazać się” przed innymi. Zachowanie to rodzi złudzenie, że znów jest się pięknym i młodym. Udawanie takie ma negatywne skutki dla naszej psychiki. Kończy się nerwicą albo depresją.

Psychologia uczy, że mniej więcej do czterdziestego roku życia człowiek żyje bardziej „na zewnątrz” siebie. Posługuje się głównie logiczną świadomością, troszczy się o "ja" społeczne, ale mało zagląda w swoje wnętrze, w to, kim jest i co się z/w nim dzieje. Tłumi głos swojego serca. Raptem, kiedy osiągnie odpowiedni wiek, to, co to dotąd tłumił, powraca do niego. Dotąd chował to. Skrywał swoje pragnienia, noszone marzenia, aspiracje. Ukrywał je dotąd, kierując się wymogami otoczenia, takiej czy innej roli społecznej itd. Teraz się to zmienia. Jest gotów powiedzieć sobie: w porządku, skoro to, co najważniejsze, zostało wykonane, teraz mogę zrealizować to, o co mi tak naprawdę chodzi.

Kryzys duchowy i kulturowy uruchamia w człowieku powrót do pasji, które zarzucił w przeszłości, o realizacji których marzył albo na które nigdy nie było czasu. Nierzadko kryzys ten przejawia się poczuciem wypalenia zawodowego. Kapłan mówi wówczas: jestem tym, kim jestem, robię to, co lubię, a jednak czuję się nie na miejscu. Ale nie tylko. Jego pytania mogą dotyczyć sensu tego, co jeszcze niedawno było dla niego oczywiste. Spada jego energia życiowa. Czuje, że mniej może zrobić, że mniej mu się chce. Mało rzeczy może mu wtedy pomóc. Zawodzi jego wszechstronne wykształcenie, jego wiedza, jego dotychczasowe osiągnięcia. Zmianie ulega dotychczasowy system wartości: do tej pory człowiek był w stanie pójść na kompromis, a nagle któregoś dnia mówi – nie mogę tak dalej.

Lekarstwem na kryzys „wieku średniego”, jest pogłębiona, szczera duchowość. Nie tylko religijność, wykonywanie określonych gestów lub pełnienie pewnych funkcji, ale autentyczna duchowość. Często, nawet jeżeli jesteśmy religijni, to jednak spora część tej religijności jest skierowana na zewnątrz, na konkretne zachowania czy obrzędy. Religijność taka nie sięga wnętrza, nie przemienia serca i ducha. Duchowość autentyczna posiada siłę „scalania” osobowości, odkrywania sensu życia i wyznaczania priorytetów. Odnalezienie sensu życia uzdrawia naszą psychikę – uczył Viktor Frank, a w efekcie oddala rozproszenia. Kryzys wieku średniego może oddalić nad od duchowości albo, przeciwnie, pomoc nam ją pogłębić.

Duchowość pogłębiona i dojrzała oddala ślepe lęki, które towarzyszą zawsze, kuszą, aby im ulec. Lęki te wzmagają się wraz z upływem lat. Im więcej mamy lat, tym bardziej robimy się lękliwi, pragniemy za wszelką cenę utrzymać pewne status quo. Łatwo ulegamy iluzji, że tak, jak jest teraz, będzie zawsze, aż do śmierci w wieku lat osiemdziesięciu czy nawet dziewięćdziesięciu. Ważne jest jednak, co zrobimy, jak się zachowamy w obliczu pojawiającej się nowej sytuacji, czy zanurzymy się w nurcie zmiany i będziemy płynąć, czy też pozostaniemy ciągle na brzegu, wahając się i przeżywając wewnętrzne konflikty, męcząc znajomych i przyjaciół kolejnymi narzekaniami na życie, pracę, przełożonych, na ludzi.  

Młodzi widzą swoje życie jako nieograniczony obszar czasu, z którym można zrobić wszystko, na co się ma ochotę. Jednak gdy połowa życia przemija, ta perspektywa się zmienia. Powoli zdajemy sobie sprawę z tego, że nie wszystko już uda się osiągnąć. Zamiast pytania: „Co jeszcze mogę w życiu zrobić?”, pojawia się: „Co jeszcze zdążę zrobić?”.

Jak się objawia kryzys wieku średniego?

W wieku średnim zmienia się subiektywne odczuwanie czasu – rok, który dla dziecka jest niewyobrażalnie długi, dorosłemu wydaje się o wiele krótszy. Pojawiają się inne priorytety. Zadaniem rozwojowym nastolatków jest stworzenie spójnego poczucia tożsamości i przynależenie do grupy rówieśniczej. U młodych dorosłych (do 25 lat) jest to stworzenie bliskich więzi z innymi ludźmi, założenie rodziny. Później na plan pierwszy wysuwają się potrzeby dbania o innych ludzi, nie tylko o siebie. A na półmetku człowiek staje przed dylematem: „Co mam dalej w życiu robić? Czym się zająć? Czy przyjemnościami i zabawą, troszczyć się tylko o siebie i żyć tak, aby mnie było najwygodniej? Czy przeznaczyć swój czas i wysiłki na zrobienie czegoś więcej?”. Jeśli przeważa szala egoizmu, to prędzej czy później życie wchodzi w fazę stagnacji i pustki.

Skupienie się na sobie sprawia, że mężczyzna przestaje dbać o bliskich ludzi, żyje tak, jakby mu już na nikim nie zależało prócz siebie samego. Wygoda, czasem lenistwo, niezdolność do poświęcenia się czy wysiłku stają na pierwszym planie. Ponieważ życie tylko dla przyjemności prowadzi prędzej czy później do uczucia pustki, mogą na tym tle rozwijać się nałogi i dolegliwości psychiczne.

4.  „Jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali” (Łk 24, 20). Kwestia kapłańskiej odpowiedzialności

Uczniowie idący do Emaus obwiniają innych, nie siebie. W arcykapłanach i przywódcach szukają tzw. „kozła ofiarnego”. Ale czy słusznie? Czy mają rację? Wiadomo przecież, że byli jednymi z pierwszych, którzy uciekli spod krzyża, nie przyznali się do znajomości z Jezusem (patrz Piotr). Teraz tymczasem odpowiedzialność zrzucają jednoznacznie na „arcykapłanów i przywódców”. Robią innym wyrzuty, nie sobie. Mają żal do innych, nie zaś do siebie.

Uderza wyraźny brak poczucia elementarnej odpowiedzialności za sprawy i za ludzi u uczniów z Emaus. Przyjęcia niejako „na siebie” (części przynajmniej) odpowiedzialności za to, co się stało z Jezusem, za Jego skazanie, cierpienie, śmierć… Nie zrzucanie całej odpowiedzialności „na innych”, samemu umywając ręce w słowach niewinności.

Bez problemu, bez najmniejszych skrupułów, bardzo zwyczajnie uczniowie wstali i opuścili Jerozolimę. Ponieważ poczuli się zawiedzeni, może wręcz oszukani, porzucają miasto i wracają na wieś. Nie zadają sobie jednak pytania, co czują inni, co zrobią ci, którzy w Jerozolimie pozostali? Ich historia, ich problemy ich wyraźnie nie interesują. Są im obce. A czyż nie powinni postawić sobie pytania, co robią inni? Czy inni nie potrzebują, właśnie teraz, ich wsparcia, ich obecności, ich słów pocieszenia? Kiedy żył Mistrz, wielu patrzyło na nich, jego uczniów, jako na ludzi szczególnych. Należeli do kręgu szczególnego Mistrza, odważnego obrońcy prawdy, czyniącego gesty miłosierdzia i odpowiedzialnego za przyjaźń. Teraz go już nie ma, a co robią jego uczniowie? Uciekają! Uderza ich nazbyt egoistyczne zachowanie. Kiedy żył Jezus, a oni należeli do grona Jego przyjaciół, czuli się pewnie i dobrze, byli ważni i szanowani. Ponieważ już Go nie ma, odszedł, został skazany, dość „beztrosko” odchodzą.

Kapłan musi cały czas uczyć się poznawać świat i jego problemy, trudności i oczekiwania tych, wśród których przebywa, z którymi pracuje i dla których podejmuje duszpasterskie inicjatywy. Musi ciągle się uczyć, poznawać świat swoich wiernych, poznawać ich troski, nadzieje, oczekiwania… Myślę, że nie może patrzeć na wszystko wyłącznie z własnej perspektywy, odchodzić skądś czy rezygnować z czegoś wtedy, kiedy sam osobiście uzna to za właściwe. Nie! Musi poczuwać się do głębokiej odpowiedzialności za tych, wśród których Bóg go postawił. Ich świat, ich trudności i problemy, ich radości i nadzieje są bardzo często inne, niż jego trudności i nadzieje, i dlatego zasługują na jego uwagę. To bardzo ważne, aby tych „światów” innych ludzi nie przegapić i aby uczyć się od innych, swoich parafian czy bliskich, widzenia spraw i odczytywania sensu zdarzeń, bo oni często mają rację.

Miejsce duszpasterskiej pracy może ulegać zmianie, zmieniać się może również otoczenie, ludzi, z którymi się współpracuje i wiele innych jeszcze spraw może się zmieniać – lecz kapłan zawsze staje w ich obliczu – z sercem pełnym miłością do Boga i do ludzi. Poczuwa się do odpowiedzialności za to, przed czym Pan Bóg go stawia. Oczywiście, posuwa się w latach, zmienia się sposób jego duszpasterskiej ekspresji i coraz dalej mu do uwodzenia, w sensie czysto ludzkim, a coraz bliżej chce stawać przy Bogu, pozwalając Mu, aby to On coraz bardziej działał poprzez niego.   

Różne poziomy odpowiedzialności

Kapłan nie może (nie powinien) uciekać przed odpowiedzialnością. A kiedy ucieka? W wielu różnych sytuacjach.

Jedną z form, aczkolwiek bardzo delikatnych, braku (czy ucieczki przed) odpowiedzialności jest niechęć do (ciągłego) uczenia się! Myślę tutaj szerokim wachlarzu postaw, które wiążą się z różna formą nauki, jako postawy charakterystyczny dla osób (duchowo) młodych, chcących coś zmienić w sobie i w środowisku, którego stanowią integralną część.

Kto się nie uczy lub uczyć nie chce, sądzi, że wszystko już wie i wszystko poznał, że „pozjadał” już wszystkie mądrości, że nikt i nic nie jest go w stanie niczego już nauczyć. Czuje się syty mądrością i odtąd uważa się za „eksperta” od wszystkiego. Jest wyrocznią opinii i ocen. Chociaż w istocie jest ignorantem, swoją ignorancję ukrywa. Jakże wiele zła wynikać może z takiej postawy. Ktoś taki nie chce (ciągle) poznawać treści swojej wiary, ani zjawisk, jakie zachodzą w świecie. Broni się przed poznawaniem przyczyn trudności, których doświadcza on sam lub ci, z którymi pracuje. Skłonny jest raczej do narzekania, niż do pokazywania dróg wyjścia z trudności lub kryzysu.

Czasy współczesne, sytuacja Kościoła, jako instytucji, ale także sytuacje wiernych, wymuszają na kapłanie potrzebę ciągle lepszego poznawania świata i zarazem zgłębiania swojej wiary, motywacji, dla których stał się kapłanem, z racji których pełni taką, a nie inną posługę kapłańską. Teraźniejszość wymusza na nim coraz lepsze poznawanie treści wiary i obecności Boga w świecie, zgłębianie fenomenów współczesności i przyczyn tego, co rani, osłabia lub wręcz niszczy życie duchowe i fizyczne tych, którzy zostali powierzeni jego trosce. Oni przychodzą do konfesjonału, proszą o zrozumienie i radę, szukają wskazań i proszą o światło, pragną pojednać się z Bogiem i rozpocząć nowe życie… Oczekują od kapłana dobrej, mądrej rady. Chcą, aby im pomógł żyć mądrze wiarą i mądrze kierować swoim życiem… Dlatego kapłan powinien być ciągle uczniem w szkole Mistrza! Ten stan „ucznia” rozumieć należy bardzo szeroko, jako, z jednej strony, szczerą świadomość, że nie ma się jeszcze pełnej wiedzy, a z drugiej, chęć ciągłego jej zdobywania. Jest to jeden z ważnych aspektów duchowości naśladowania, czyli bycia „uczniem w szkole Chrystusa”.

Względem uczniów idących do Emaus Jezus pełni rolę kierownika duchowego: słucha, zadaje pytania, wyjaśnia, uczestniczy w posiłku itd. Takie właśnie jest powołanie kapłana, który w sposób odpowiedzialny pełni swój urząd: jest kierownikiem duchowym osób powierzonych jego trosce. Może bardziej winien być kierownikiem duchowym, niż administratorem, zarządcą, proboszczem… W pierwszym rzędzie kierownikiem duchowym dla samego siebie, a następnie także dla tych, których spotyka na swojej kapłańskiej drodze.

Ten rodzaj odpowiedzialności dotyczy samego kapłana, nakładając na niego obowiązek odpowiedzialności za swoje kapłaństwo. On pierwszy jest jego stróżem. Jeżeli on sam nie będzie stał na straży swojego powołania, nikt inny go nie zastąpi. 

Inny ważny wymiar kapłańskiej odpowiedzialności wynika z troski o czystość wiary. W szybko zmieniającym się świecie, który zdaje się poruszać wyłącznie po powierzchni zjawisk, któremu brak czasu (wręcz go nie szuka) na poznanie i życie prawdą, zadaniem kapłana jest bycie stróżem prawdy wiary. To nas kapłanów miał przede wszystkim na myśli św. Jan Paweł II, kiedy apelował do „bycia stróżami poranka” wiary.

Ważna i zarazem trudna jest odpowiedzialność za czystość i rozwój wiary. Nie jest ona wyłącznie obowiązkiem, który spoczywa na umyśle, ale chyba bardziej apeluje on o wrażliwość ducha, przypomina o konieczności ciągłej modlitwy, o nieunikanie ascezy itd. Podczas naszych kapłańskich spotkań, w naszych rozmowach kapłańskich, będąc przy kawie czy herbacie, coraz mniej rozmawiamy na tematy duchowe. Mamy sporo czasu na plotki, żarty, politykę czy kwestie materialne, ale za rzadko rozmawiamy na tematy duchowe. W efekcie brakuje nam właściwej terminologii, aby mówić o pragnieniach duszy, o trudności, jakie przeżywa, o potrzebie i pięknie modlitwy, o szlachetności odczuć… Z przykrością musimy przyznać, że odzwyczailiśmy się mówić na tematy duchowe. To poważny problem!

Wszystko to posiada bezpośredni wpływ na jakość głoszonych kazań; zarówno gdy chodzi o tematy, które w nich poruszamy, jak również język przepowiadania. Bardzo często w naszych kazaniach mówimy bardziej o Bogu, lecz nie zwracamy się do Boga. Ten pierwszy sposób jest nieco pretensjonalny i męczący, „z góry”, oddala od słuchacza, ponieważ sugeruje się mu, że mówiący jest jedynym ekspertem „od Boga”, że jest Jego wyłącznym pośrednikiem, że tylko jemu przynależy prawo mówić o Bogu. Czy tak istotnie jest? Czy jesteśmy rzeczywiście „ekspertami” od Boga? Śmiem w to poważnie wątpić. Czy często większymi ekspertami nie są ci, którzy cierpią w milczeniu i swoje cierpienie ofiarują Bogu? Kiedy znoszą w duchu wiary różnego rodzaju dolegliwości, bez narzekania i bez oczekiwania rekompensaty.

Inaczej jest, kiedy w naszych kazaniach mówimy przede wszystkim do Boga. Stawiamy siebie na równi z innymi, ze słuchaczami. Prowadzimy siebie i ich na spotkanie z Najwyższym. Wspólnie, razem staramy się poznać Jego i przedstawić Mu nasze dolegliwości, pragnienia i trudności. Prosimy Go o bliskość i wsparcie, o bycie naszym Doradcą i Kierownikiem. Nie patrzymy na innych „z wysokości” naszego stanu, ale „mieszamy się” niejako w tłum tych, których Kościół nam powierzył, stając się ich przewodnikiem „od środka”. Niekiedy górę bierze akcyjność duszpasterska, koncentracja na tym, aby działać, ze szkodą dla duchowości, prowadzenia ludzi na doświadczenie osobistego przeżycia bliskości Boga.

Istnieje inny jeszcze wymiar kapłańskiej solidarności, który dotyczy życia osób świeckich. Czasami rodzi się pytanie, gdzie są w życiu Kościoła, w naszych parafiach, w mediach, w życiu politycznym czy społecznym, absolwenci Wydziałów teologicznych? Tylu ich skończyło teologię, czy byliśmy w stanie „wykorzystać” ich potencjał duchowy, intelektualny i inny jeszcze, do życia i rozwoju Kościoła? Sądzę, że jest to bardzo ważny obszar/zakres naszej, kapłańskiej odpowiedzialności: za tych, których przyjęliśmy na studia, pozwolili poznać lepiej/głębiej piękno wiary i misję Kościoła. Oni skończyli pewien etap, otrzymali dyplom, odeszli z Uniwersytetu…, ale przecież wiara jest czymś bardzo żywym, co się rozwija (albo obumiera). Może warto pomyśleć dla nich, dla absolwentów teologii o czymś takim, jak ongoing formation z teologii, o formacji ciągłej. Można organizować dla nich okresowe spotkania, zjazdy, dyskusje, angażując ich w jakieś formy odpowiedzialności duszpasterskiej itd.   

* * *

Wiele jeszcze pozostaje do powiedzenia, chociaż również wiele – jak sądzę – zostało już powiedziane na temat mądrości pasterza i jego odpowiedzialności. W istocie temat nie jest do wyczerpania w jednym tekście ani też w jednym kontekście czasowym. Zmieniające się bowiem mody i czasy, stawiają nowe wymagania i nowe wyzwania przed kapłanem, apelując o ciągłe pogłębienie wiedzy już posiadanej i mądrości wcześniej zdobytej.

 

o. Zdzisław J. Kijas OFMConv

Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych
Rzym-Watykan

foto: fresk Dobrego Pasterza z katakumb Domitylli w Rzymie, Wikimedia Commons

 


[1] „Mądrość nie jest posiadaniem odpowiedzi, ale wyleczeniem niedostatków mowy”. Wskazania bł. Jana Pawła II, [w:] Oblicza mądrości, (red.) Z. Zarębianka, K. Dybeł, WN UPJPII, Kraków 2014, ss. 41-53; Mądrość w obszarze tożsamości. Rola mądrości w odkrywaniu i przeżywaniu tożsamości franciszkańskiej, [w:] Oblicza mądrości. Z czego wyrastamy, ku czemu zmierzamy (red.) Sz. Drzyżdżyk, M. Gilski), Kraków 2014, ss. 245-261.

[2] Mitrydates VI Eupator (ur. 132 przed Chr., zm. 63 po Chr.) – król Pontu z dynastii Mitrydatydów, panował w latach 120-63 przed Chr., władca Bosforu od około 107 do 63 przed Chr.

[3] Zob. K. Knapik, Myśliciel i myśliwy. Myśl i namysł. Dawne nominacje w polu pojęć epistemicznych, „Kwartalnik Językoznawczy” 2011/2 (6), ss. 1-12.

[4] Zob. G. Zagrebelsky, Fondata sulla cultura. Arte, scienza e Costituzione, Torino 2014, s. 86.

[5] Zob. Z. J. Kijas, Nowy kapłan na nowe czasy. Rozważania na temat duchowości kapłańskiej, wyd. II, Kraków 2009.

                [6] P. Coelho, Być jak płynąca rzeka, przekł. Z. Stanisławska, Warszawa 2009, s. 240.

 

[7] Por. Z Joanną Heidtman rozmawia Roman Bielecki OP, http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/psychologia-na-co-dzien/art,539,kryzys-wieku-sredniego.html (wejście, 7.04.2015).



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij