Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Krok w tył – od siebie samego

11.05.2020 . kg

Posłaniec św. Antoniego | Redakcja dwumiesięcznika franciszkańskiego

Przyjęcie drugiej osoby i jej życia domaga się jakiegoś ukrycia siebie. Zaczekania z opowieścią o sobie. Rezygnacji z chęci, by zaraz podpisać się na drugiej osobie jak sprejem na ścianie. Kiedy wchodzę w tatrzańską dolinę i jej piękno, potrzebuję być mały. Anonimowy. Nie ja jestem tam najważniejszy, nie ja mam przemawiać i robić wrażenie. Kiedy wchodzę do kościoła, nie ja muszę przyciągać uwagę. Bo i tu nie jestem najważniejszy. A kiedy spotykam się z bliźnim...? – pisze o. Mariusz Kozioł. Zapraszamy do lektury.

Jest taka rzecz, która mnie irytuje, gdy idę przez miasto. Zawsze. To bazgroły zostawione na odnowionych elewacjach. Żadne tam murale czy oryginalne graffiti, umieszczone na odpowiednich powierzchniach, które są rodzajem sztuki miejskiej. Po prostu brzydkie esy – floresy, które uczenie nazywa się tagiem, czyli podpisem autora. Gdy widzę je na czystej ścianie czuję złość, bezsilność i zwyczajne zdziwienie – dlaczego ktoś to robi? Szuka zauważenia? Popularności? Rywalizuje z innymi? Dokonuje ekspresji siebie i głębokich przeżyć wewnętrznych? Nie wiem. Dla mnie zwyczajnie brakuje w takich „osiągnięciach” szacunku do pracy drugiego człowieka i dobra wspólnego. Ale czy nie mamy z tym kłopotu w innych sytuacjach? Ktoś stoi w hipermarkecie z wózkiem przy kasie i wykłada towary na ladę, a jednocześnie rozmawia przez telefon, nawet nie spojrzy na człowieka, który mu służy. Jakby to był robot. Albo pozostawia po sobie stertę porozwalanych butów – bo ktoś przyjdzie i posprząta. Taka jego praca, nie muszę się przejmować. I jeszcze inny obrazek – świeżo posadzone drzewka, za których wyrywanie zabiera się czyjaś pociecha. Reakcja opiekuna – żadna. Chyba, żeby to się działo we własnym ogrodzie, to tak.

Może to nieco pesymistyczne spojrzenie, ale potwierdzone przez wiele przykładów z życia. Na szczęście są i te dobre. Wspaniale słucha się rozmów rodziców z dziećmi, w których uczą szacunku dla czyjejś pracy oraz samego człowieka. Niezależnie czy jest skromniej ubrany czy wykonuje najprostsze zajęcia. Przyjemnie się ogląda lekarza, który cierpliwie słucha pacjenta i ma chęć zrozumienia go jako osoby, nie tylko jednostki chorobowej. Takim szacunkiem dla pracy profesora wykazuje się student, który na egzaminie unika „pływania w stylu dowolnym”. Nawet małe gesty – uśmiech czy wdzięczność – są znakami uznania dla drugiego. W naszej kulturze można do takich postaw zaliczyć również punktualność w przyjściu na umówione spotkanie. To wszystko kształtuje się w procesie wychowania i socjalizacji. Wróćmy więc do początku i pytania o motyw brudzenia ścian różnymi zawijasami. Może to po prostu głupi wybryk, wynikający z nudów czy z mody. Ale chcę popatrzeć na takie zachowanie głębiej, w kontekście postaw międzyludzkich. We współczesnej kulturze zauważa się silną tendencję, by zaistnieć, zrobić wrażenie, podkreślić swoje „ja”. Łatwiej to zaaprobować, gdy ktoś pokazuje ważne osiągnięcia, wymagające wytrwałości, wielu ćwiczeń czy artystycznej wyobraźni. Niestety, bardzo wielu ludzi dąży do skupiania uwagi na sobie tylko przez szokujący wygląd, wyrazisty wpis internetowy czy wulgarny filmik. W rzeczywistym świecie także potrafimy narzucać swoje zdanie, mówić tak, jakbyśmy na wszystkim się znali i byli najważniejsi. A już za kierownicą to w ogóle mamy samych ekspertów i mistrzów świata. Tymczasem przyjęcie drugiej osoby i jej życia domaga się jakiegoś ukrycia siebie. Zaczekania z opowieścią o sobie. Rezygnacji z chęci, by zaraz podpisać się na drugiej osobie jak sprejem na ścianie. Kiedy wchodzę w tatrzańską dolinę i jej piękno, potrzebuję być mały. Anonimowy. Nie ja jestem tam najważniejszy, nie ja mam przemawiać i robić wrażenie. Kiedy wchodzę do kościoła, nie ja muszę przyciągać uwagę. Bo i tu nie jestem najważniejszy. A kiedy spotykam się z bliźnim...?

Chyba podobne obserwacje miał św. Franciszek z Asyżu, skoro w regule dla swoich naśladowców zapisał, by wszyscy nazywali się braćmi mniejszymi.


Artykuł ukazał się na łamach magazynu franciszkańskiego „Posłaniec św. Antoniego z Padwy” nr 4/2018.



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij