Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Dzień Zaduszny

02.11.2018 . kg

2 listopada w kalendarzu liturgicznym Zaduszki, czyli Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych. Dzień ten jest wyrazem wiary w obcowanie świętych, zmartwychwstanie ciała, życie wieczne i skuteczność modlitwy za zmarłych.

Cmentarz Salwatorski - grobowiec Franciszkanów / fot. A. Zając

 

Genezę Zaduszek w chrześcijaństwie wiąże się z praktykami wczesnośredniowiecznych mnichów, którzy odprawiali nabożeństwa za zmarłych współbraci. Już na początku VII wieku Izydor z Sewilli zalecał odprawianie Mszy Świętych za dusze zmarłych zakonników, a od IX wieku w niektórych opactwach zaczęto obejmować intencjami modlitewnymi wszystkich zmarłych chrześcijan. Pod koniec wieku X Odylon, opat klasztoru benedyktyńskiego w Cluny, wyznaczył na 2 listopada dzień obowiązkowych modlitw za wszystkich wiernych zmarłych. Zwyczaj ten przejęły inne zakony, a już w 1311 roku Stolica Apostolska wprowadziła Dzień Zaduszny do kalendarza. Formularz wprowadzony wtedy do liturgii zwany jest mszą Requiem, a do jego najbardziej znanych elementów  należy sekwencja Dies irae autorstwa Tomasza z Celano, pierwszego biografa św. Franciszka z Asyżu:

Dzień ów gniewu się nachyla,

gdy w proch wieki zmiecie chwila,

świadkiem Dawid i Sybilla.

Będzie strach tam, będzie drżenie,

przyjdzie sędzia sądzić ziemię

a roztrząsać wszystko wiernie.

Trąba wyda głos dokoła,

gdzie kto gnił w mogilnych dołach,

wszystkich do stóp tronu zwoła3.

Śmierć struchleje, wszelkie ciało

gdy powstanie, jak leżało,

by przed Sędzią głos zabrało.

Zwój ksiąg będzie rozwiniony

zapisanych z każdej strony,

z których ma być świat sądzony.

Sędzia zasię gdy rozkaże,

co ukryte, to ukaże,

a bezkarnie nic nie zmaże.

Cóż mam, nędzny, odpowiadać,

jakiego obrońcę badać,

gdy nawet dobremu biada.

Królu strasznej wielmożności,

co zbawiasz nas mimo złości,

wybaw mnie, źródło litości.

Pomnij, Jezu, miłościwy,

jakoś dla mnie czynił dziwy,

nie gub mnie w tym dniu straszliwym.

Dla mnieś się utrudził, Panie,

krzyża mękę cierpał za mnie,

miałby trud ten przepaść marnie?

Prawy Sędzio odemszczenia,

daj nam łaskę odpuszczenia

jeszcze przed dniem rozliczenia.

Od zbrodniarza jęczę srożej,

czoło ogniem winy gorze,

proszącego oszczędź, Boże.

Ty, co Marii odpuściłeś,

łotra z krzyża pocieszyłeś,

nadzieję w serce włożyłeś.

Prośby me tego niegodne,

ale ty wejrzyj łagodnie,

bym nie płonął wiecznym ogniem.

Postaw mnie w owiec zagrodzie,

od kozłów sprośnych mnie oddziel4,

staw po prawicy w swym grodzie.

Pomieszawszy z przeklętymi,

ogniem srogim objętymi,

wywołaj mnie ze świętymi.

W kornej błagam Cię postawie,

z sercem startym na proch prawie,

uczyń zadość mojej sprawie.

Dzień nieszczęsny się nachyla,

gdy rozpęknie się mogiła,

wstanie na sąd człowiek grzeszny,

Ty go oszczędź, Boże wieczny.

Dobry Jezu a nasz Panie,

daj im swoje spoczywanie.

 

W Polsce, w Dzień Zaduszny odwiedza się cmentarze i zapala znicze. Zaduszki swoją obrzędowością nawiązują do żałobnych uroczystości pogańskich i przedchrześcijańskich. Kult zmarłych towarzyszył i towarzyszy niemal wszystkim religiom. Jeszcze w XIX wieku we wschodniej Polsce odprawiano uroczystości ofiarne z przywoływaniem zmarłych (stały się inspiracją dla Dziadów Adama Mickiewicza) oraz urządzano uczty, zarówno w domach jak i na grobach, aby zapewnić sobie przychylność zmarłych i pomóc im w osiągnięciu spokoju. Na zachodzie Polski pod kościoły i na cmentarze przynoszono jedzenie, które rozdawano tzw. dziadom kościelnym, czyli ludziom żebrzącym, prosząc ich o modlitwę za zmarłych.

Noc z 1 na 2 listopada, zwana nocą zaduszkową, była uważana za czas, w którym dusze zmarłych, uwolnione z czyśćca, powracają na ziemię, szukając pomocy, modlitwy lub ofiary. Jeszcze w XIX wieku w noc zaduszkową starano się nie wychodzić z domu, nie wyruszać w podróż, nie odwiedzać sąsiadów. Nie zbliżano się też do kościoła, wierząc, że zmarli księża mieli odprawiać Msze dla innych zmarłych. W wielu świątyniach zostawiano na tę noc otwarte drzwi i mszał na ołtarzu. Jeszcze w wieku XX w wieczór zaduszkowy zostawiano na progach potrawy i alkohol, by dusze mogły się pożywić. Obrazowo Dzień Zaduszny i mieszanie się obrzędów chrześcijańskich z ludowymi przedstawia Władysław Reymont w Chłopach. Zapraszamy do lektury:

Nadszedł Dzień Zaduszny, szary, bezsłoneczny i martwy, że nawet wiatr nie przegarniał zeschłymi badylami ni chwiał drzewami, co stały ciężko pochylone nad ziemią […]. Smutek przejmujący padł na wszystkie dusze; jakaś dziwnie bolesna cichość omotała serca – cichość rozpamiętywań żałośliwych i wspominek o tych, co już byli odeszli tam, pod te brzozy zwieszone, pod te czarne, pochylone krzyże.

– Mój ty Jezu kochany! Mój Jezu! – wzdychali i podnosili szare, jak ta ziemia, twarze i topili oczy beztrwożne w tajemnicy, i szli spokojnie składać ofiary i pacierze za zmarłych.

[…] Po południu, na nieszpory, jakie się odprawiały raz w rok w cmentarnej kaplicy, pociągnęli wszyscy […]. Cicho było, tą dziwnie posępną cichością Zaduszek; tłumy szły drogą w surowym milczeniu, ino tupot nóg się rozlegał głucho, ino te drzewa przydrożne chwiały się niespokojnie i cichy a bolesny szum gałęzi drżał nad głowami, ino te grania i śpiewy proszalne dziadów łkały w powietrzu i opadały bez echa.

Przed wrótniami, a nawet i wśród mogił, pod murem, stały rzędy beczek solówek, a obok nich rozkładały się gromady dziadów. A naród płynął całą drogą pod topolami ku cmentarzowi; w mroku, co był już przytrząsł świat jakby popiołem szarym, błyskały światła świeczek, jakie mieli niektórzy, i chwiały się żółte płomyki lampek maślanych, a każdy, nim wszedł na cmentarz, wyciągał z tobołka chleb, to ser, to ździebko słoniny albo kiełbasy, to motek przędzy lub tę przygarść lnu wyczesanego, to grzybów wianek, i składali to wszystko pobożnie w beczki – a były one księże, były organistowe i Jambrożego, a reszta dziadowskie, a któren w nie nie kładł, to grosz jaki wciskał w wyciągnięte ręce dziadowskie... i szeptał imiona zmarłych, za które prosił o pacierz.

Chór modłów, śpiewów, imion wypominanych jękliwym rytmem wznosił się wciąż nad wrótniami, a ludzie przechodzili – szli dalej, rozpraszali się wśród mogił, iż wnet, niby robaczki świętojańskie, jęły jaśnieć i migotać światełka wskróś mroków i gąszczów drzew, i traw zeschniętych. Głuchy, przyciszony trwożnie szept pacierzy drgał w przyziemnej ciszy; czasem szloch bolesny zerwał się z mogił; czasem lament żałosny wił się w rozdzierających skrętach wśród krzyżów; to jakiś nagły, krótki, nabrzmiały rozpaczą krzyk, jak piorun, rozdzierał powietrze albo ciche płacze dziecięce – sieroce płacze kwiliły w omroczonych gąszczach niby pisklęta... A chwilami opadało na cmentarz głuche i ciężkie milczenie, że ino drzewa szumiały posępnie, a echa płakań ludzkich, skarg, krzyków bolesnych żałości biły ku niebu, w świat cały szły. Ludzie snuli się wśród mogił cicho, szeptali lękliwie i trwożnie poglądali w dal omroczoną, niezgłębioną.

[…] Kuba z Witkiem chodzili razem z drugimi, a gdy już do cna pociemniało, Kuba powlókł się w głąb, na stary cmentarz. A tam na zapadniętych grobach cicho było, pusto i mroczno – tam leżeli zapomniani, o których i pamięć umarła dawno – jako i te dnie ich, i czasy, i wszystko; tam jeno ptaki jakieś krzyczały złowrogo i smutnie szeleściła gęstwa, a gdzieniegdzie sterczał krzyż spróchniały – tam leżały pokotem rody całe, wsie całe, pokolenia całe – tam się już nikt nie modlił, nie płakał, lampek nie palił... Wiatr jeno huczał w gałęziach a rwał liście ostatnie i rzucał je w noc na zatracenie ostatnie. Tam jeno głosy jakieś, co nie były głosami, cienie, co nie były cieniami, tłukły się o nagie drzewa kiej te ptaki oślepłe i jakby skamlały o zmiłowanie.

Kuba wyjął z zanadrza parę oszczędzonych skibek chleba, rwał je w glonki, przyklękał i rozrzucał po mogiłach.

– Pożyw się, duszo krześcijańska, co cię wypominam w wieczornym czasie, pożyw się, pokutnico człowiecza, pożyw się! – szeptał z przejęciem.

– Wezną to? – pytał cicho Witek zatrwożonym głosem.

– Przeciech! Ksiądz żywić nie da! W beczki drugie kładą, ale tym biedotom nic z tego. Księdzowe albo i dziadoskie świnie mają wyżerkę... a dusze pokutujące głód cierpią.

– Przyjdą to?

– Nie bój się... wszytkie te, co czyścowe męki cierpią... wszytkie. Pan Jezus odpuszcza je na ten dzień na ziemię, żeby swoich nawiedziły.

– Żeby swoich nawiedziły! – powtórzył z drżeniem Witek.

– Nie bojaj się, głupi, zły dzisiaj nie ma przystępu, wypominki ano odganiają go, i te pacierze, i te światła... A i Pan Jezus sam chodzi se dzisiaj po świecie i liczy; gospodarz kochany, co mu ta jeszcze dusz ostało, aż se wybierze wszystkie, wybierze... Dobrze baczę, jak matula mówili, a i stare ludzie przytwierdzają.

– Pan Jezus se chodzi dzisiaj po świecie! – szeptał Witek i oglądał się bacznie.

[…] Wieś była cicha mimo święta, drogi były puste, karczma zamknięta, a gdzieniegdzie tylko przez małe zapocone szybki błyskały światełka i płynęły ciche śpiewy pobożnych i głośne modlitwy odmawiane za zmarłych... Z trwogą wysuwano się przed domy, z trwogą nasłuchiwano szumów drzew, z trwogą patrzano w okna, czy nie stoją, nie jawią się ci, co w dniu tym błądzą, przygnani tęsknotą i wolą Bożą... czy nie jęczą pokutniczo na rozstajach... czy nie zaglądają przez szyby żałośnie? A gdzieniegdzie, starym zwyczajem świętym, gospodynie wystawiały na przyzby resztki wieczerzy, żegnały się pobożnie i szeptały:

– Naści, pożyw się, duszo krześcijańska, w czyścu ostająca...

Wśród ciszy, smętku, rozpamiętywań, lęku płynął ten wieczór Zaduszek.

Władysław Reymont, Chłopi



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij