Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Jego głos do dziś brzmi mi jeszcze w uszach…

23.09.2020 . kg

Biuro Promocji Kultu | bł. Michała Tomaszka 
i bł. Zbigniewa Strzałkowskiego

Błogosławiony o. Michał Tomaszek urodził się 23 września 1960 r. w Łękawicy. Dziś, w 60. rocznicę urodzin błogosławionego publikujemy rozmowę – wspomnienie o. Marka Dubanika, franciszkanina, misjonarza pracującego przez 30 lat w Boliwii, który urodził się w tym samym roku, co bł. Michał Tomaszek.

Rozmawiała Anna Dąbrowska

Od 1989 r., przez 30 lat pracowałeś Ojcze jako misjonarz w Boliwii. Skąd pomysł, by wyruszyć na misje akurat tam, a nie np. do Peru?

W powołaniu na misje Pan Bóg posłużył się w moim przypadku o. Stanisławem Olbrychtem. Po święceniach kapłańskich zostałem posłany na naszą placówkę w Nowym Korczynie. W drugim roku pracy odwiedził naszą wspólnotę o. Stanisław Olbrycht, misjonarz z Boliwii. Usłyszałem od niego stwierdzenie: „Ja też pracowałem tu przed 10 laty i stąd pojechałem na misje, ty też tak możesz” – te słowa zmobilizowały mnie do podjęcia decyzji. Spotkanie z o. Stanisławem było dla mnie radością, bowiem od wielu lat modliłem się za niego. Zapamiętałem jego pożegnanie podczas pielgrzymki w Kalwarii Pacławskiej, gdzie prosił o modlitwę.

Byłeś Ojcze przygotowany do specyfiki tej pracy, czy uczyłeś się „co i jak” na miejscu?

Wylot do Boliwii poprzedził tylko dwutygodniowy kurs języka hiszpańskiego we Wrocławiu. Naukę kontynuowałem na miejscu około trzech miesięcy, w tym czasie poznawałem też kulturę, zwyczaje. Stopniowo podejmowałem pracę misyjną.

Gdy w listopadzie 1988 r. do Peru wyruszali o. Jarosław Wysoczański i o. Zbigniew Strzałkowski, to mieli sporo przesiadek, w tym w Moskwie. Do Boliwii leciało się wtedy tak samo?

Wyjechaliśmy we trzech w październiku 1989 r. – ja, o. Marek Krupa i o. Stanisław Sękowski. Podróż była długa, leciało się rosyjskimi liniami lotniczymi Aerofłot. Rozpoczęliśmy ją w Warszawie lotem do Berlina, następnie do Moskwy, a z Moskwy jednym samolotem przez Luksemburg, Irlandię, Kanadę, Kubę kończąc w Limie, czyli w Peru. W Limie zatrzymaliśmy się dwa tygodnie, gdzie uzupełnialiśmy formalności urzędowe, ponieważ w tym czasie wizę do Boliwii trzeba było uzyskać w tamtejszej polskiej ambasadzie. Oczekiwanie było opatrznościowe, bo dzięki temu mogliśmy pojechać do Pariacoto, czyli do miejsca tworzącej się nowej placówki franciszkańskiej. Bracia o. Jarosław i o. Zbigniew rozpoczynali tam pracę misyjną, a o. Michał przebywał wówczas na kursie języka hiszpańskiego w Limie.

Jak Ojcze zapamiętałeś z tamtego spotkania o. Michała Tomaszka?

Wielką radością było dla nas to spotkanie na innym kontynencie. Łączyło nas życie nowicjackie, studia seminaryjne. Dziękowaliśmy Panu Bogu za łaskę tego spotkania i możliwość dzielenia się wspomnieniami wspólnie przeżytych lat.

O. Michałowi udało się załatwić tygodniową przerwę w nauce języka i wyjechać razem z nami do misji w Pariacoto. Byłem zaskoczony, że tak szybko już posługiwał się językiem hiszpańskim. Miał przy sobie zeszyt, w którym tłumaczył polskie piosenki na język hiszpański z chwytami gitarowymi – zawsze towarzyszyła mu gitara. Jego głos do dziś brzmi mi jeszcze w uszach. Uczył mnie pieśni bardzo popularnej w Ameryce Południowej: „Santa Maria del camino”.

O. Michał chętnie dzielił się też poradami praktycznymi dotyczącymi nowej misyjnej rzeczywistości. Podziwiałem jego radosną postawę, spontaniczną otwartość wobec napotkanych ludzi.

Pierwszy pobyt, choć tak krótki, pozwolił nam zobaczyć początki misji w Pariacoto, gorliwość i zapał misyjny braci Jarosława, Zbigniewa i Michała. Dzielili się z nami chętnie swoimi planami pracy duszpasterskiej, co było uwidocznione na mapie parafii, obejmującej 72 wsie rozsiane w górach.

Miałem też okazję obserwować o. Zbigniewa wyjeżdzającego z posługą misyjną na parę dni do górskich miejscowości. Dotrzeć do tego miejsca można było tylko konno i pieszo. Po powrocie relacjonował swoją misję z wielkim zaangażowaniem, ubolewając nad trudną sytuacją ludzi gór.

Czy w czasie tego pobytu w Peru zetknęliście się z działalnością „Świetlistego Szlaku” (Sendero Luminoso)?

Pamiętam taki wyjazd do Trujillo, gdzie akurat wtedy cumował polski statek. Ojcowie mieli odebrać z tego statku pomoc humanitarną. Na tę podróż pożyczyliśmy auto od sióstr zakonnych pracujących też w Pariacoto. Wracając, napotkaliśmy oddział grupy Sendero Luminoso, co zmusiło nas do zmiany drogi, gdyż spotkanie bezpośrednie z nimi było niebezpieczne i zagrażało życiu. Temat terroryzmu i działań terrorystów na tych terenach podejmowany był często w rozmowach. W Boliwii, dokąd mieliśmy dotrzeć, nie było takich problemów, nie było terroryzmu.

Po tym spotkaniu widziałeś się Ojcze jeszcze z o. Michałem i braćmi z Peru?

Nasze ostatnie spotkanie mam utrwalone na zdjęciu zrobionym w Limie z 16 sierpnia 1990 r. Jadąc na kurs formacyjny do Asyżu zatrzymałem się w Limie, a bł. Michał wiedząc, że będę także w Polsce, skorzystał z okazji i podał korespondencję do swojej mamy. Później mieliśmy też kontakt listowny.

Trudno było przyjąć wiadomość o zamordowaniu braci w Pariacoto?

Tragiczna wiadomość dotarła do mnie, gdy przebywałem w Montevideo w Urugwaju. Pełniłem wówczas funkcję wychowawcy prenowicjatu. O śmierci braci powiadomił nas ojciec gwardian po porannych modlitwach wspólnotowych. Zamordowanie współbraci wstrząsnęło nami.

W żalu powróciłem myślami do mojego ostatniego snu. Przyśniła mi się duża, ciemna sala, do której wszedł o. Michał, który zbliżył się do mnie i objął takim serdecznym braterskim uściskiem. Pojawiło się we mnie przekonanie, że to było nasze pożegnalne spotkanie. Trudna i bolesna wiadomość przerodziła się w ufną modlitwę.

A jak to było z tym kolegowaniem się w seminarium z bł. Michałem?

W ostatnim rok nauki w seminarium, czyli w czasie diakonatu, mieszkaliśmy w tym samym pokoju. Mieliśmy piękny widok z okna: na Wawel i wieżę z Dzwonem Zygmunt. Wiele wspomnień z tego czasu już się zatarło w pamięci, ale pamiętam poranek wielkanocny, gdy o. Michał wziął gitarę i zaczął śpiewać piosenki i grać, a ja to nagrałem na radiomagnetofonie, który miał taką funkcję. Dziś to już sprzęt bardzo stary, szarpie kasety i wciąga, ale wtedy był sprawny i przydatny.

Bł. Michał miał radosną i przyjacielską osobowość. Jego otwartość i wrażliwość na drugiego wyrażała się w uważności na potrzeby innych. W moim przypadku mogłem zawsze liczyć na jego pomoc. Współpracowaliśmy w ramach istniejącej wówczas seminaryjnej sekcji Radia Watykańskiego.

Na czym to polegało?

Już przed wybuchem stanu wojennego w 1981 r. słuchałem każdego dnia Radia Watykańskiego. Nie było wtedy wielu rozgłośni radiowych, a podawane w nich informacje nie były prawdziwe. Audycja była zawsze o stałej godzinie. Słuchałem jej, a bracia wiedzieli, że jeśli mnie o tej porze nie ma nigdzie, tzn. że słucham. Wiadomości radiowe, jakie wysłuchałem, bł. Michał chętnie przepisywał na maszynie i redagował, a potem umieszczaliśmy je na gazetce ściennej w seminarium. Po jakimś czasie inni bracia też się w to włączyli, podzieliliśmy się, kto w jaki dzień tygodnia słucha audycji i nagrywa, a o. Michał pisał. Tak powstała nasza sekcja Radia Watykańskiego.

Bł. Michał zajmował się też fotografią i nieraz potrzebował pomocy w ciemni, co z radością czyniłem. W ostatnim roku studiów pomógł mi przy pisaniu pracy dyplomowej, zawsze był dyspozycyjny. W czasie tych lat seminaryjnych nie pamiętam, aby między nami wystąpiło jakieś nieporozumienie – bł. Michał był bardzo ugodowy.

23 maja 1987 r. w Krakowie odbyły się święcenia kapłańskie waszego rocznika. Jak zapamiętałeś Ojcze ten dzień?

Było nas dwunastu na roku, ale nie wszyscy – w tym ja – przyjęliśmy święcenia kapłańskie tego dnia. Dwóch z nas miało święcenia w innym czasie. Moje odbyły się 9 czerwca 1987 r. w Lublinie.

Dlaczego tam?

Na czerwiec 1987 r. została zapowiedziana III pielgrzymka Jana Pawła II do Polski. Papież miał w każdym z odwiedzanych miast udzielić jednego sakramentu. W Lublinie 9 czerwca miał być sprawowany sakrament kapłaństwa. Z każdego seminarium w Polsce miał być wybrany jeden reprezentant. Z naszego seminarium franciszkańskiego miał pojechać do Lublina jeden z nas. Okazało się, że bracia z rocznika wybrali mnie. Bracia stwierdzili, że skoro ciągle słucham Radia Watykańskiego, to powinienem pojechać. Dlatego oni mieli święcenia w maju, a ja dopiero 9 czerwca. Do dziś jestem im wdzięczny za to, że mogłem pojechać do Lublina na spotkanie ze św. Janem Pawłem II.

Jestem też wdzięczny Bogu za dar naszych Męczenników z Pariacoto i za lata pracy misyjnej w Boliwii. Dlatego, przed wyjazdem do Polski, poprosiłem tamtejszego malarza, Paula Pinto, o namalowanie obrazu błogosławionych Michała i Zbigniewa. Obraz ten znajduje się w Bazylice św. Franciszka w Sucre.



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij