Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

O tym jak Franciszek dostał górę

11.12.2019 . kg

Kraków | Klasztor i Bazylika Franciszkanów pw. św. Franciszka z Asyżu

11 grudnia obchodzimy ustanowiony przez Zgromadzenie Ogólne ONZ Międzynarodowy Dzień Terenów Górskich. Z tej okazji zapraszamy do zapoznania się z historią Alwerni, góry którą pewnego razu… dostał św. Franciszek. O tej ciekawej historii pisze o. Andrzej Zając. Zapraszamy!

Zamek i góra

Ludzie potrafią się nawzajem obdarowywać. Człowiek jest dobry i stać go na gest dobroci względem drugiego człowieka. Upominki, prezenty, podarunki bywają różne, mniejsze i większe, drogocenne i takie, których wartość ma przede wszystkim wymiar symboliczny. Nie każdy potrafi jak święty Franciszek nie zatrzymywać niczego dla siebie, ale każdy przy odrobinie wrażliwości jest w stanie podzielić się w jakiejś mierze z innymi tym, co ma. W logice daru nie chodzi jednak tylko o umiejętność obdarowania kogoś, ale również o zdolność do bycia obdarowanym. Nie ma człowieka, którego ominęłaby tajemnica obdarowania, zdarza się jednak, że ktoś nie uświadamia sobie otrzymanego daru.

Franciszek wiedział doskonale, ile otrzymał od Boga, i dlatego był człowiekiem wdzięcznym. Miał też świadomość, jak Bóg swoją miłość i dobroć okazywał mu poprzez ludzi. Niezależnie od różnych przykrości, doznawał też wiele prawdziwej życzliwości. On i jego bracia niejednokrotnie otrzymywali różne dary. Raz na przykład Franciszek dostał górę. Wielką górę na obrzeżach Toskanii, zalesioną, z dzikim zwierzem i ptakami, z najwyższym szczytem sięgającym 1283 metrów nad poziomem morza. Hrabia Orlando Cattani z Chiusi w dolinie Casentino, człowiek szlachetny i hojny, podarował mu ją, a on z wdzięcznością ją przyjął. Kryje się za nią prawdziwa mądrość, którą warto nieco odsłonić.

Był maj 1213 roku. Franciszek wraz z bratem Leonem, wracając z Doliny Spoletańskiej zmierzał do Emili-Romanii. Będąc niedaleko zamku, właściwie twierdzy San Leo, dowiedział się, że odbywa się tam właśnie rycerska uroczystość. Namówił więc brata, by skorzystać z okazji i zawitać tam na chwilę. Trzeba przyznać, że miał słabość do rycerskich zwyczajów. Najwyraźniej jego młodzieńcze marzenia pozostawiły w nim żywy ślad. Jego ideały, hart ducha, świadomość służby u boku najwyższego Pana i Króla, szlachetność i dworność w podejściu do Klary, a w metaforycznym wymiarze również do duchowych wartości i cnót potwierdzały, że rycerzem pozostał w duszy do końca. Trudno się dziwić, że nie chciał wtedy przegapić takiej okazji do spotkania z podobnymi sobie z młodości. Zresztą był to też doskonały pretekst, by choć parę słów powiedzieć o swoim Panu.

Ktoś mógłby się dziwić, że nawrócony Franciszek zaglądnął jeszcze do zamku, który był przecież symbolem światowej władzy i świeckich obyczajów. Nie wydaje się jednak, by on sam miał z tym problem. Wiedział, że wiara, życie i świadectwo chrześcijańskie dzieją się nie tylko w kościele, a w każdym miejscu można spotkać człowieka głodnego dobrego słowa. Kiedy wspomniał w Testamencie o swoim nawróceniu, nie powiedział wcale, że – po doświadczeniu z trędowatymi – porzucił świat czy nim wzgardził, ale że z tego świata wyszedł, jak wychodzi się na świeże powietrze. To jego wyjście dokonało się przede wszystkim w wymiarze mentalnym, dotyczyło sposobu myślenia i postrzegania rzeczy. Reszta była tego konsekwencją. Fizycznie pozostał przecież w tym samym świecie, przemierzając te same ulice i drogi, co więcej sam Asyż pozostał miejscem jego życia, do którego z różnych wypraw powracał, by w końcu spocząć w krypcie asyskiej bazyliki.

Ziemia była dla niego sceną, na której rozgrywa się niezwykłe Boże dzieło zbawienia. Gdy odkrył Ewangelię jako regułę i życie, wcale nie schronił się w murach opactwa. Zrozumiał, że świat wypełniony stworzeniami może być dla nawróconego serca jak klasztor. Owszem na czas postu i modlitwy szukał miejsc odosobnionych i pięknych jednocześnie, by w ich scenerii odnajdywać schronienie i odpocznienie w Bogu. Bóg działa w historii, żyje w życiu człowieka, dlatego i Franciszek – również w tym chcąc być do Niego podobnym – starał się o dyskretną obecność w życiu innych. Zresztą głoszenie – jak sam mówił – wonnych słów swojego Pana poczytywał sobie za przywilej i słodki obowiązek. Spotkanie drugiego człowieka zawsze było dla niego wyzwaniem. Było też okazją, by życzyć pokoju i miłości, wskazując jednocześnie na jego prawdziwe i niewyczerpane źródło.

Powróćmy na zamek. Franciszek wdrapał się na mur, by być lepiej słyszanym, i wobec zebranych wygłosił płomienną mowę. Była zachwycająca. Bardziej niż zwyczajne kazanie przypominała wystąpienie człowieka autentycznego, pogodzonego z sobą i ze światem, ideowca oddanego sprawie, wiedzącego czego chce i dokąd zmierza. A mówił o dobroci Boga i o cierpieniu. Wystąpienie Franciszka było dla wielu niespodzianką. Niektórzy – a byli tam ludzie dostojni i wpływowi – słyszeli już o nim. I nagle ten umbryjski pokutnik z Asyżu pojawił się u nich. Hrabia Orlando Cattani był tak poruszony, że poprosił go o duchową rozmowę. Ciekawe, że porozmawiali dopiero na drugi dzień, zaraz po śniadaniu, bo Franciszek zasugerował mu, by najpierw jako gość cieszył się w pełni radością swoich przyjaciół, gospodarzy miejsca.

Z tej rozmowy – na zamku, podczas świeckiej uroczystości, pośród blichtru świata – zrodziła się wielka przyjaźń. Rok później na podarowanej przez Orlanda górze Alwerni Franciszek przeżywał już czas postu ku czci świętego Michała. Nie raz jeszcze tam powrócił, również w 1224 roku, kiedy w ekstatycznej modlitwie pojawił się Serafin, z którym rozmawiał. Po tamtym wydarzeniu pozostały na jego ciele stygmaty, a na pergaminie niezwykłe słowa uwielbienia zapisane jego przebitą ręką.

o. Andrzej Zając OFMConv

 

Artykuł ukazał się w 2015 roku na łamach dwumiesięcznika franciszkańskiego "Posłaniec św. Antoniego z Padwy".



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij