Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Cócue Gazú czyli Aregua

06.04.2021 . kg

Areguá | Klasztor pw. św. Józefa z Kupertynu, Centro Asistencial y Espiritual Jesus Mesericordioso de Los Franciscanos, Noviciado

„O. Marek Duda, rektor i kustosz sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Aregua, zdejmuje swoją charakterystyczną czarną czapkę i drapiąc się w głowę na głos zaczyna liczyć i wymieniać różne osoby pracujące w misji w Aregua. Chce dokładnie odpowiedzieć na zadane przeze mnie pytanie” – pisze do nas o. Artur Pyza, który ponad cztery miesiące temu wyleciał na misje do Paragwaju.

Wspomniany o. Marek (na misjach w Paragwaju już 15 lat) wylicza:

Radio – 4

Wolontariusze – 10

Pracownicy-  9

Siostry franciszkanki z Opavy – 3

Trzeci zakon – 10

Kandydaci do postulatu – 2

Nas w klasztorze jest pięciu – czterech kapłanów i jeden brat zakonny. Jest też spora grupa osób, która często przychodzi z potrzeby serca pracuje w misji.

W pewnym momencie liczenie przerywa mu Nancy, która pracuje w sekretariacie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Takie nasze polskie Łagiewniki. Tylko las dookoła sanktuarium trochę inny niż w Polsce. Bardziej subtropikalny… Przyszła, aby omówić jakieś urzędowe dokumenty. Przysłuchuję się uważnie tej rozmowie, wychwytując znane mi już hiszpańskie słowa.

Z klasztornej kuchni dochodzi zapach przygotowywanego obiadu, który dzisiaj nie wiem nawet z jakiej okazji szykuje drugi z Marków – Sowiński, gwardian klasztoru (na misji w Paragwaju 8 lat). Dla rozróżnienia tych dwóch Marków, miejscowi na jednego wołają Marcos, a na drugiego Marek. Moje imię zmieniono na Arturo (w Paragwaju 4 miesiące, w Aregua miesiąc – czyli „młody” i tak czasami mówi do mnie gwardian).

Zapach jest tak charakterystyczny, że pomylić się nie można. Smażone kotlety schabowe. Do tego będą tak, jak być powinno, kartofelki oraz mizeria. Polska na paragwajskim talerzu.

W dalszym ciągu (już trochę znudzony) przyglądam się rozmowie Marcosa z sekretarką. Z tego znudzenia wyrywa mnie wołanie dzieci. Papa! Papa! Wstaję, aby zobaczyć jacy to mali goście do nas przyszli. Wstaję i natychmiast siadam śmiejąc się sam do siebie. Znów dałem się nabrać gadającym papugom, których głos tak bardzo przypomina wołanie dzieci: Papa! Papa!

Do obiadu zostało jeszcze parę minut. W tym czasie ponownie myślę o pewnej historii, którą usłyszałem kilka dni temu od pani, pracującej jako wolontariuszka w naszej misji. Ta historia zaczyna się ponad 12 lat temu w Asuncion, gdzie pracowała jako sprzątaczka w jednym z hoteli.

Tak, jak co dzień sprzątała wyznaczony pokój. Nie wiedziała jednak, że to, co za chwilę się wydarzy w tym pokoju, odmieni zupełnie jej życie. Mówiła mi, że właśnie dochodziła godzina 15:00. Sprzątając pokój hotelowego gościa, dla umilenia pracy, włączyła telewizor. Na tym kanale o 15:00 była właśnie odmawiana koronka do Bożego Miłosierdzia. Nigdy wcześniej nie słyszała o tej modlitwie, ani o Bożym Miłosierdziu. Oglądana modlitwa zrobiła na niej takie wrażenie, że zaczęła płakać. Gdy tak płakała… (przypomina mi się teraz Maria Magdalena nad pustym grobem naszego Pana Jezusa Chrystusa) do pokoju wszedł gość hotelowy. Zapytał ją: „Dlaczego płaczesz?”(znów, jak w Piśmie Świętym Jezus do płaczącej nad grobem Marii Magdaleny).

Nie potrafiła odpowiedzieć. Zapytał ją ponownie, ale ona dalej, milcząc płakała. Wtedy ów gość hotelowy powiedział: „Może potrzebujesz spowiedzi? Jestem katolickim kapłanem”. Tak zaczęła się jej droga do nawrócenia. Dziś, tak jak wspomniałem, pracuje wraz ze swoją córką w prowadzonym przez franciszkanów z krakowskiej prowincji, Centrum Bożego Miłosierdzia. Pracuje i modli się. Klęka codziennie o godzinie 15:00 w sanktuarium i odmawia z pozostałymi koronkę. Robiąc jej to zdjęcie, nie znałem jeszcze tej historii.  Zrobiłem je, ponieważ modliła się tak trochę inaczej niż pozostali. Trudno to opisać. Może modliła się i wspominała tamto wydarzenie sprzed 12 lat? Kto wie?

Te moje wspomnienia przerywa wołanie na obiad. Wybiła godzina 12:00. W ostatniej chwili wchodzi do kuchni nasz współbrat, Paragwajczyk, Juan Javier.  Na obiedzie jesteśmy w komplecie.  W tym tygodniu modlitwy prowadzi o. Andrzej Pasiut. Tu znany jako Juan Andreas.

Na misje wyleciał w 1992 r. Najpierw Kolumbia potem Peru potem Boliwia, a od trzech lat Paragwaj.

O godzinie 18:00, jak w każdy czwartek, poprowadzę dla wiernych Adorację Najświętszego Sakramentu. W trakcie adoracji podejdę do każdego z indywidualnym błogosławieństwem. Idąc z Najświętszym Sakramentem przypomina mi się scena z filmu „Misja”. Polecam ten film, bo przedstawiane w nim wydarzenia miały miejsce m.in. w Paragwaju.

Przypomina mi się ten jezuita, o. Gabriel (postać tę gra Jeremy Irons), który wśród Indian Guarani niesie monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Kilka wieków później do potomków tamtych Indian Tego Samego Eucharystycznego Jezusa niesie ktoś inny, kontynuując misję.

Błogosławieństwu towarzyszy pieśń: Alabado sea el Altísimo Sacramento del altar… W oczach klęczących widzę często łzy, smutek wypływający z biednego, trudnego życia. Jednak przede wszystkim widzę wiarę. Tę wiarę, którą na te tereny przynieśli jezuiccy misjonarze w 1609 r.

Po adoracji zostanę jeszcze pomóc przy rozdawaniu Komunii Świętej, podczas Mszy o 19:00. Po Mszy jeszcze krótkie spotkanie z wiernymi kończone zazwyczaj słowami: Jajotopata koero! (Do zobaczenia jutro) oraz błogosławieństwem: Tuva + Ta’yra, Pytū Marangatu Rérape tanderovasa. Wierni bardzo się cieszą, gdy słyszą błogosławieństwo nie po hiszpańsku, ale w języku ich przodków, w guarani.

Ten zwyczaj błogosławieństwa jest tu powszechny. Do kapłana podchodzą dzieci, młodzież i dorośli i składają ręce. Tak, jak do modlitwy. W ten sposób proszą o błogosławieństwo. Często także, gdy nie ma w pobliżu kapłana, ludzie błogosławią siebie nawzajem.

Po Mszy Świętej rowerem wracam do domu rekolekcyjnego, w którym mieszkam wraz z br. Juanem. Wracam w towarzystwie robaczków świętojańskich. Te paragwajskie są znacznie większe niż w Polsce i świecą też mocniej. Efekt można tylko sobie wyobrazić i pozazdrościć. W tym momencie zapominam, że przez cały dzień niemiłosiernie gryzły mnie komary. To też można sobie wyobrazić, ale już nie ma czego zazdrościć.

Jutro, jak co dzień, pobudka o godzinie 5:00. Potem gimnastyka. O 5:30 w towarzystwie gwiazd i zachodzącego księżyca pojadę do klasztoru na poranne modlitwy, brewiarz i rozmyślanie. Po śniadaniu spacerkiem udam się do klasztoru sióstr klauzurowych, aby im, oraz przychodzącym wiernym, o godzinie 8:30 odprawić Mszę Świętą. Inni ojcowie odprawią Msze Święte o 7:00, 15:00 oraz 19:00.

W tym miesiącu wyjątkowo nie odprawiamy Mszy Świętej we wspólnocie Cenacolo, nad którą misjonarze sprawują duchową opiekę. Do wspólnoty przyjechał zaprzyjaźniony kapłan, który odprawia dla chłopaków Mszę Świętą. Zatrzymuję się  przed kaplicą sióstr i z podziwem patrzę na małe koliberki zawieszone w powietrzu. Aż trudno uwierzyć, że ich małe serduszka biją średnio 600 razy na minutę, a skrzydła mogą uderzać nawet do 90 uderzeń na sekundę.

Uwielbiam zapachy. Trudno mi jest przejść obojętnie obok perfumerii. Zachodzę, oglądam, wącham nowe zapachy. Po wizycie w perfumerii pachnę tą mieszanką zapachów czasem nawet na drugi dzień. Nic nie kupiłem, ale pachnę. Zapachem perfumerii przeszły moje ubrania. Myślę, że podobnie rzecz się ma z Aregua – ogólnoparagwajskim Centrum Bożego Miłosierdzia. To miejsce „pachnie” i przyciąga miłośników „zapachów”. Obok tego miejsca nie można przejść obojętnie.

Jedni przychodzą na moment, inni na dłużej jak np. wolontariusze. Jedni codziennie, inni tylko w niedzielę. Wszyscy jednak wychodząc stąd „pachną”. Być może nawet o tym nie wiedząc…

Dusza ludzka „przechodzi” zapachem Bożego Miłosierdzia. Tak myślę.

o. Artur Pyza

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć: misje.franciszkanie.pl.



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij