Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

O św. Franciszku i ptakach

12.04.2021 . kg

Franciszkanie.pl | Redakcja portalu

Kiedy wiosną przyroda ożywa a rano budzi nas świergot za oknem, przypominamy sobie chyba najbardziej popularny obraz św. Franciszka mówiącego do ptaków. Dziś, razem z bratem Tomaszem z Celano, zapraszamy do zapoznania się z historią jak to naprawdę było z tymi „braćmi ptakami”.

Giotto - Kazanie do ptaków - Bazylika św. Franciszka w Asyżu

 

Stworzenia starały się odwzajemniać świętemu Franciszkowi miłością i na jego zasługi odpowiadać wdzięcznością. Pewnego razu, gdy przechodził przez Dolinę Spoletańską, koło Bevagna zbliżył się do miejsca, w którym zgromadziła się wielka chmara różnego rodzaju ptaków. Kiedy święty Boży zobaczył je, ochoczo podbiegł do tego miejsca, jako że ze względu na najwyższą miłość dla Stwórcy kochał wszystkie stworzenia. Pozdrowił je w zwykły sposób, tak jakby były istotami rozumnymi. A że ptaki nie zrywały się do ucieczki, podszedł tuż do nich, a przechodząc wśród nich tam i z powrotem, tuniką dotykał ich główek i ciał. Równocześnie ogromnie ucieszony i zdziwiony, pilnie je wezwał, by posłuchały słowa Bożego, i mówił: „Bracia moi, ptaki! Winniście chwalić i zawsze kochać swojego Stwórcę, który ubrał was w pióra i dał wam skrzydła do latania. Bo przecież On uczynił was najbardziej wolnymi spośród wszystkich stworzeń, i przydzielił wam czyste powietrze na mieszkanie. Nie siejecie ani nie żniwujecie, a On wami rządzi bez waszej troski”. 

Na te słowa ptaki na swój sposób wyrażały wielkie zadowolenie, wyciągały szyje, rozpościerały skrzydła, otwierały dzioby i uważnie patrzyły na niego. Dopóty nie uleciały z miejsca, dopóki za pomocą znaku krzyża nie dał im pozwolenia i błogosławieństwa. Wróciwszy do braci, Franciszek obwiniał siebie o zaniedbanie, iż przedtem nie głosił kazań do ptaków. 

[…] Kiedyś przybył do pewnego grodu zwanego Alviano, by głosić kazanie. Lud się zebrał i wszyscy się uciszyli, ale zupełnie nie słyszeli Franciszka z powodu jaskółek, co właśnie w tym miejscu budowały gniazda i bardzo świergotały. Wtedy, jak to wszyscy słyszeli, zwrócił się do nich, mówiąc: „Siostry moje, jaskółki, już czas, żebym i ja mówił, ponieważ wyście już dosyć się namówiły! Słuchajcie słowa Bożego i bądźcie cicho, aż do skończenia słowa Pańskiego”. A one, jakby były rozumne, zamilkły i nie ruszały się z miejsca, aż całe kazanie się skończyło. Wszyscy, którzy to widzieli, zdumiewali się i wychwalali Boga. 

W mieście Parmie pewnemu studentowi tak bardzo przeszkadzało natrętne świergotanie jaskółki, że zupełnie nie mógł wytrwać w miejscu przeznaczonym do medytowania. Nieco zdenerwowany mówił do siebie: „Ta jaskółka była zapewne jedną z tych, które, jak czytamy, nie pozwalały świętemu Franciszkowi głosić kazania, tak że aż nakazał im milczenie”. A potem zwróciwszy się do jaskółki rzekł: „W imię świętego Franciszka nakazuję ci, abyś pozwoliła mi się złapać”. Ona bezzwłocznie zleciała do jego rąk. Zdumiony student wypuścił ją z powrotem na wolność i więcej już nie usłyszał jej szczebiotu. 

Pewnego razu święty Franciszek siedział w łodzi, płynąc właśnie do pustelni Greccio przez jezioro Rieti. Wtedy pewien rybak ofiarował mu ptaszka wodnego, żeby uradował się nim w Panu. Święty Ojciec wziął go z radością, a potem otworzył dłonie i łagodnie zachęcał, aby swobodnie odleciał. On jednak nie chciał odejść, lecz usadowił się w jego dłoniach jak w gniazdku, podczas gdy święty długo się modlił z oczyma wzniesionymi do nieba. Po dłuższej chwili, gdy jakby skądinąd wrócił do siebie i oprzytomniał, łagodnie kazał ptaszkowi korzystać bez obawy z pierwotnej swobody. Tak więc, po otrzymaniu pozwolenia razem z błogosławieństwem, ptaszek ruchem ciała wyra- ził radość i odleciał. 

[…] Kiedy święty Franciszek przebywał w pewnej pustelni, według swego zwyczaju uchodząc przed widokiem i rozmową z ludźmi, wtedy sokół w tym miejscu się gnieżdżący związał się z nim wielkim przymierzem przyjaźni. Bo w porze nocnej zawsze swym śpiewem i głosem uprzedzał go o godzinie, w której święty zwykł był wstawać na służbę Bożą. Było to Świętemu jak najbardziej na rękę, gdy sokół poprzez tę troskliwość, jaką miał o niego, wygnał zeń wszelkie zwlekanie i opieszałość. A gdy święty bardziej niż zwykle cierpiał na jakąś chorobę, wówczas sokół oszczędzał go i nie wyznaczał mu tak wczesnego czuwania. Mianowicie, jak gdyby pouczony przez Boga około świtu z lekka tylko trącał w dzwonek swego głosu. 

[…] Pewien szlachcic z okolic Sieny przysłał choremu świętemu Franciszkowi bażanta. On przyjął go radośnie, nie z ochoty do jedzenia, ale z powodu usposobienia, jakie w takich okolicznościach zwykło skłaniać go do radowania się ze względu na miłość Stwórcy. Powiedział więc do bażanta: „Bracie bażancie, niech Stwórca nasz będzie pochwalony!”. I rzekł do braci: „Już teraz sprawdźmy, czy brat bażant chce być z nami, czy pójść na ustronie i w miejsce bardziej dla niego odpowiednie”. Na polecenie świętego jeden z braci zaniósł go do odległej winnicy. Ale on natychmiast wrócił pośpiesznie do celi Ojca. Ten ponownie kazał go jeszcze dalej umieścić, ale on z największą szybkością powrócił do drzwi celi i prawie siłą pod tunikami braci, którzy stali w drzwiach, wszedł do środka. Dlatego święty kazał go troskliwie karmić, uściskał go i uspokajał łagodnymi słowy. 

Pewien lekarz, nader oddany świętemu Bożemu, widząc to, uprosił go u braci; nie chciał go zjeść, ale karmić ze względu na cześć dla Świętego. Cóż dalej? Wziął go ze sobą do domu. Ale bażant, odłączony od Świętego, nie chciał nic jeść, jak gdyby protestował przeciw krzywdzie, że pozbawiono go jego obecności. Lekarz zdumiał się i natychmiast odniósł bażanta do Świętego, opowiadając po kolei wszystko, co zaszło. A bażant, postawiony na ziemi, jak tylko zobaczył swego ojca, zaraz przestał się smucić i zaczął jeść z zadowoleniem. 

[…] Skowronki, przyjaciele dziennego światła, bojące się mroków zmierzchu, tego wieczoru, w którym święty Franciszek przeszedł z tego świata do Chrystusa, chociaż zapadała już ciemność nocy, przyleciały nad dach domu i długo kołowały z wielkim hałasem. Nie wiemy, czy w tym śpiewie okazywały na swój sposób radość czy smutek. Rozbrzmiewały od nich i płaczliwa radość, i radosny płacz, tak jakby z jednej strony opłakiwały sieroctwo synów, z drugiej zaś dawały znak, że ojciec zbliża się do wiekuistej chwały. Strażnicy miejscy, którzy strzegli miejsca w troskliwym czuwaniu, pełni zdumienia, innych zachęcali do podziwiania.



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij