Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Emmaus - od nostalgii do spotkania i poznania

15.04.2015

Nie żyć nostalgią przeszłości, ale odkrywać ciągle nową i twórczą obecność Jezusa Chrystusa

Ta refleksja będzie dotykała trzech tematów, ważnych nie tylko dla życia kapłana, ale – jak sądzę – również dla każdego, kto na serio traktuje swoje życie, swoją modlitwę i wiarę.  

A. „Byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy”

Ewangelista Łukasz pisze, że dwaj uczniowie Jezusa opuścili Jerozolimę i udali się do Emaus, oddalonego od Jerozolimy o 60 stadiów, czyli ok. 11 km.  Dlaczego – pytamy – opuścili Jerozolimę? Dlaczego postanowili porzucić miasto i sprowadzić się na wioskę, zostawić stolicę i wrócić na prowincję? Takie miasto, jak Jerozolima, dawało o wiele większe i bogatsze perspektywy na przyszłość, niż mała, uboga wioska Emaus. To właśnie z myślą o przyszłości, o byciu sławnym, dobrze widzianym i ocenianym, opuścili kiedyś prowincję i przyszli do miasta. Teraz sprawy przedstawiają się zupełnie inaczej: porzucają miasto, które kojarzy się ze sławą, materialnym dobrobytem, bezpieczeństwem, wygodą itd., aby wrócić na wioskę. Sugeruje to chęć wycofania się z biegu życia, wyjścia poza krąg ludzi wpływowych, oddalenie się od „centrów władzy”. Postawa taka musi rodzić pytania, nie tylko natury historycznej, ale także psychologicznej. A nawet bardziej natury psychologicznej, niż historycznej.

1. Nostalgia uczniów jest wielka. Tęsknią bardzo za tym, co było, co utrwaliło się mocno w ich pamięci, o czym nie mogą przestać myśleć i mówić („a myśmy się spodziewali”). Nostalgia jest zlepkiem dwóch greckich słów „ból” i „powrót”. Sytuuje się w pamięci, która z uporem trzyma się pewnych miłych obrazów z przeszłości, chętnie do nich wraca (a nawet ciągle w nich trwa, nie będąc w stanie uwolnić się od nich), żyje nimi, przez co zapomina o teraźniejszości, od której przecież zależy tak bardzo wiele.  

Nostalgia jest mieszaniną przyjemności i smutku. Człowiek przypomina sobie coś przyjemnego z przeszłości, do czego pragnie powrócić, co pragnie przeżyć na nowo (możliwie w niezmienionym stanie). Tymczasem nie jest to możliwe. Życie ma to do siebie, że się rozwija, czyli ulega ciągłej zmianie. Kurczowe czy niekiedy wręcz chorobliwe trzymanie się tego, co było, nie rozwija. Należy mieć oczy i serce otwarte aby dostrzec ciągle nową obecność i działanie Boga w naszym „dzisiaj”, gdy tymczasem nostalgia zamyka oczy na teraźniejszość i otwiera przeszłość, której niestety, już nie ma.

2. Uczniowie z Emaus z rozrzewnieniem wracają do słów i gestów Jezusa. Byli Nim zachwyceni. Z pewnością bycie uczniem tak wielkiego i popularnego Mistrza, który przyciągał tłumy, wzbudzał zachwyt i posłuch, o którym mówili wszyscy wokół itd., było niemałym zaszczytem i wyróżnieniem. Rodziło też określone nadzieje na dobrą przyszłość. Kleofas bynajmniej nie ukrywa, że spodziewał się czegoś szczególnego od Jezusa. Otwarcie mówi, że spodziewał się czegoś pozytywnego z racji bycia Jego uczniem, członkiem Jego wspólnoty. W imieniu swoim i innych, jemu podobnych, otwarcie przyznaje: „a myśmy się spodziewali”.

Wraz z Jego śmiercią, nadzieje, jakie z Nim wiązali, rozwiały się. Jednym słowem, Jego śmierć ich rozczarowała! Mocno zawiedli się na Chrystusie. Ich Mistrz został skazany na śmierć. Umarł. Może spodziewali się, że – jako potężny w słowie – odrzuci fałszywe oskarżenia względem siebie, że zejdzie z krzyża, albo że uczyni coś jeszcze innego (przecież był taki mocny)… Nic z tego! Umarł i wraz z Jego śmiercią ich ludzkie/ziemskie marzenia spełzły na niczym. Stali się wręcz pośmiewiskiem dla siebie i dla innych. Być może, pozostając w Jerozolimie, czuli na sobie ciężar spojrzeń przeciwników Jezusa, którzy otwarcie lub skrycie, być może, naśmiewali się z ich, pozornie, naiwnej wiary w Jezusa, jako Syna Bożego. Wytykali ich palcami.

Jednym słowem świat się zmienił. Wraz ze śmiercią Jezusa stał się inny, odmienny od wcześniejszego. Uczniowie zostali zmuszeni zmienić plany, zrezygnować z marzeń, „zejść na ziemię”. Jednym słowem postanowili wycofać się z dotychczasowych wielkich i odważnych planów na życie. Tak właśnie – jak sądzę – należy interpretować ich powrót do Emaus. Jest to w dużym stopniu powrót do przeszłości, do tego, co już było, a tym samym widoczna niechęć do tego, co jest lub stać się może.  

Uderza ich rezygnacja z planów na przyszłość. Nikt ich nie prześladuje, nikt nie każe im opuszczać Jerozolimy, nikt ich nie wyrzuca. Wszystko czynią z własnej woli i to jeszcze w pospiechu! Dlaczego? Z wielkiej przygody powracają, o dziwo, z pustymi rękami. I nie tylko, są dodatkowo mocno zawiedzeni i zawstydzeni. Nie mają odwagi spojrzeć w oczy nikomu, kogo mijają. Są zapatrzeni wyłącznie w to, co było, w rany, jakie zostały zadane ich „ego”. Ewangelista pisze wprost, że ich „oczy są na uwięzi”. Skupieni byli tak bardzo na swoich bólu i doznanym rozczarowaniu, że nie dostrzegają nowej obecności Jezusa. Rozmawiają, ale rozmowy ich nie dotyczą przyszłości. Narzekają i ubolewają, zamiast dodawać sobie odwagi. Jednym słowem w ich mowie brak nadziei i optymizmu. Wyrzucają sobie pozorną naiwność. Są zawstydzeni, że tak łatwo dali się uwieść obietnicom Jezusa.

3. Podobnego stanu doświadczyć może również wierzący. Bliski jest także kapłanowi. Rodzi się on w obliczu wielu spraw, których jest świadkiem, w których pośrednio lub bezpośrednio bierze udział. Kiedy nie idą one po jego myśli albo nie idą tak, jak „za dawnych dobrych czasów”, staje się pełen nostalgii. Tęskni za tym, co i jak było dawniej. Być może przyzwyczaił się do pewnej formy bycia księdzem, do określonego sposobu prowadzenia duszpasterstwa czy parafii, głoszenia rekolekcji, udzielania pomocy potrzebującym itd. W dotychczasowy styl bycia księdzem, wkradła się rutyna, która tymczasem uśmierca myślenie, osłabia krytyczną refleksję nad zmieniającą się rzeczywistością. Rutyna duszpasterska odsuwa pytania, skądinąd nieodzowne, czy nadal robić to, co robiło się dotąd? Czy nadal robić to w taki sam sposób, w jaki robiło się przez lata wcześniejsze? A może należałoby „dopasować” sposób prowadzenia duszpasterstwa do potrzeb ludzi i zmieniającego się czasu? Niechęć czy nieświadomość, co do potrzeby podjęcia koniecznych zmian, a w ich konsekwencji mniejsza, niż dotąd, odpowiedź ze strony wiernych, rodzi w duszy kapłana poczucie bycia niepotrzebnym. Kapłan czuje się samotny czy wręcz zagubiony.  

Doświadcza stanu duchowego wypalenia, popularnie określanego, jako burnout. Praca kapłańska, parafialna, katechetyczna itd. przestaje mu dawać satysfakcję, jaką dawała dotąd. W efekcie kapłan przestaje się rozwijać: duchowo i zawodowo. Czuje się przepracowany i niezadowolony z tego, kim jest i co robi. Nie cieszą go już, jak dotąd, pełnione obowiązki i zajęcia; niegdyś sprawiały mu przyjemność, ale już nie teraz. Często stan ten jest wynikiem jakiegoś stresu. Występuje on często na skutek przepracowania, jest efektem częstych i wymagających kontaktów z ludźmi. Jednym słowem, kapłan czuje się „zawodowo wypalony”, ma uczucie wewnętrznej i emocjonalnej pustki, maleją jego siły fizyczne i duchowe. Cynicznie spogląda na siebie i innych, obniża się jego wrażliwość wobec innych, staje się bardziej obojętny i gruboskórny. Zbyt krytycznie ocenia również swoje dotychczasowe dokonania. Ma odczucie marnowania siebie, swojego potencjału intelektualnego i duchowego. Nie dostrzega już tak wyraźnie, jak wcześniej, sensu swojej dotychczasowej pracy.  

Czuje się duchowo przetrącony… Nie odnajduje się w tym, kim jest i co robi. Może miał ambicje bycia kimś, może jego ambicje/aspiracje były większe, niż życie pozwalało zrealizować… Lata szybko lecą, a tymczasem jego aspiracje, różnego rodzaju pragnienia się nie realizują i stąd rozczarowanie, zniechęcenie, duchowe wypalenie. Istnieje wtedy poważne niebezpieczeństwo depresji, wpadnięcie w alkoholizm albo coś jeszcze innego, gorszego...

4. Kiedy zabraknie ciągle żywego dialogu z Bogiem, który „okazuje, jakoby miał iść dalej”, kapłan może żyć przeszłością i lekceważyć teraźniejszość. Może czuć się obrażonym – na Pana Boga, na ludzi, swoich parafian, ale także na biskupa czy jeszcze kogoś innego, kto nie spełnił nadziei, jakie z nim wiązał. Kapłan usztywnia się – w swoich myślach i w swoim sercu. Staje się upartym, chce zawsze postawić na swoim, naciska, aby „było tak, jak on chce”. Kiedy pojawia się upartość, zamykają się wtedy uszy i oczy rozsądku. Osoba uparta zawiesza logiczne myślenie, zamyka się na rozsądne argumenty, staje się ślepa i głucha na to, co mówią inni. Nie widzi nic poza tzw. „swoimi” racjami.

W szybko zmieniającym się świecie zmianie ulega tymczasem „obecność” Boga. Jest On, oczywiście, zawsze tym samym Bogiem Jezusa Chrystusa, ale Jego „obecność” jawi się nieco inaczej. Ktoś powie (i historia zna ich imiona), że Go nie ma, że umarł, że oddalił się od świata, że zapomniał o nim. Tymczasem nic z tego! Bóg o nas nie zapomniał. On nadal jest obecny w naszym życiu i dziejach świata. Być może Jego dzisiejsza obecność jest nawet większa, niż była dawniej, a tylko nasze oczy są „niejako na uwięzi, tak że Go nie poznajemy”. Potrzeba cierpliwości, aby rozpoznać właściwie Bożą obecność i Boże działanie. Tej jednak brakuje nam najbardziej. Człowiek współczesny, a tym bardziej kapłan, jest ciągle zabiegany. Ciągle się spieszy, ciągle wzywany do nowych, pilnych obowiązków duszpasterskich i nie tylko.

B. „Lecz przymusili Go, mówiąc: ‘Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił".

5. Uderzyć musi postawa uczniów, którzy przymusili Jezusa do zostania z nimi. Wprawdzie Go nie rozpoznali, ale – mówiąc delikatnie – przymusili/mocno zachęcili, aby z nimi pozostał na noc. Ich przymus miał formę zaproszenia, dotąd jeszcze im nieznajomego Jezusa, do odpoczynku i spożycia wspólnego posiłku. Jakże „błogosławiony” okazał się ów przymus! To właśnie dzięki niemu Kleofas i jego przyjaciel rozpoznali w Wędrowcu – zmartwychwstałego Chrystusa. Czyż nie jest czymś wręcz dziwnym, że oto Bóg dał się przymusić człowiekowi, aby z nim pozostał? Można by powiedzieć, że dwaj uczniowie walczyli z Bogiem, prosząc Go o błogosławieństwo. Ich prośba nie dotyczyła byle czego. Nie prosili Jezusa o coś, ale o Niego samego, o Jego obecność w ich życiu, o Jego błogosławieństwo! Ważne jest, aby wiedzieć o co prosić Boga, aby prosić Go o rzeczy najważniejsze, o Jego obecność w naszym życiu. Oczywiście, On zna nasze, nawet najgłębsze, potrzeby, ale jakże ważne jest, abyśmy również my je znali!

Uczniowie „przymuszają” Nieznajomego jeszcze im (Jezusa) do pozostania z nimi. Proszą Go, ponieważ doskwiera im nie tyle samotność, ile raczej poczucie bezradności, zagubienia. Czują się duchowo i życiowo osieroceni i zagubieni. Przymuszają Jezusa do pozostania, ponieważ zbliżała się „noc”. Czy był to rodzaj „nocy ducha”? Raczej miała ona coś z duchowej niepewności przed tym, co będzie, jak się sprawy ułożą, co się stanie z nimi samymi? Niepewność jutra jest bardzo dokuczliwa dla duszy, zaciemnia ją, rodzi duchowy smutek i brak nadziei. Trzeba prosić o pomoc Bożą, aby nie poddać się nęcącej pokusie zniechęcenia. Kiedy ulegamy jej, łatwo wpadamy w stany depresyjne lub w inne uzależnienia. Trzeba zwalczać niepewność, „przymuszając” Boga do wejścia w nasze życie, do bycia blisko, aby wzmacniał w nas nadzieję i wiarę, rozbudzał kapłańską miłość.  

Biblia zna inne jeszcze przypadki „walki” z Bogiem o błogosławieństwo. Najbardziej znaną postacią biblijną walczącą z Bogiem jest patriarcha Jakub. Niegdyś oszukał i skrzywdził swego brata Ezawa; teraz po latach miał się z nim zobaczyć i bał się jego zemsty. W nocy przed spotkaniem przebywał samotnie nad potokiem Jabbok i tam walczył z tajemniczą istotą reprezentującą Boga. Walka trwała całą noc, aż w końcu anioł ten, nie mogąc go pokonać, wywichnął mu biodro i poprosił o puszczenie go. Wtedy Jakub odpowiedział: Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz (Rdz 32, 27). Jak wiadomo, anioł zmienił mu imię na Izrael (Bóg walczy), motywując to: bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś, a następnie pobłogosławił.

6. Modlitwa uwalnia z negatywnej nostalgii. Uwalnia ona również z innych wad, jak z zazdrości, lenistwa, uporczywego trzymania się swojego widzimisię. Wytrwała modlitwa nie jest bynajmniej łatwa. Nie zawsze jest ona przyjemnym spędzaniem czasu. Często apeluje o wysiłek, systematyczność, wytrwanie w niej, mimo zmęczenia, braku widoczny owoców, złych trendów. W modlitwie wytrwałej człowieka nalega na Boga, aby mu pomógł. Wiele może się nauczyć patrząc na kobietę kananejską, o której mówi Ewangelia wg św. Mateusza:

Zmiłuj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Zły duch bardzo dręczy moją córkę. Ale On nie odezwał się do niej ani słowem. Uczniowie podeszli do Niego i prosili: Odpraw ją, bo krzyczy za nami. On odpowiedział: Przecież zostałem posłany tylko do owiec, które zginęły z domu Izraela. Ona jednak podeszła, pokłoniła się i prosiła: Panie! Pomóż mi! Lecz On odpowiedział: Nie wypada zabierać chleba dzieciom i rzucać go szczeniętom. Ona zaś rzekła: Tak, Panie! Ale i szczenięta zjadają resztki, które spadają ze stołu ich panów. Wtedy Jezus powiedział: Kobieto! Wielka jest twoja wiara! Niech więc się stanie tak, jak chcesz. I w tej samej chwili jej córka została uzdrowiona” (15,22-28).

Może (zbyt) rzadko „przymuszamy” Boga, aby pozostał z nami, aby wszedł jeszcze głębiej w nasze życie, aby pomógł nam rozwiązywać trudności osobiste i problemy tych, którzy nas o to proszą? Może za rzadko „walczymy” z Bogiem, prosząc Go o błogosławieństwo? Może zbyt słabo i rzadko prosimy Go o owocność dzieł, które prowadzimy, parafii, w której pracujemy, chorych, których nawiedzamy z sakramentami, dzieci i młodzieży, którą uczymy, par, które błogosławimy?… Bóg udziela swojego błogosławieństwa tym, którzy Go o to proszą – wytrwale, usilnie, ciągle.

Może również za mało lub za rzadko „przymuszamy samy siebie” do modlitwy: gorliwej, szczerej, głębokiej… Może za słabo przykładamy się do walki z wadami, może z jakąś słabością, o której nikt, prócz mnie, nie wie? Zawsze pouczająca jest scena modlitwy wstawiennicza Mojżesza o zwycięstwo w walce z Amalekitami: „Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy zdrętwiały Mojżeszowi ręce, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. I tak pokonał Jozue Amaleka i jego lud ostrzem miecza” (Wj 17,11-13).

C. „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?" W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy”

7. Poznając Boga, człowiek poznaje jednocześnie samego siebie. W sakramencie Eucharystii poznaje Go najpełniej i najgłębiej, odkrywając jednocześnie swoje lęki i nadzieje. W sakramencie Eucharystii kapłan leczy się ze swojej negatywnej nostalgii, z chęci zamknięcia się w rozczarowaniach, których doznał, w trudnościach, który doświadczył. Eucharystia czyni go na nowo otwartym i misyjnym. Uczniowie – mówi Ewangelista – „w tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy”, czyli podjęli na nowo swoje życiowe wezwanie, stanęli do pracy „w winnicy Pana”. Przestali się ukrywać i leczyć rozdarte rany. Przestali opłakiwać to, co było, otwierając się na nowość, którą przynosi Zmartwychwstały.

Eucharystia jest lekarstwem na wszystkie nasze schorzenia i jedynie wartościową siłą na przyszłość, której osobiście nie znamy, ale którą zna już Bóg i która należy do Niego. 

 

o. Zdzisław J. Kijas OFMConv

Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych
Rzym-Watykan

foto: Altobello Melone - Droga do Emmaus, Wikimedia Commons



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij