Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

K'alaphurka!

05.03.2018 Sekretariat Misyjny

Boliwia Misje franciszkańskie | Sekretariat Misyjny

A miała być już dzisiaj odwilż, a mróz trzyma, teraz jest -12 stopni C (pisane w sobotę wieczorem)! I tak od kilku dni. Tydzień temu poszliśmy z o. Piotrem i z o. Pawłem na Kasprowy Wierch, szlakiem przez Myślenickie Turnie. (kilka fotek na Facebooku) Warunki cudowne, słoneczko, względne widoki. Ogólnie super! Tylko…? Tylko, że na Kasprowym było – 21stopni C i wiatr, który wiał z prędkością 7 m/s. Porywał on drobiny śniegu, ciskał nimi w oczy i przenikał do szpiku kości.

Nie potrafię przeliczyć sobie temperatury odczuwalnej, ale palce tak mi zmarzły, że przez dłuższy czas strasznie bolały, a potem straciłem w nich czucie – zwłaszcza wtedy, gdy przez głupotę ściągnąłem rękawiczki i wyciągnąłem aparat, aby porobić zdjęcia.

Czym się rozgrzać. Hmmm. Niestety, Wielki Post… Czym, w jaki sposób się rozgrzać? Weszliśmy do „schroniska” na Kasprowym, które trudno nazwać schroniskiem – kto był to wie, dlaczego. Tabuny ludzi i nic wolnego do siedzenia. Na korytarzu przeciąg i zimno, chciało by się powiedzieć „jak diabli”, ale czy diabli z zimnem się kojarzą? Raczej odwrotnie. Co by tu zjeść gorącego, aby zęby przestały szczękać, a kolana dygotać.

Słyszałem kiedyś, że jak człowiek zapada w stan krytyczny przy wycieńczeniu organizmu, albo gdy zamarza, to jego mózg produkuje hormony dające odczucie błogości. Ze mną tak źle nie było, ale w takiej błogości pomyślałem sobie o zupie. Tak, o zupie! O nie byle jakiej zupie, o zupie grzejącej ciepłem rodem z … wulkanu.

K’alaphurka!

Niewielka restauracyjka w boliwijskim Potosi (o tym mieście i naszym wyjeździe pisałem już wcześniej, przy okazji opowieści o kopalni). Większość ludzi w środku, to miejscowi, było też kilku turystów różnej denominacji. No i oczywiście my, z o. Markiem Dubanikiem na czele.

We wnętrzu było dość gwarno, nawet ciut hałaśliwie. Raczej nie luksusowo, ale przytulnie. O. Marek znał właścicieli lokalu. Gospodynią tu była doña Eugenia. Znamy nam był również gospodarz, jej mąż, który zajmował się obsługą gości. Wymiana grzeczności, przedstawienie, przywitanie i zajęliśmy miejsca za stołem przy końcu sali. I czekaliśmy.

Kart z menu chyba nie było, bo i po co. Ogromna większość konsumentów, podobnie jak i my, przyszła w jednym celu: zjeść k’alaphurkę. Tu można by było dać jeszcze jakiś przydługi opis, ale przejdę do rzeczy.

Ni stąd, ni z owąd, na salę wbiegł już nie najmłodszy kelner, niosąc na ręce tacę dymiącą niczym komin elektrociepłowni w Łęgu. Taca, a właściwie kilka misek, które na niej stały, nie tylko dymiła, ale syczała i wydawała dziwne odgłosy bulgotania. Kelner, w pośpiechu lecz z gracją dopadł do stolika, który stał po sąsiedzku i zgrabnym ruchem zaczął rozkładać syczące miski. O dziwo, nikt od razu nie zamierzał jeść ich zawartości, bo…, bo wszyscy rzucili się do stolika, aby robić zdjęcia i filmować. I tak dobrych kilka minut, aż zupa się wyskwierczała i lekko przestygła. Wtedy można było zacząć konsumpcję.

Za chwilę takie same porcje zupy w firmowych miskach pojawiły się i na naszym stole, a widowisko powtórzyło się dokładnie tak samo: zleciało się pół knajpy ludzi i robiło zdjęcia. Nie tylko zupie, ale i nam, bo skacząca zawartość naczynia była dla nas nie lada frajdą, wywołującą spontaniczne reakcje.

A smak? Cóż, nie da się opowiedzieć...

Czytaj więcej na stronie: misje.franciszkanie.pl

o. Jacek Michno



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij