Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Na szlakach Jakubowych

25.07.2019 . kg

Posłaniec św. Antoniego | Redakcja dwumiesięcznika franciszkańskiego

Wśród wielu szlaków świata jest jeden szczególny – budzący wyobraźnię, fascynujący, tajemniczy, może trochę... magiczny. Camino – prastara, średniowieczna droga prowadząca do grobu Apostoła, wielu poprowadziła do odkrycia własnego wnętrza. Dziś święto Apostoła – 25 lipca Kościół wspomina św. Jakuba. Z tej okazji przypominamy rozmowę, w której na łamach „Posłańca św. Antoniego z Padwy” o wyjątkowości najbardziej znanego pielgrzymkowego traktu opowiada dr Franciszek Mróz, geograf, wykładowca, mąż, ojciec, pielgrzym.

Zacznę od aspektu osobistego moich początków Camino. Zajmuję się geografią pielgrzymek od ponad 20 lat. Na ten temat pisałem także moją pracę magisterską i doktorską. Podczas studiów – były to lata 90-te – usłyszałem na jednym z wykładów o szlaku pielgrzymkowym św. Jakuba, prowadzącym do Santiago de Compostela. I stał się on moim marzeniem. Marzeniem właściwie bardzo odległym, bo przecież to koniec Europy, samoloty, koszty... W momencie, gdy kończyłem doktorat, pokazałem Kasi, mojej żonie, leksykon „Szlaki pielgrzymkowe Europy” i zaproponowałem byśmy wyruszyli na Camino. Ona powiedziała, że pójdziemy, ale dopiero wówczas, gdy znajdę pracę. Trudno w to uwierzyć, ale już następnego dnia przyniosłem umowę o pracę i od razu zaczęliśmy planować naszą pielgrzymkę. W 2006 r. wybraliśmy się po raz pierwszy. Później byłem po raz drugi, trzeci, czwarty, piąty... Wędrowaliśmy szlakami hiszpańskimi – drogą francuską, portugalską, angielską, drogą primitivo. Od tego momentu św. Jakub zupełnie przemodyfikował moje życie prywatne, zawodowe, religijne... Tak właśnie Camino i św. Jakub stały się moją codziennością. Każdego dnia ktoś dzwoni z prośbą, z pytaniem, z jakąś sprawą. Za chwilę jestem umówiony z pielgrzymem, który wędruje z Medyki do Zgorzelca i prosi, abym mu przechował bagaż.

O Santiago słyszy się coraz więcej. Kolejni ludzie wyruszają, wracają, opowiadają innym swoje wrażenia, przeżycia. Rodzi się jednak pytanie: po co? dlaczego do Santiago?

Po dojściu do Santiago, po wyjściu z katedry, pomimo zmęczenia, kontuzji, urazów, ludzie planują kolejne Camino. I później ta droga, św. Jakub, muszla, są cały czas w ich życiu. To jest niesamowity fenomen. I do tego dochodzi całe tło, które jest na drodze – bogactwo religijne i kulturowe, zabytki, spotkania z innymi ludźmi. Na Camino jest ogrom ludzi z różnych narodów, języków, religii – idą prawosławni, muzułmanie, hindusi, a wszelkie bariery kulturowe, językowe, religijne znikają. Jest życzliwość i szacunek do drugiego – dobre, ciepłe słowo. I zawiązują się przyjaźnie na całe lata [do wyróżnienia].

Co więc jest istotą tej drogi?

Podróż w głąb siebie – to jest sedno. Byłem dwa razy z żoną, mamy czas na wspólną modlitwę, rozmawiamy ze sobą. I to wydaje się proste – idzie się miesiąc, dwa, trzy, wstaje się rano i się idzie, od schroniska do schroniska. Ale potem trzeba wrócić i trzeba dalej żyć, i wprowadzać to, co się osiągnęło na Camino.

Już w tym momencie można powiedzieć, że Camino jest rzeczywistością wyjątkową. Co takiego jest w tym szlaku? Gdzie skrywa się jego fenomen?

Szlak jest wyjątkowy. Ma charakter indywidualny. Oczywiście spotyka się jakieś tam małe grupy, ale jak mówi popularne powiedzenie, „na Camino umiera stary człowiek i rodzi się nowy”. Kluczem na tej drodze jest spotkanie z samym sobą, by potem spotkać się z drugim człowiekiem i w końcu z Panem Bogiem. Ponadto ma się też świadomość, że idzie się szlakiem, na którym, jak pisał J.W. Goethe, rodziła się Europa. Idziemy drogą, po której w średniowieczu szło pół miliona osób rocznie. To jest szlak, który ma ogromny potencjał kulturowy, historyczny, religijny. Ludzie wędrując zabierali ze sobą różne „nowinki” – nowe rozwiązania techniczne, sztukę, muzykę, kulinaria. Na tej drodze faktycznie rodziła się Europa. To jest też świadomość, że tą drogą szły tysiące osób, także świętych – Jan Paweł II, św. Franciszek z Asyżu, św. Brygida Szwedzka... Ten szlak jest uświęcony.

Świętość, pielgrzymka, spotkanie z Bogiem – to jest podstawa, sens Camino. Można jednak na szlaku spotkać, jak Pan wspomniał, wielu ludzi wyznań niechrześcijańskich, wielu niewierzących. Jak wytłumaczyć ich obecność na tym stricte religijnym trakcie?

Są trzy oficjalne motywy pielgrzymowania: religijny, religijno-kulturowy i kulturowy. O to jesteśmy pytani na początku drogi przy wyrobieniu „compostelki” (zaświadczenia potwierdzającego odbycie pielgrzymki do Santiago).

I tyle?

Jest bardzo wiele osób we Francji, w Hiszpanii, które wyruszają na Camino z różnych pobudek. To teraz jest po prostu modne – np. w Hiszpanii dobrze jest napisać sobie w CV, że było się na Camino. Często jest tak, że ktoś czyta „Pielgrzyma” Paulo Coehlo, jest zafascynowany i idzie. Nie ma tu głębszego motywu. Gdy jednak ludzie dochodzą do Santiago, następuje totalna przemiana. Nagle okazuje się, że to nie była turystyka, to nie była wędrówka ani zwiedzanie – to była pielgrzymka. Obejmują Jakuba i płaczą jak dzieci.

I znów aspekt religijny. Ale są przecież ludzie, którzy jako niewierzący wyruszyli i niewierzącymi wrócili. Czy ich wędrówka była bezzasadna?

Myślę, że wcześniej, czy później przyniesie ona zmianę – przemianę. Tej drogi – w całym jej wymiarze – po prostu się nie zapomina.

Na jednym z blogów internetowych przeczytałem o ateiście, który poszedł, żeby „przeżyć swoją duchowość”, żeby wniknąć w głąb siebie...

Motywy są różne, ale każde motywy można ochrzcić. Wiele osób wychodzi z pobudek pozareligijnych – pójdę jako turysta, zrobię sobie zdjęcie, sprawdzę się. A gdy dochodzą do Santiago mówią, że to nie była turystyka, to było pielgrzymowanie... Camino jest dobrym narzędziem, żeby prowadzić do nawrócenia tych, którzy odkrywają jakieś poruszenia wewnętrzne, duchowe, chociaż nie potrafią ich do końca nazwać.

Kiedyś, podczas „Niedzielnego pielgrzymowania Małopolską Drogą św. Jakuba” podchodzi do mnie dziewczyna i mówi, że na Camino była na Mszy Świętej po raz pierwszy od kilkunastu lat. I to jest chyba najcenniejsze. Na Camino chodzi o doświadczenie przemiany. Aby zaszła, musi być najpierw spotkanie z samym sobą. Później rozmowa z Bogiem.

Trudno jest oderwać się od rysu wiary charakteryzującego ten szlak. Wręcz niemożliwe jest pozostawienie na marginesie rzeczywistości nadprzyrodzonej. Można jednak znaleźć propozycje sesji coachingowych, organizowanych właśnie na Camino. Trening osobowościowy, towarzyszenie wykwalifikowanego terapeuty i ani słowa o Bogu. Jaki sens ma taka wyprawa – bez aspektu religijnego?

Trudne pytanie... Ludzie chcą jakoś się sprawdzić – wypróbować swoją wytrzymałość, swoją kondycję fizyczną, często wcześniej trenują. Fundamentem może tu być stwierdzenie, które często podkreślam – „Camino uczy pokory” [do wyróżnienia]. Nie spotkałem osoby, która przeszłaby Camino pod kątem fizycznym bardzo spokojnie, bez żadnych kontuzji, bez problemów zdrowotnych. Ja jestem aktywny fizycznie, jeżdżę rowerem, dużo chodzę, i wydawało mi się przed pierwszym Camino, tak niepokornie, że będzie proste. A pierwszego dnia coś mi strzeliło w nodze, miałem problemy żołądkowe i skórne. Niesamowite jest widzieć młodych ludzi idących z bandażami, o kulach. Doskwiera upał, brak wody. To wszystko, ten trud niesamowicie ludzi doświadcza. Idzie się godzinami, dniami, zasadniczo samemu. Nawet jak jest grupa, to człowiek odłącza się jakoś tak naturalnie i jest czas na wiele przemyśleń, na uporządkowanie sobie wielu spraw. Najważniejsze jednak, aby było to w rozmowie z Bogiem.

Dlaczego zatem tam? Sprawdzić się można idąc zupełnie w inną stronę świata....

Dobre pytanie. Camino ma jakąś taką magię – to jest złe słowo, ale lepsze mi nie przychodzi do głowy. Ta całość, specyfika wędrówki, drogi, jej historyczność, obiekty, ludzie – to powoduje, że nie ma chyba osoby, która nie wracałaby na Camino. To jest niesamowite. Mój znajomy mówi żartobliwie, że to jest „zaraza Jakubowa”. Później, gdy ludzie wchodzą do jakiegokolwiek kościoła w Europie czy na świecie, szukają w ikonografii św. Jakuba, szukają muszli. Ja mam przy plecaku na stałe przymocowaną muszlę. Gdy idę przez miasto, często słyszę za plecami: „camino, camino, camino”. To jest już jednoznaczny symbol.

Więc wiara to motyw centralny, a Camino to narzędzie ewangelizacji. Jak zatem realizować wszelkie postulaty religijne, jeżeli na szlaku bardzo często spotyka się zamknięty kościół?

Kościół w Hiszpanii w historii był bardzo mocno doświadczany. Świątynie są często pozamykane, bo zwyczajnie nie ma kapłanów. To jest poważny problem i zmartwienie biskupów hiszpańskich, któremu trudno zaradzić, choć pomału sytuacja się poprawia. W 2006 r. nie było żadnych informacji o Mszy Świętej, dziś w każdym schronisku wiadomo gdzie i o której godzinie jest ona odprawiana dla pielgrzymów. Istotne znaczenie w odniesieniu do tego problemu ma świadectwo polskich pielgrzymów, którzy najczęściej wędrują z kapłanem i uczestniczą w Eucharystii. Za nimi przychodzą też niewierzący, bo się zaprzyjaźnili, przez życzliwość, szacunek, czasem z ciekawości. A to jest moment dania konkretnego świadectwa wiary. Dzięki temu świadectwu jest nadzieja na to, że ten szlak będzie żył. Do Santiago przybywają ludzie z ponad 160 krajów świata. Nie ma drugiego sanktuarium chrześcijańskiego, o ile mi wiadomo, o tak wielkim oddziaływaniu. Przybywają tam ludzie z ponad ¾ istniejących krajów na świecie...

Cisza, samotność... Czy można pójść dalej i powiedzieć, że pielgrzymowanie Jakubowe ma jakiś aspekt monastyczny?

Myślę, że tak. Na moje dwa ostatnie Camina wybrałem się z moim bratem i kuzynem – to było takie trudne, męskie Camino. Pokonywaliśmy dziennie ok. 50 km. Doskonale rozumieliśmy się pod kątem wysiłku, wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć. Był taki czas, że szliśmy wspólnie, jednak bardzo często potrzebowałem samotności. Jacek i Łukasz doskonale to rozumieli, bo oni też tego potrzebowali. Każdy mężczyzna potrzebuje czasem odejść – Camino dla mnie jest takim miejscem.

Odejść, żeby wrócić innym...

Tak, ale oczywiście w łączności z bliskimi, by wrócić do nich, by wrócić do rzeczywistości przemienionym. Na Camino jest pięknie, jest sacrum, dobra kawa, ale trzeba wrócić do Krakowa i jest, jak to się popularnie mówi, „szara rzeczywistość”. Szara – ale już widziana nieco innym spojrzeniem, takim przemienionym.

Przejdźmy teraz do Polski. Coraz powszechniejszy staje się znak muszli, coraz częściej pojawia się ona na naszych drogach. To szlaki Jakubowe. W ich wytyczaniu brał Pan udział – co może nam Pan na ten temat opowiedzieć?

W Polsce posiadamy obecnie oznaczone 6000 km dróg Jakubowych. Jest to najbardziej rozbudowany szlak w Polsce – pielgrzymkowy, kulturowy, pieszy, rowerowy. To jest ogromny potencjał. Inicjatywa jego powstania nie wyszła od duszpasterzy ani od władz państwowych, tylko od „caminowiczów”. Ktoś był na Camino, poznał innych, po powrocie ta grupa spotykała się, pragnęli mieć ten szlak u siebie. I tak zaczęła się praca metodologiczna – ustalenie czy te drogi były w Polsce, jakie były ich uwarunkowania historyczne. Mamy takie szczęście, że w Polsce jest ok. 150 parafii św. Jakuba Starszego i większość z nich powstała w średniowieczu – w XIII-XIV w. To pokazuje, że kult św. Jakuba w średniowieczu był na naszych ziemiach znaczący. Przyszedł z Hiszpanii i zatrzymał się właściwie na granicy Bugu i Sanu. Dalej na wschód kościołów pw. św. Jakuba nie ma – tam jest popularny św. Mikołaj. Mamy wzmianki, że Polacy pielgrzymowali do Santiago – jest tych nazwisk kilkadziesiąt: Jakub Sobieski, św. Józef Sebastian Pelczar, Mszczuj ze Skrzynna, ten który zadał śmiertelny cios Wielkiemu Mistrzowi Krzyżackiemu pod Grunwaldem. Ponadto w kilkunastu miejscach w Polsce są w grobach odkryte przez archeologów muszle św. Jakuba. Skoro ktoś miał przy sobie muszlę, to musiał odbyć pielgrzymkę do Santiago, bo muszlami nie można było handlować, jej nie można było kupić nigdzie indziej, tylko w Santiago. A później pielgrzyma razem z muszlą chowano do grobu.

Czyli zaczęło się oddolnie?

Tak. W przypadku drogi małopolskiej – spotkaliśmy się w 2006 r. na Kazimierzu w kilka osób. To trafiło na duszpasterza – ks. Ryszarda Honkisza, który tę grupę zaprosił do Więcławic Starych. Potem rozpoczęły się badania historyczne, badania geograficzne, żeby te szlaki były miłe dla oka i też przyjemne dla stóp, by nie był to asfalt. Tak to się zaczęło – jeden szlak, drugi szlak i w efekcie rozwinęła się sieć, która łączy się z całą siecią europejską. Moim pragnieniem, jako człowieka wierzącego, było, aby ludziom z Małopolski umożliwić to, co było tradycją już w średniowieczu – wyjść z progu własnego domu, z progu własnej świątyni parafialnej do Santiago i iść oznakowanym szlakiem. Dzisiaj jest to możliwe. Z tymi szlakami związanych jest wiele wydarzeń, ale także i wiele problemów, zwłaszcza gdy mówimy o infrastrukturze i konserwacji szlaku. Ponadto, by ten szlak miał sens, musi być żywy. Musi także jakoś zaistnieć w świadomości lokalnej społeczności, bo co z tego, że szlaki będą znakowane, a ludzie, którzy koło nich mieszkają nie będą wiedzieli, że one w ogóle istnieją? A gdy przejdzie pielgrzym, to patrzą zdziwieni, co to za kosmita z muszlą idzie. Wykonano krok, dwa, ale ogrom pracy w Polsce jest jeszcze do wykonania. Marzy mi się szlak, który będzie miał w miarę pełną infrastrukturę. Nie wybudujemy schronisk, bo chodzi za mało ludzi – ok. 500 osób rocznie na drodze małopolskiej. W Hiszpanii to jest kilkadziesiąt tys. na jednym odcinku. Mi chodzi raczej o przystosowanie małych obiektów pod kątem noclegów, a także wybudowanie turystycznych wiat i schronów, gdzie można usiąść, miejsce, żeby przypiąć rower.

Z Jakubowym pielgrzymowaniem wiąże się też istnienie Bractwa św. Jakuba. Czym to Bractwo jest, czym się zajmuje, co je charakteryzuje?

W 2005 r. odrodziło się pierwsze Bractwo św. Jakuba. W Jakubowie. Wkrótce powołano kilka filii, które z czasem się usamodzielniły – między innymi bractwo w Więcławicach, do którego należę. Zajmujemy się przede wszystkim propagowaniem kultu św. Jakuba. Jak w każdym bractwie średniowiecznym, istotny jest rozwój własnej osoby. Roztaczamy opiekę nad pielgrzymami – gdy wiem, że idzie człowiek z Medyki do Zgorzelca, to pomagam mu w tym pielgrzymowaniu, gdy przechodzi przez moją okolicę. W parafii w Więcławicach jest sieć „domów muszelkowych” – przed domem jest muszelka, a to znaczy, że pielgrzym może otrzymać schronienie, nocleg, pożywienie. Bractwo roztacza także opiekę nad szlakami. Koniecznością jest raz, dwa razy do roku odmalować oznakowania, uporządkować go. Każdego 25. dnia miesiąca bierzemy udział we Mszy Świętej i nabożeństwie do św. Jakuba. To ma być nasz rozwój duchowy – Komunia Święta, spowiedź, codzienne, proste świadectwo wiary. Szczególnie celebrowane w Bractwie są dwie uroczystości: 25 lipca – uroczystość św. Jakuba i 30 grudnia – translatio (przeniesienie relikwii św. Jakuba). Bardzo istotna jest także pomoc sobie nawzajem – poszukiwanie pracy, wspólne rozwiązywanie problemów, tak, jak to było dawniej. Nie zapominamy także o modlitwie za zmarłych. Bractwo organizuje także „Niedzielne pielgrzymowanie”, podczas którego przemierzamy kolejne odcinki drogi Jakubowej. Zaczynamy Mszą Świętą, a kończymy błogosławieństwem. Co jakiś czas zatrzymujemy się na krótką modlitwę – Anioł Pański, Koronkę, ale generalnie drogę przemierzamy samotnie, każdy ze sobą.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że przyczyni się ona choć trochę do rozprzestrzenienia się „zarazy Jakubowej”, ale zanim postawimy ostatnią kropkę – podsumowanie.

W tym momencie, w którym trudno powiedzieć, czy Europa jest jeszcze chrześcijańska, czy już może neopogańska, Droga św. Jakuba ma ogromne znaczenie, żeby ponownie odkryć nasze korzenie. Św. Jan Paweł II w 1982 r. powiedział przy grobie św. Jakuba: „Europo […] odnajdź siebie samą! Bądź sobą! Odkryj swoje początki. Tchnij życie w swoje korzenie. Tchnij życie w te autentyczne wartości”. On to mówił 34 lata temu, ale te słowa są dziś jeszcze bardziej aktualne niż wówczas. W tych okolicznościach musimy mówić o tej drodze nie jak o turystyce, ale jak o szlaku religijnym, który może być środkiem Nowej Ewangelizacji, który może być drogą do odnalezienia zagubionej Europy, do odnalezienia zaginionego człowieka, odnalezienia zaginionego siebie.

Rozmawiał Mateusz Kłosowski OFMConv



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij