Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Oczami św. Maksymiliana (5). Ojciec Wenanty Katarzyniec

31.03.2021 Piotr Bielenin

Franciszkanie.pl | Redakcja portalu

„Mówią, że dzisiaj świętych nie ma albo że gdzieś do Francji albo do Włoch trzeba się wybrać, aby spotkać się z ludźmi, których jeszcze za życia świętymi i nie bez przyczyny zowią. Nieprawda – dość bacznie rozglądnąć się dookoła siebie i zbliżyć się do ludzi, a przyznać wypadnie, że i na naszej polskiej ziemicy żyją dusze, noszące na sobie żywy obraz Boga. Miałem i ja szczęście poznać taką duszę i, choć nie było mi dane dłużej z nią obcować, wywarła ona jednak na mnie wrażenie niezatarte, a jest to o. Wenanty Katarzyniec, franciszkanin”. PMK 996 (t. 2, s. 354). Tak św. Maksymilian pisał w „Kalendarzu Rycerza Niepokalanej” z roku 1925 przedstawiając następnie czytelnikom sylwetkę zmarłego 31 marca 1921 r. w opinii świętości współbrata, o którym powie krótko: „Nie silił się na czyny nadzwyczajne, ale zwyczajne nadzwyczajnie wykonywał”. PMK 891 (t. 2, s. 245).

Przelotnie spotkali się po raz pierwszy w roku 1908, kiedy Józef Katarzyniec przyjechał do lwowskiego klasztoru prosić o przyjęcie do zakonu franciszkańskiego, a Rajmund Kolbe był uczniem Małego Seminarium OO. Franciszkanów we Lwowie. Dłuższy czas mogli spędzić ze sobą w Kalwarii Pacławskiej w roku 1912. Rajmund, teraz już br. Maksymilian, właśnie skończył szkołę średnią, Józef, a w zakonie br. Wenanty, był studentem teologii w Wyższym Seminarium Duchownym OO. Franciszkanów w Krakowie.

Tak wspomina te spotkania o. Kolbe: „Po raz pierwszy ujrzałem śp. o. Wenantego jako aspiranta przy kamiennym stole w alei ogrodu klasztoru lwowskiego. Uderzała jego skromność i pewna nieśmiałość. Następnie spotkałem go jako teologa krakowskiego na wakacjach w Kalwarii Pacławskiej. Robił wrażenie zakonnika wyjątkowo wyrobionego duchowo. Bardzo pokorny, kochający modlitwę i pracowity”. PMK 890 (t. 2, s. 243). Był to początek pięknej przyjaźni, choć posłuszeństwo zakonne nie pozwoliło im już nigdy dłużej przebywać ze sobą w jednym klasztorze. Być może podczas pobytu w Kalwarii planowali wspólne działanie w naukowym kole kleryków „Zelus Seraphicus” w krakowskim seminarium. Łączyła ich miłość do zakonu i chęć poznania jego bogatego dziedzictwa duchowego i naukowego. Pobyt br. Maksymiliana w Grodzie Kraka okazał się jednak bardzo krótki. Już w końcu października został wysłany na studia do Rzymu. Br. Wenanty kontynuował naukę w Krakowie i 8 grudnia złożył wieczyste śluby zakonne. 2 czerwca 1914 r. przyjął święcenia kapłańskie. Po wybuchu pierwszej wojny światowej został wysłany do pracy parafialnej w Czyszkach koło Lwowa, a już rok później został skierowany do Lwowa jako magister nowicjatu. W grupie jego pierwszych wychowanków znajduje się Józef Kolbe, w zakonie br. Alfons, młodszy brat św. Maksymiliana. Dwukrotnie przebyta grypa zwana wtedy hiszpanką rujnuje zdrowie o. Wenantego, i choć zmuszony jest do okresów rekonwalescencji poza Lwowem, to jednak pełni obowiązki wychowawcy aż do lata roku 1920. O. Maksymilian spędza czas wojny we Włoszech i wraca do Polski dopiero w na koniec lipca 1919 r. W czasie pobytu w Rzymie zakłada Rycerstwo Niepokalanej, które stara się gorliwie rozwijać także w Polsce. Pierwsze koło powstaje wśród kleryków franciszkańskich w Krakowie już 7 października. Por. PMK 86 (t. 1, s. 193, przypis 1). Następne wśród nowicjuszy we Lwowie, być może z inspiracji br. Alfonsa Kolbego, na co mogłaby wskazywać korespondencja z nim o. Maksymiliana jeszcze z czasów kiedy przebywał w Rzymie: „Najdroższy Bracie Alfonsie, jeżeli Ci na to O. Magister [o. Wenanty, który w tym czasie miał także pieczę nad klerykami we Lwowie] pozwoli, to możesz tę kartkę na polskie przetłumaczyć i stowarzyszenie rozszerzać. Ale wszystko według świętego posłuszeństwa, bo w tym jest Wola Boża i nasze uświęcenie”. PMK 21 (t. 1, s. 53). Widać, że od początku istotna była tu rola o. Wenantego, który ostatecznie w liście z dnia 5 lutego 1920 r. informuje o tym o. Maksymiliana: „Drogi Ojcze! Dziękuję serdecznie za przysłane statuty MI i medaliki, jako też książeczki. Co się tyczy sprawy z O. Prowincjałem – to, jak zapewne wiadomo Ojcu, nie było go w domu, gdyż wyjechał na Wołyń, aby tam przygotować teren do objęcia trzech klasztorów naszych, a mianowicie w Krzemieńcu, Międzyrzeczu i w Korcu. Wczoraj dopiero wrócił. Zaraz wspomniałem O. Prowincjałowi o owych kartkach, lecz powiedział, że tylko list od Ojca otrzymał, a żadnych kartek nie dostał. Teraz podam imiona i nazwiska członków MI lwowskiej. Siebie nie podaję, bo wiecie, że należę, tylko proszę włączyć mnie do MI kapłańskiej: br. Julian Mirochna - kleryk profes, br. Justyn Nazim - nowicjusz, br. Eugeniusz Siemiński (prezes MI), br. Seweryn Jagielski (sekr. I.), br. Hilary Pracz (sekr. II), br. Witalis Jaśkiewicz, br. Apolinary Uchman, br. Salwator Rouba, o. Leonard Długopolski [...]”Notatki o MI o. Alfonsa Kolbego, 35-36. PMK 29 (t. 1, s. 109 przypis 11). Por. PMK 865 (t. 2, s. 99-100).

Natomiast osobiście o. Maksymilian w jednym z niedokończonych artykułów tak opisuje początki w Polsce Rycerstwa, zwanego wtedy Milicją Niepokalanej: „W dwa lata potem Milicja przedostała się na polską ziemię i wedle życzenia O. Generała Zakonu zawiązało się jej koło na klerykacie naszym w Krakowie i niezadługo potem, za sprawą o. Wenantego, magistra nowicjatu, wpośród nowicjuszy”. PMK 955 (t. 2, s. 309). To o. Wenanty był także prekursorem koła wśród starszych współbraci. „Powstało również «ognisko» wśród kapłanów z odmiennym statutem szczegółowym, odnoszącym się nie tyle do przygotowania, ile do samej pracy. Koło składa się z 7 członków, wśród których jest mistrz nowicjuszy (we Lwowie) [o. Wenanty], mistrz kleryków profesów (filozofowie i teologowie), sekretarz Prowincji i jeden ojciec profesor Pisma św. Oficjalne rozpoczęcie ma się dopiero odbyć, ponieważ najpierw trzeba dobrze obmyśleć statut”. PMK 28d (t. 1, s. 98). To słowa listu o. Maksymiliana skierowane do członków MI w Międzynarodowym Kolegium Serafickim w Rzymie.

To właśnie o. Wenanty był tym, który rozumiał i w pełni popierał ideały Rycerstwa Niepokalanej, świadomy, że wpisują się one nie tylko w tradycję, ale i zadania zakonu franciszkańskiego. Był tego świadomy o. Maksymilian i tak o tym zaświadcza w szkicu artykułu o o. Wenantym napisanym w języku włoskim: „Rozumiał dobrze, jaką doniosłość ma w naszym Zakonie sprawa Niepokalanej, która jak złota nić wije się od kolebki naszego Zakonu przez całych siedem wieków prac [dla sprawy] przywileju Niepokalanego Poczęcia, prac ukoronowanych ogłoszeniem dogmatu. Pojmował dobrze, że odniesione zwycięstwo trzeba wyzyskać, że zdobywszy broń trzeba wyruszyć na zdobycie dusz dla Niepokalanej. Wpisawszy się więc do MI, założył koło MI na nowicjacie wśród kleryków i braci oraz myślał nad rozszerzeniem akcji pomiędzy świeckimi, ale choroba mu na to nie pozwoliła”. PMK 1021 (t. 2, s. 395).

To choroba stała się też motywem do ich ponownego spotkania we Lwowie. Por. PMK 865 (t. 2, s. 101). O. Wenanty po całodziennej spowiedzi w uroczystość św. Antoniego poczuł się znacznie gorzej. Wezwany lekarz stwierdził, że stan chorego jest bardzo poważny. Co więcej, istnieje zagrożenie dla otoczenia zarażeniem gruźlicą. Prowincjał ponownie wysyła o. Wenantego do Hanaczowa. W tym czasie obowiązki mistrza nowicjatu obejmuje o. Maksymilian Kolbe. Niestety, i on chory na gruźlicę, po kilku tygodniach musi się pilnie udać na leczenie. „Przy końcu roku szkolnego wysłany zostałem do Lwowa, by zastąpić silnie już gorączkującego o. Wenantego, skąd dr Rencki przegnał mnie aż do Zakopanego. Długie miesiące kuracji (10 1/2 miesiąca [w Zakopanem] i 4 1/2 miesiąca w Nieszawie) miały poprawić płuca. W międzyczasie umarł świątobliwie o. Wenanty”. PMK 955 (t. 2, s. 310). O. Wenanty w sierpniu 1920 r. zostaje przez prowincjała skierowany do Kalwarii Pacławskiej na czas nieokreślony na odpoczynek i rekonwalescencję. Zakonnik w miarę możliwości włącza się w posługę duszpasterską, zwłaszcza poprzez spowiedź świętą. Jego stan zdrowia jednak systematycznie się pogarsza. 2 lutego 1921 r. po raz ostatni siada w kalwaryjskim konfesjonale. Po uroczystości Matki Bożej Gromnicznej, stan jest już tak ciężki, że uniemożliwia zejście do kościoła, chory większość czasu spędza w łóżku. Umiera wieczorem 31 marca 1921 r., w czwartek po Wielkanocy, w wieku zaledwie 31 lat. Podczas pogrzebu, który się odbył dwa dni później, mieszkańcy Kalwarii są przekonani, że żegnają świętego. Niestety, o. Maksymilian o śmierci przyjaciela dowiaduje się zbyt późno i nie może uczestniczyć w jego pogrzebie. Podziela on jednak pogląd o świętości zmarłego zakonnika, czemu niejednokrotnie daje wyraz w materiale na planowaną książkę o Matce Bożej: „Członkowie MI, rozjeżdżając się z Międzynarodowego Kolegium, przywozili do swoich rodzinnych krajów też ze sobą i sprawę Milicji Niepokalanej. Tak przybyła ona i do Polski w roku 1919. Pierwszymi jej członkami byli klerycy z kolegium OO. Franciszkanów w Krakowie. Stąd przedostała się do klasztoru franciszkańskiego we Lwowie, gdzie gorliwie zajął się jej rozpowszechnianiem śp. o. Wenanty Katarzyniec, zmarły w opinii świętości w roku 1921 dnia 31 marca w Kalwarii Pacławskiej pod Przemyślem”. PMK 1194 (t. 2, s. 694).

Jak zawsze praktyczny, o. Kolbe wyciąga z tego faktu praktyczne wnioski i w liście z Zakopanego, gdzie przebywa na leczeniu, skierowanym do brata Alfonsa, wówczas jeszcze kleryka w Krakowie, zaledwie trzy tygodnie po śmierci o. Wenantego poleca rozpocząć gromadzenie wspomnień o nim i zapowiada opracowanie jego biografii.

PMK 44 (t. 1, s. 135-136)

Do br. kleryka Alfonsa Kolbego

P[ochwalony] J[ezus] Ch[rystus]                                                                                                                                                 Zakopane, 19 IV 1921

Drogi Bracie!

Pisał mi O. Magister [o. Czesław Kellar] z Krakowa, że o. Wenanty umarł. Sądzę, że wszyscy widzą w Nim zakonnika wzorowego. Dlatego nie będzie od rzeczy pozbierać trochę świadectw (dokumentów) i jeżeli N[ajprzewielebniejszy] O. Prowincjał [o. Alojzy Karwacki] na to pozwoli, skreślić biografię zmarłego, zwłaszcza że ludzie świeccy mają nieraz najdziwaczniejsze pojęcia o tym, co się dzieje za «furtą klasztorną», a i nie brak takich, którzy myślą, że w praktyce zakonnicy nie zachowują tego, co ich przepisy nakazują, bo to – jest niemożliwe. Taka więc biografijka rozjaśniłaby wiele umysłów i rozbudziła kto wie ile powołań uśpionych. Prosiłbym więc, abyś w chwilach wolnych napisał fakty konkretne i słowa jak najdokładniej Twego byłego magistra. To samo niech uczynią jego koledzy o. Florian i o. Korneli. Rubrykacja uczynków i mowy Zmarłego może być rozmaita, np.: tyczące się wiary, nadziei, miłości Boga i bliźniego, zaparcia się siebie, posłuszeństwa, pokory, gorliwości w wypełnianiu obowiązków, w staraniu się o zbawienie i uświęcenie dusz, prostoty, roztropności, męstwa w przeciwnościach itd., umartwienia, cierpliwości itd. To jednak wszystko bez naruszenia Twoich obowiązków, w chwilach wolnych. Wkrótce może wyjadę z Zakopanego, bo mi tak lekarz radzi, aby lato na wsi przepędzić.

Zostaję Twój

brat Maksymilian Ma Kolbe

[PS] Memento mei in orationibus.

Pozdrowienie o[jcom] Florianowi i Kornelemu.

Do gromadzenia informacji o zmarłym w opinii świętości o. Wenantym wzywa o. Kolbe jeszcze wielokrotnie. Zazwyczaj dzieje się to również w kontekście planowanej biografii o. Katarzyńca, którą początkowo chyba sam zamierzał stworzyć. „Ponieważ N. O. Prowincjał mówił mi, bym nadal zajmował się sprawami naszych świątobliwych, wielebnych i błogosławionych, chociaż nie na całej linii i z całą intensywnością z powodu niecałkowitego jeszcze zdrowia, więc pragnąłbym biografijkę o. Wenantego do skutku doprowadzić. Dlatego prosiłbym, aby mi kto (może br. Krzysztof, jeśli na Kalwarii co zrobił) dokładnie opisał, co w tej sprawie opracowali klerycy na Kalwarii, co po zmarłym znaleźli, gdzie się to znajduje i co zdziałali”. PMK 49 (t. 1, s. 144). „Układać będziemy biografię śp. o. Wenantego; proszę więc przypomnieć sobie i spisać jego słowa i czyny cnotliwe”. PMK 49a (t. 1, s. 145). „O Ojcu Wenantym napisz i prześlij mi jak najwięcej pamiętasz, bo na wakacjach będziemy klecić biografię. Niech i inni spiszą, co o nim wiedzą”. PMK 49d (t. 1, s. 148). „Jak tam tylko o O. Wenantym co sklecicie, to przysyłajcie, bo wakacje już niedaleko”. PMK 49e (t. 1, s. 149). „Za wspomnienia o naszym Świętym [o. Wenantym] serdeczne «Bóg zapłać», przeczytano je publicznie na rekreacji u kleryków”. PMK 52 (t. 1, s. 152).

O. Maksymilian chciał, aby życiorys powstał w wakacje roku 1922. Niestety, to się nie udało, z czasem, pochłonięty rozwojem Rycerstwa i wydawnictwem, myśli o tym, by życiorys napisał ktoś inny. Początkowo wybór pada na o. Bonawenturę Podhorodeckiego, jednego z najzdolniejszych ojców z prowincji i do tego wychowanka o. Wenantego. Projekt jednak napotyka na nie do końca jasne przeszkody. „Może by br. Michał [Czyż] napisał, co pamięta o o. Wenantym, a zwłaszcza jak to było ze zdaniem: «Po śmierci dużo zrobię dla Zakonu» (w sprawie wydawniczej). Chodzi mi o to, bo O. Prowincjał zabrał już zebrany materiał, a o. Bonawentura miałby sklecić biografię. Nie wiem, czy mu ochoty starczy, bo czasu pewnie nie zabraknie. [ … ] O. Bonawentura zachowuje dotąd iście kamedulskie milczenie mimo mej pocztówki w sprawie o. Wenantego. – Zasklepił się. – W Hanaczowie zostanie chyba anachoretą albo nawet pustelnikiem”. PMK 63 (t. 1, s. 162). Przyczyna być może tkwiła jeszcze w niedostatecznym zebraniu materiałów o czym może świadczyć wzmianka w późniejszym liście do o. Czesława Kellara: „N[ajprzewielebniejszy] O. Prowincjał pisał mi niedawno, żeby zaczekać jeszcze nieco z O. Wenantym, aż się więcej materiału zbierze. Może by P[rzewielebny] O. Magister zechciał zebrać wszystko, co tyczy O. Wenantego, nawet jego kazania itd., bo słyszałem, że tam wszystko to w nieładzie leży. A gdyby się udało przy sposobności fotografię  jego mogiły, to zdałaby się ona do biografii”. PMK 67a (t. 1, s. 166). Jak widać, o. Kolbe nie ustaje w gromadzeniu materiałów, ale także pamiątek i innej dokumentacji na temat o. Katarzyńca. „Co do proboszcza o. Wenantego [Proboszczem w Kamionce Strumiłłowej, rodzinnej parafii o. Wenantego Katarzyńca, był ks. Jan Czyrek], to już mu pisałem i otrzymałem od niego obszerny i piękny list jeszcze w Krakowie; posłałem go z innymi dokumentami O. Prowincjałowi. – Słusznie też zauważył (czy nie o. Florian), że właśnie otoczenie o. Wenantego – nowicjusze zaczynają odrodzenie”. PMK 73 (t. 1, s. 173). Niestety, mija kolejny rok, a biografia ciągle nie jest napisana, ba nawet nie jest rozpoczęta. O. Maksymilian znowu dopytuje: „Z o. Wenantym co tam słychać, czy nasi «doctores czy maturi» już przyłożyli ręki do jego biografii wedle obietnicy?”. PMK 82 (t. 1, s. 185). Wreszcie za biografię miał się zabrać kolejny wychowanek o Wenantego: o. Samuel Rosenbaiger. Pisze w liście do niego we wrześniu 1925 r. o. Maksymilian: „A o. Wenanty nie będzie miał słusznych pretensji, jeżeli obietnica co do przygotowania do druku jego biografii (złożona w okresie egzaminów maturalnych) będzie odłożona na – «kiedyś»? Co na to i o. Bonawentura? Musimy się szczerze zająć tą sprawą, dopokąd żyją ci, co go znali i pamiętają co o nim”.  PMK 90a (t. 1, s. 197). W kolejnym roku ponownie wraca do sprawy: „Drogi Ojcze! Zajęcia nie pozwoliły mi zaraz odpisać, tym bardziej że chciałem równocześnie zebrać jeszcze wiązankę wspomnień o śp. o. Wenantym, a raczej o Słudze Bożym. By nie zwlekać, ograniczam się do listu. Zapewne Ojciec ma źródła, które zebrałem uprzednio i przesłałem śp. N[ajprzewielebniejszemu] O. Prowincjałowi Alojzemu, u siebie mam jego referaty i postanowienia z rekolekcji. Zbiorę jeszcze nieco materiału i na dniach nadeślę. Co do rozkładu sądzę, że porządek chronologiczny będzie niezły; tym kierują się też inni biografowie. Dobrze by było sporządzić szereg pytań, wedle których można by badać tych, co S[ługę] B[ożego] o. Wenantego znali, lub o nim od innych słyszeli, protokołując najdrobniejsze szczegóły i polecając jak najobszerniejsze (z okolicznościami) opowiadania badanym. […] Dostałem «imprimatur» na obrazki o. Wenantego w rożnych rozmiarach; na nich więc znowu może wspomnę, że rychło będzie biografia. Kwestionariusz proszę i mnie przysłać, to i ja może sobie jeszcze co przypomnę. Kończę, bo rekolekcje i roboty moc. Z prośbą o modlitwę”. PMK 95a (t. 1, s. 203-204). 

I choć we wspomnianej korespondencji o. Maksymilian zaproponował o czym powinny traktować poszczególne rozdziały, korzystając być może ze wstępnego planu opracowanego podczas pobytu w Zakopanem, jeszcze w roku śmierci o. Wenantego (por. PMK 889 [t. 2, s. 242-243]), to niestety i tutaj sprawa nie została doprowadzona do końca. O. Maksymilian jednak nie rezygnuje. Tak wspomina pobyt w Kalwarii Pacławskiej w 1928 r., gdzie został skierowany przez władze zakonne: „O. Gwardian, kolega z internatu i ze studiów w Rzymie, nawet nie chciał dopuścić, bym odprawiał intencje konwentu kalwaryjskiego i bym pomagał w spowiedziach, w myśl więc wskazań N[ajprzewielebniejszego] O. Prowincjała staram się przede wszystkim wypoczywać, a jako rozrywkę wedle wczoraj otrzymanej kartki od N[ajprzewielebniejszego] O. Prowincjała będę i o biografii o. Wenantego myślał, i o sprawie organizacji MI także […]. Po nieszporach śpiewanych przez lud po polsku wyszedłem z o. Teodorem na przechadzkę: zwiedziliśmy Kamień i ogród nowo otrzymany, przyglądnęli się rywalce kalwaryjskiego klasztoru – cerkwi unickiej, wstąpili do Sióstr Marianek, które tu uczą w szkole, by spisały, co wiedzą o śp. o. Wenantym, odwiedzili grób o. Wenantego i ojców Remigiego Dudy, Brunona Ossolińskiego i Romualda Wojtala i przebrodzili po śniegu do klasztoru”. PMK 866 (t. 2, s. 120)

Biografia została wydana dopiero w Niepokalanowie w roku 1931, a napisał ją trzeci z wychowanków – o. Alfons Kolbe. O. Maksymilian przebywał już wtedy na misjach w Japonii, ale wspomina o publikacji w jednym ze swoich listów, gdzie pisze, że biografia ta z nr 1 powinna rozpocząć serię „Biblioteczka Rycerza Niepokalanej”. PMK 344 (t. 1, s. 506). Biografia została zatytułowana Zebrane ułomki z życia o. Wenantego Katarzyńca, franciszkanina. Opublikowano ją ponownie w: Franciszkowi rycerze. Ojciec Kolbe i jego współpracownicy, red. L. J. Bernatek OFMConv, Niepokalanów 1981. Por. PMK 44 (t. 1, s. 135-136, przypis 4). Na druk kolejnej biografii trzeba było czekać 50 lat i był nią życiorys napisany przez o. Alberta Wojtczaka OFMConv, O. Wenanty Katarzyniec (1889-1921), franciszkanin, Kraków 1980, wydany jednak w wersjo mocno okrojonej. Pełne wydane, pachnące jeszcze farbą drukarską przygotowało wydawnictwo Bratni Zew na stulecie śmierci o. Wenantego Katarzyńca. Obecnie dostępnych jest przynajmniej kilka biografii o. Wenantego i to różnych autorów. Między innymi warto wskazać na dzieło o. Cecyliana Niezgody OFMConv Cichy bohater. O. Wenanty Katarzyniec (1889-1921), wydane przez Bratni Zew w 1995 r., które przez kilkanaście lat było jedynym ogólnie dostępnym życiorysem wobec wyczerpania nakładu pozostałych.

Biografia miała dla o. Maksymiliana ogromne znaczenie także z tego powodu, że był on przekonany nie tylko o świętym życiu Przyjaciela, ale również o mocy wstawiennictwa o. Wenantego Katarzyńca. Prawdopodobnie pierwszym doświadczeniem osobistym w tym względzie była pomoc w wydaniu pierwszego numeru Rycerza Niepokalanej. Trzeba zacząć od tego, że za życia o. Wenanty był gorącym orędownikiem wydawania osobnego pisma nowego ruchu maryjnego.  Jeszcze na początku czerwca 1920 r. pisał do św. Maksymiliana: „Kochany Ojcze! Bardzo się ucieszyłem dowiedziawszy się, że Ojciec ma zamiar wydawać pisemko, które by było organem «Milicji Niepokalanej». Oczywiście, całą duszą jestem za tym. [...] O ile jednak rada moja na uwagę zasługiwać będzie, to oświadczyłbym się za tym, by czym prędzej przystąpić do wydawania naszego pisemka. [...] Słowa wstępnego do pisemka MI jeszcze nie napisałem, ale napiszę, o ile tylko będę zdrów”. (A. Kolbe OFMConv, Ułomki z życia o. Wenantego Katarzyńca franciszkanina, Niepokalanów 1931, s. 101-103); za: PMK 49 (t.1, s. 144, przypis 10). Wspomina o. Maksymilian w swoich pamiętnikach: „Już drugi rok Wydawnictwa Rycerz Niepokalanej ma się ku końcowi. Czas więc, by okiem wstecz rzucić i przypomnieć cuda miłosierdzia Niepokalanej. Gdy Milicja poza krakowskie rozlała się mury, odczyty w Sali Włoskiej były niedostateczne, by członków Milicji odpowiednio urabiać; trzeba było czasopisma. Ale jak tu rozpocząć nowe wydawnictwo, kiedy wskutek trudności finansowych jedno po drugim pada. Wielu też radziło czekać i przestrzegało przed możliwym upadkiem u samego zaczątku. Rozpisałem też do poważniejszych osób z MI zapytanie, co o tym myślą. Wtedy od o. Wenantego otrzymałem te pełne otuchy słowa: «Gdyby moja rada miała coś znaczyć, to radziłbym, by co prędzej przystąpić do drukowania». Mówił też podobno kiedyś przedtem do B[...], gdy mówiono o potrzebie dobrej prasy: «Widzicie, ja już chory, ale po śmierci dużo zrobię dla Zakonu».  PMK 866 (t. 2, s. 123). Zanim doszło do realizacji projektu pojawił się cały szereg przeszkód. Śmierć o. Wenantego [Por. PMK 895 (t.2, s. 248)], choroba o. Maksymiliana na pierwszym miejscu. O. Kolbe nie zrażał się trudnościami i kiedy ponownie znalazł się w Krakowie, przystąpił do pracy. „W końcu października 1921 otrzymałem obediencję do Krakowa i ruszyłem tam 3 listopada. W Krakowie zastałem Milicję dla świeckich w opuszczeniu, bo nie miał się kto nią zająć, ale za to pod ręką o. Bonawentury Podhorodeckiego życie w MI na klerykacie silnym biło tętnem. Odżyła myśl wydawania czasopisma, tym bardziej że w Nieszawie podczas wizyty O. Prowincjała znowu była mowa o drukowaniu, a nawet o drukarni”. PMK 955 (t. 1, s. 310). Sprawa była pilna, bo Rycerstwo zaczęło, zwłaszcza wśród świeckich, przeżywać kryzys z powodu braku przewodnictwa i duchowej strawy. Wspomina o. Maksymilian: „Tylko czasopismo mogło połączyć rozstrzelone jednostki. Z początkiem więc roku 1922 powstaje przy nadzwyczajnej pomocy Niepokalanej Rycerz Niepokalanej (przy wolnej chwili szerzej opiszę jego powstanie i rozwój, i trudności). O. Wenanty mu patronem, jak w ogóle całej sprawy wydawniczej. Po roku życia mimo wciąż rosnących trudności nie tylko nie pada, ale przy znowu niezwykłej opiece Niepokalanej i za przyczyną o. Wenantego dostaje drukarnię”. PMK 866 (t. 2, s. 108). O. Kolbe dotrzymuje obietnicy i okoliczności oraz wstawiennictwo o. Wenantego opisuje dosyć szczegółowo i to dwukrotnie, w artykułach zatytułowanych „Początki Rycerza” oraz „Garstka wspomnień o Rycerzu Niepokalanej”. Obydwa artykuły podają te same fakty na temat o. Wenantego, drugi PMK 955 (t. 2, s. 310-312) więcej szczegółów organizacyjnych.

PMK 941 (t. 2, ss. 295-296)

Początki „Rycerza”.

Zacząć wydawać czasopismo; ale [w] jaki sposób w tak trudnych czasach, kiedy raczej się zwija niż zaczyna wydawnictwa. Posłałem więc między innymi i o. Wenantemu zapytanie, co on o tym sądzi. „Jeżeli moja rada może się na co przydać – odpisał skromnie – jestem zdania, by co prędzej zacząć wydawać organ Milicji”. Następnie podjął się on także skreślenia słowa wstępnego. Tymczasem wyniszczająca powoli gruźlica powaliła go do łóżka i wtrąciła do grobu. Rok przeszło minął, kiedy zacząłem starania, by radę Zmarłego w czyn wprowadzić. Dnia 25 listopada 1921 kasa Milicji liczyła minus 40 m[arek] p[olskich]; żadnych dochodów przewidzieć nie było można, ani też liczyć na jakiekolwiek zapomogi. Wszyscy sądzili, że rozpoczęcie wydawania miesięcznika z początkiem nowego roku jest niemożliwe. A jeden z ojców tak się wyraził: „Gdyby miesięcznik był na styczeń, to byłby cud, a ponieważ cudu nie będzie, więc i na styczeń nie będzie”. Zwracając się wówczas do kleryków, rzekłem: „Módlcie się do Matki Bożej za przyczyną o. Wenantego. Jeżeli Rycerz wyjdzie w styczniu, to będzie sprawa o. Wenantego”. I – sam nie wiem, jak się to stało, ale pierwszy numer ukazał się rzeczywiście jeszcze w styczniu. Uważałem więc za miły obowiązek zamieścić w tym numerze jego podobiznę i skreślić kilka słów o nim, zaznaczając zarazem, by on był temu pismu patronem.

Cały kapitalik zebrany na wydawnictwo poszedł na pierwszy numer, a nawet z wyprzedaży tegoż numeru odbiliśmy jeszcze piąty jego tysiąc. Po ludzku mówiąc takie przedsięwzięcie nie mogło się udać, boć przecie pierwsze ze 3 miesiące nowo powstającego pisma są czasem wkładów, a tu na miesiąc luty nie było wcale pieniędzy. Słusznie też N[ajprzewielebniejszy] O. Prowincjał zauważył, że nie ma widoków co do jego wydania. Do tego jeszcze ciężko zaniemogłem, więc i powzięty poprzednio plan, by mając już numer „styczniowy” w ręku zapukać do zamożniejszych po ofiarę na ten cel, spełzł na niczym. Trawiony silną gorączką, leżąc bezsilny zwróciłem się do o. Wenantego: „Widzisz, nie ma pieniędzy na numer lutowy; jeżeli znajdzie się potrzebna suma i jeszcze zbędzie, to z tego, co pozostanie, wydrukuję twoją fotografię”. I – nadspodziewanie, nie tylko przyszły potrzebne  pieniądze, ale i nadwyżka, za którą wedle obietnicy wydrukowałem mu podobiznę z krótkim życiorysem.

Nieraz też w chwilach ciężkich, podczas szalonych skoków w cenach, które powaliły tyle wydawnictw, polecałem Niepokalanej przez ręce o. Wenantego krytyczne położenie i nie doznałem zawodu. Tak „Rycerz” dobiegał wbrew wszelkim przewidywaniom końca pierwszego roku wydawnictwa. Tymczasem w Krakowie wybucha agitacyjno-przedwyborczy długotrwały strajk drukarzy. „Rycerz” przenosi się do Grodna. Z wielką trudnością wychodzi tu numer listopadowy i grudniowy i zdaje się, że już wyjścia nie ma.

Zwróciłem się znowu do o. Wenantego i obiecałem mu co prędzej wydrukować obiecaną na odbitce biografijkę, jeżeli jeszcze tego roku stanie nasza drukarnia. Bez pieniędzy, jakże tu marzyć o drukarni. A jednak – znowu zupełnie nadspodziewanie tak się sprawy układają, że w okresie nowenny i oktawy Niepokalanego Poczęcia i maszynę drukarską kupiliśmy, i najniezbędniejszą ilość czcionek. Teraz zaś pomału drukarnia i w ogóle wydawnictwo staje na nogi.

Nie mogę więc zamilczeć tak jawnej działalności o. Wenantego i mimo woli cisną mi się pod pióro słowa Zmarłego, gdy zwracano mu uwagę na potrzebę pracy wydawniczej: „Widzicie, ja jestem chory i nic już zrobić nie mogę, ale po śmierci dużo zrobię dla Zakonu”.

M[aksymilian] K[olbe]

O znaczeniu o. Wenantego dla sprawy Niepokalanej jednoznacznie świadczy umieszczenie w pierwszym numerze Rycerza jego krótkiej biografii i zaznaczenia, że jest patronem nowego pisma. Co więcej, po jego nazwisku zamiast zwyczajowego skrótu OFMConv oznaczającego przynależność zakonną, o. Maksymilian umieszcza skrót MI czyli skrót Rycerstwa (Milicji) Niepokalanej.

PMK 892 (t. 2, s. 246)

Śp. o. Wenanty Katarzyniec MI

Dnia 2 kwietnia 1921 r. na cmentarzu Kalwarii Pacławskiej świeżą usypano mogiłę: młody magister nowicjuszy, o. Wenanty, franciszkanin, wyniszczony gruźlicą płuc, żyć przestał. Zaraz powstała myśl uczczenia jego pamięci biografią; zanim jednak przyjdzie ona do skutku, niech mi będzie wolno skreślić o drogim Zmarłym wspomnień garstkę. Poznałem go bliżej w czasie wakacji szkolnych 1912 r. na Kalwarii [Pacławskiej]. Zakonnik wzorowy: najdrobniejsze przepisy klasztorne ściśle zachowywał i przykładem innych do tego zachęcał. Najzdolniejszy z kleryków, a przecie próżno szukałbyś u niego choć cienia dumy. Spokojny, uprzejmy, słodyczą ujmował sobie serca współbraci. Modlitwa – to jego najmilsza rozrywka; usuwał się też często na osobność, aby do woli nacieszyć się rozmową z Oblubieńcem swej duszy. W r. 1914 otrzymał święcenia kapłańskie i natychmiast jął gorliwie pracować nad uświęcaniem i nawracaniem dusz. Mimo wątłego zdrowia długie godziny spędzał w konfesjonale; słowa Bożego również nie szczędził, choć płuca słabe nieraz odmawiały mu posłuszeństwa, a raz w czasie kazania padł zemdlony. Przy tym wszystkim pokora, ta najwierniejsza stróżka wszelkiej cnoty, zawsze mu towarzyszyła: oto, pragnąc naśladować pokorę P[ana] Jezusa, zniżającego się do umycia i ucałowania nóg Apostołów, w Wielki Czwartek całuje i on kornie nogi każdego z podwładnych sobie kleryków. Staje również w szeregach MI i natychmiast organizuje Kółko Milicji wśród kleryków, aby wedle odpowiedniego statutu pogłębiali wiedzę ascetyczno-teologiczną, zasyłali przez ręce Niepokalanej gorące modlitwy o nawrócenie dusz zbłąkanych i w ogóle przygotowywali się do czekającej ich pracy. Zamyśla rozciągnąć podobną działalność na ludzi świeckich, przede wszystkim przez pouczające odczyty, ale słabnące z każdym dniem siły stanęły temu na przeszkodzie. Gdy powstał zamiar wydawania pisemka, jako organu MI, śp. o. Wenanty natychmiast spieszy ze słowami zachęty i radzi nie zwlekać. Sam obowiązuje się skreślić słowo wstępne i przyrzeka współpracę – gdy wtem, po ustawicznym pogarszaniu się zdrowia, śmierć przecięła pasmo jego wątłego życia... Drogi mój Współbracie w Zakonie i dzielny Szermierzu MI! Teraz, gdy już stoisz przed tronem Najwyższego i wstawiasz się za zbłąkanymi duszami, gdy słabość ciała nie stawia Ci zapory w intensywnej pracy – spojrzyj! Oto bracia Twoi urzeczywistniają Twe gorące zamiary: pisemko, któregoś tak wyczekiwał, powstaje, aby dusze dla Niepokalanej zdobywać i przez Jej najczystsze ręce składać w miłością gorejącym Sercu Jezusa. Spojrzyj i zajmij się nim szczerze: wymódl pomyślny rozwój i bądź mu Patronem!

O. M[aksymilian] K[olbe]

O zasięgu Rycerza i jego znaczeniu, a także roli o. Wenantego w tym procesie świadczy fakt, że o sprawie napisał antyklerykalny tygodnik polonijny, założony w 1886 r. w Toledo, Ohio (obecnie w Chicago, Illinois). Później pismo przyjęło kierunek życzliwy dla Kościoła. O. Maksymilian skomentował ten fakt krótko: „Już i masońskie pismo Ameryka-Echo zaczyna szczekać na nas – dobry znak”. PMK 84 (t. 1, s. 190).

Św. Maksymilian niestrudzenie drukował kolejne obrazki o. Wenantego. Zachowała się jego prośba do pełniącego obowiązki biskupa wileńskiego ks. Kazimierz Michalkiewicza o pozwolenie na druk kolejnej serii obrazków z podobizną o. Wenantego. O. Maksymilian dołączał te obrazki do Rycerza, a także do prowadzonej korespondencji. Pisał do o. Bronisława Strycznego: „Załączam O. Wenantego dla Ciebie, O. Gwardiana, O. Kustosza, O. Jacka i br. Piotra; niech za to wszyscy trochę wspomnień o nim prześlą”. PMK 49d (t. 1, s. 148). Jemu samemu także obrazek o. Katarzyńca towarzyszył. „Powiesiłem wczoraj otrzymaną fotografię o. Wenantego, ale licho wyszła, bo z odbitki siatkowej”. PMK 866 (t. 2, s. 111).

Przekonany o wstawiennictwie o. Wenantego, niejednokrotnie prosi o modlitwę za jego przyczyną, o czym pisał w powyższych tekstach, albo choćby w kolejnym liście do o.  Bronisława Strycznego: „Kończę, bo pracy mam dużo. Módl się za mnie do Niepokalanej i za wstawiennictwem O. Wenantego, bym Wolę Bożą dobrze wykonywał (a i o moim starszym bracie nie zapomnij)”. PMK 49e (t. 1, s. 149).  Oto kolejne świadectwo samego o. Maksymiliana: „Znowu o. Wenanty się przypomina, a zapomniałem już o nim. Otóż ostrze noża introligatorskiego miało pójść do wyostrzenia... wbrew oczekiwaniom za bezcen zrobiono. […] – W końcu sierpnia pisałem coś o o. Wenantym; niech więc i skończę. Chodziło o ostrzenie introligatorskiego (maszynowego) noża. – Przed kilkoma miesiącami mówił pewien introligator, że taka sprawa we fabryce Sieraszewskiego kosztowała 10 000 mp i to ze względu na stałe tam uczęszczanie. Słusznie więc myślałem o 50 000, a tu 2 noże trzeba było wyostrzyć; więc 100 000 co najmniej. Pieniędzy mało i na co innego trzeba. Obiecałem więc o. Wenantemu, że jeżeli poostrzenie tanio wypadnie, to postaram się o powiększenie jego fotografii (by je potem zawiesić – oczywiście w drukarni). Br. Albert wziął nóż i poszedł do fabryki. Wychodzę i ja ze sprawunkami do miasta i spotykam go z powrotem z nożem w ręku. – Ile wzięli? – W kantorze nic nie wzięli, a robotnikowi dałem 10 000... to jedno. Po wydrukowaniu numeru wrześniowego i drugi nóż do fabryki powędrował. I znowu to samo; kantor nic nie wziął, a robotnik (żyd) otrzymał 7000 i Rycerza. 3 Rycerze pozostało między nimi. – Cześć Niepokalanej. – A fotografia o. Wenantego (odbitka drukarska) powędrowała do fotografa dla powiększenia”. PMK 866 (t. 2, s. 110-111).

To przekonanie ulegało wzmocnieniu poprzez docierające coraz częściej informacje od osób, które doświadczyły pomocy modlitwy o. Wenantego. Pisał do o. Kornelego Czupryka: „Za rękopisy śp. o. Wenantego niech Niepokalana nagrodzi. Zapewne Ojciec otoczył troskliwą opieką pozostałości po o. Wenantym. Bardzo bym prosił, by ten brat, o którym mówił o. Kazimierz, że doznał cudownego wyleczenia za przyczyną o. Wenantego, opisał całą sprawę i mnie przesłał rękopis. – Może by i Ojciec zebrał co się da z ust tych, którzy na o. Wenantego na Kalwarii patrzyli, bo to się przyda do życiorysu”. PMK 99a (t. 1, s. 209). A oto świadectwo zacytowane w całości przez o. Kolbego w jednym z artykułów Kalendarza Rycerza Niepokalanej: „Warszawa, 13 VI 1924. Z wdzięcznością ku Bogu i Ojcu Wenantemu za odzyskane zdrowie za jego przyczyną, opisuję przebieg swej choroby, który jest następujący: Począwszy od sierpnia 1923 r., cierpiałam na bole w okolicy żołądka. Ponieważ choroba rozwijała się dalej, udałam się po poradę do lekarza dra Markiewicza, który po zbadaniu osądził, że to owrzodzenie dwunastnicy, zapowiedział, że choroba jest ciężka i że trzeba leżeć kilka tygodni w łóżku, nic nie jedząc, prócz odrobiny mleka. Po przebyciu diety zawezwano ponownie lekarza. Powiedział, że jest trochę lepiej i pozwolił nawet jadać lekkie potrawy. Tak przetrwałam znów kilka tygodni. Lecz pomimo zachowania przepisów i używania lekarstw przez lekarza poleconych, bóle nie ustawały, lecz stawały się coraz cięższe do zniesienia, szczególniej po spożyciu pokarmów, a nawet po wypiciu mleka. Udałam się znowu do lekarza, a ten tym razem sam niespokojny, dając mi nową receptę, powiedział: «Jeżeli to nie pomoże, musimy się wziąć do innych środków». Przypuszczam, że miał na myśli operację. Tego samego dnia wieczorem byłam w kościele OO. Franciszkanów, gdzie dowiedziałam się wśród rozmowy z jednym z Ojców, że zmarły przed dwoma laty O. Wenanty zdziałał już kilka cudów. W tej chwili przyszła mi myśl, że i ja mogłabym być uzdrowiona za przyczyną O. Wenantego. Postanowiłam więc nie kupować lekarstwa, dopóki mu się nie polecę. Następnego dnia, po przyjęciu P[ana] Jezusa wróciła mi myśl wczorajsza. Zaczęłam się modlić, prosząc gorąco P[ana] Jezusa o zdrowie za przyczyną O. Wenantego. Dnia tego nie czułam już żadnych boleści, lecz chcąc się upewnić, zaczęłam jeść wszystkie pokarmy zabronione mi surowo przez lekarza, a nawet mięso. Od tego czasu upłynęły już dwa miesiące, a ja czuję się... zupełnie zdrowa! Niech będą za to dzięki Bogu i O. Wenantemu! Żeby to, co piszę, wiarygodniejsze było, pozwalam sobie jako świadka przedstawić S[iostrę] Przełożoną Tercjarstwa Natalię Frankowską, która była obecna przy badaniu lekarskim i śledziła cały przebieg mojej choroby. Z głębokim poważaniem – Joanna Kaniewska”. PMK 996 (t. 2, s. 356).

Warto zapoznać się też z przedstawionymi świadectwami o o. Wenantym, zebranymi w czasie gromadzenia informacji o jego życiu i postępowaniu. Por. PMK 1053 (t. 2, s. 444-446), PMK 1054 (t. 2. s. 446-447). Wyjątkowe jest świadectwo pierwszego gwardiana o. Wenantego. Miał on sposobność przez prawie cały rok obserwować go z bliska i nieco lepiej go poznać. Zeznaje o. Karol Olbrycht, proboszcz w Czyszkach w czasie, gdy o. Wenanty pełnił tam obowiązki wikarego: „Na pozór nie wyróżniał się w niczym od nas obu współpracowników. Czy to Mszę św. odprawiał, czy spowiedzi słuchał, czy słowo Boże głosił, czy spełniał inne czynności parafialne, jak pogrzeby, chrzty, wywody, śluby, zaopatrywanie chorych, był zawsze zupełnie normalnym kapłanem. Nikt nigdy nie dopatrzył się u niego czegoś, co by mogło zadziwiać, razić lub tchnąć jakąś śmiesznostką czy przesadą. A przecież czarował wszystkich swoją skromnością, skupieniem, pogodą umysłu i mimo woli zdradzał na każdym kroku wysoką świątobliwość. Od ludzi nie stronił, ale w mowie zawsze rozważny, płochego słowa nigdy nie wymówił; wobec niewiast grzeczny, ale największą ostrożność zachowywał w ich towarzystwie. Unikał zbytniej poufałości nawet z mężczyznami; gdy go np. chciałem serdeczniej uścisnąć z okazji złożenia sobie życzeń, wzdrygnął się wtedy, dając tym lekko poznać, że mu to sprawia przykrość. Obowiązki swe spełniał z ochotą, punktualnie, a że był nadzwyczaj roztropny i nigdy czasu nie tracił, więc i umiejętnie. Tak był praktyczny i tak się umiał orientować – był to pierwszy rok jego pracy kapłańskiej – że nie zdarzyło mi się nigdy, bym kiedykolwiek potrzebował zwracać mu uwagę na niestosowność postępowania lub w czymkolwiek pouczać, chyba że sam poprosił o wyjaśnienie, jak w danym wypadku ma postąpić. Zawsze skupiony, a nie osowiały, zawsze cichy, skromny, pokorny, a przecież nie płaszczył się przed nikim. Czasu nigdy nie tracił, zawsze coś czytał, pisał lub modlił się klęcząco w celi. Należał do stowarzyszenia kapłańskiego adoracji Najśw[iętszego] Sakramentu. Z wielkim pietyzmem odbywał ją regularnie co tydzień w kościele przez całą godzinę. Czynił to jednak zawsze tak oględnie, by nie zwrócić na siebie uwagi nas obu starszych kapłanów. W czasie 10-miesięcznej okupacji rosyjskiej wszystkie szkoły w parafii były przymusowo zamknięte. Do pierwszej spowiedzi i Komunii św. mieliśmy dzieci z całej parafii przygotowywać w kościele. Od połowy marca do połowy maja zbierało się przeszło 150 dzieci na naukę przygotowawczą. O. Wenanty przechodził z nimi główne prawdy Wiary św. od godz. 2 do 3 po południu, a po małej przerwie ja przygotowywałem te same dzieci szczegółowo do Sakramentu Pokuty. Zbieraną z kilku wsi dziatwę trudno było utrzymać w karności, zwłaszcza że musiały stać w kościele w czasie lekcji. Była to praca nawet dla mnie emerytowanego, zawodowego katechety bardzo uciążliwa, wyczerpująca i denerwująca; chorowałem po niej poważnie przez cały miesiąc. Lecz o. Wenanty czuł się tu jakby w swoim żywiole, nie skarżył się nigdy na dzieci, umiał je utrzymać zawsze w karności; nie widać też było na nim cienia znużenia lub zniechęcenia po takiej pracy. Do kazań przygotowywał się sumiennie, każde miał napisane, dobrze opracowane, zastosowane do Ewangelii i do danych okoliczności. Głos miał stłumiony i nigdy się nie zapalał na ambonie, a jednak wszyscy go ochotnie słuchali, gdyż treścią dobrze obmyślaną umiał trafić do serc słuchaczy. Nigdy nie był przygnębiony, pochmurny, ani też nie wybuchał zbytnią wesołością. Nigdy się nie irytował, niczym się nie zrażał, zawsze towarzyszyła mu pogoda umysłu, właściwa tylko duszom ściślej zjednoczonym z Bogiem. Czy przy stole, czy w czasie wspólnej rekreacji, czy przy gościach zawsze był zupełnie naturalny, a przecież tak niezwykły, że śmiało mogę powiedzieć, iż w życiu moim czterdziestoletnim w zakonie nie spotkałem poza o. Wenantym tak urobionego charakteru, tak zrównoważonego zakonnika, choć znałem i wysoko ceniłem wielu innych naszych zacnych kapłanów. Toteż każdy, kto miał sposobność i szczęście z nim się zetknąć, musiał przyznać, że to kapłan według Serca Bożego, że to kandydat na świętego. Za takiego mieli go wszyscy parafianie i bardzo się smucili, gdy go dnia 23 VIII 1915 roku święte posłuszeństwo zakonne odwołało z Czyszek od pracy parafialnej, aby mu, jako światłemu i w życiu zakonnym ugruntowanemu kapłanowi, powierzyć wychowanie młodzieży naszej zakonnej w nowicjacie we Lwowie. Osobiście uczułem żal szczery po stracie takiego współpracownika, przeważała jednak we mnie radość, że kapłan tej miary i świątobliwości co o. Wenanty nadaje się przed wszystkimi innymi ojcami na kierownika naszej młodzieży zakonnej”. I już od siebie o. Maksymilian dodaje: „Umarł – ale nie przestał czynić dobrze. Wielu już z wdzięcznością wspomina łaski, które otrzymali od Boga, gdy za przyczyną śp. Zmarłego się modlili”. PMK 996 (t. 2, s. 355-356).

Wszystko razem prowadziło do oczywistego wniosku, że należy podjąć starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego o. Wenantego. Św. Maksymilian podjął te wysiłki już w czasie misji w Japonii. W korespondencji z Nagasaki w 1932 r. pisze: „Br. Seweryn piłuje, by się starać (modlić) o kanonizację o. Wenantego”. PMK 360 (t. 1, s. 533). Rok później, w czasie pobytu w Polsce i podróży do Kalwarii Pacławskiej, ma zamiar odwiedzić kurię przemyską w sprawie procesu, ale niestety do spotkania z biskupem nie doszło. Por. PMK 459 (t. 1, s. 662). Po powrocie do Japonii pisze do o. Jerzego Wierdaka, który w międzyczasie został mianowany prowincjalnym postulatorem spraw beatyfikacyjnych. Por. PMK 481 (t. 1, s. 688). „Drogi Ojcze. Przesyłam kopię listu do Ks. Biskupa Okoniewskiego w Pelplinie, który pragnie doprowadzić do kanonizacji bł. Jana z Łobdowa, naszego współbrata (ojca) w Zakonie z roku 1264, by mieć w nim Patrona diecezji. Ks. Biskup gotów jest także ponieść koszty związane z tą sprawą. – Mówił mi o tej sprawie w Rzymie i zapraszał do siebie. O tym Słudze Bożym (piszą «B», może «Beatus») jest wzmianka we włoskim «Manuale dei Novizi e professi» (na składzie w Kurii w Rzymie) str. 206 pod [nr] 52. Byłem swego czasu w tej sprawie w Toruniu. Proszę się «ex offo» tym zainteresować. W wyżej wymienionej książce znalazłem około 30 spraw polskich franciszkańskich «beatificandorum» lub «canonizandorum». Oprócz tego i o. Wenanty, i br. Albert Olszakowski, i o. Fordon, itd. Uważam, że nie warto słać sprawy do Rzymu, zanim się nie skończy proces diecezjalny w myśl kodeksu. Zbadałem w Polsce, że nic nie stoi na przeszkodzie do takiego procesu w sprawie o. Wenantego. Tylko, że biskup przemyski umarł, będzie nieco opóźnienia. Im prędzej się przeprowadzi proces diecezjalny, tym lepiej, bo potem gdy czas zamaże w pamięci szczegóły, a do tego śmierć pozabiera świadków, o wiele trudniej coś zrobić. Teraz więc zdaje się, że warto by przeprowadzić jak najprędzej proces diecezjalny: 1) o. Wenantego, 2) br. Alberta (Olszakowskiego), 3) o. Fordona”. PMK 482 (t. 1, s. 689).

Niestety, jak i w sprawie biografii, sprawy idą dosyć ślamazarnie. O. Maksymilian jest jednak uparty. W liście do o. Floriana Koziury dopytuje się: „Czy proces diecezjalny w sprawie o. Wenantego już zaczęty? Bo co godzina bardziej się zacierają w pamięci szczegóły o nim tych, co żyją, a i jeden po drugim zstępują do grobu, zabierając ze sobą nieodwołalnie cenne zeznania, które dopiero po złożeniu oficjalnym pod przysięgą mogą stanowić podstawę do akcji beatyfikacyjnej. Wszystko tu robi ordynariusz, trzeba jednak, by postulator siadłszy w myśl kan. 2038 § 2 «preces» skrybnął. Może to jednak dawno już w toku, a ja wciąż poczciwym ludziom krew psuję. Do Japonii jednak wieść o tym jeszcze nie przypiechotowała [!]. […] PS – Zdaje mi się, że albo o. Jerzy zapomniał sztuki pisania, albo gwardian żałuje pióra lub atramentu, albo??”. PMK 507 (t. 1, s. 719-720). I trzy miesiące później: „Czy o. Jerzy proces... [...] o. Wenantego? – Sprawa pilna”. PMK 523 (t. 1, s. 741). Do sprawy wraca ponownie w liście do Niepokalanowa na Boże Narodzenie 1934 r.: „Pewno już o. Jerzy jako postulator prowincjalny napisał do Ordynariatu przemyskiego prośbę o otworzenie procesu diecezjalnego w sprawie Sługi Bożego o. Wenantego Katarzyńca. Pragnąłbym nacieszyć się przeczytaniem odpisu odpowiedzi Ordynariatu. Świadkowie co dzień, co chwila bardziej zapominają szczegółów życia o. Wenantego, na które patrzyli, a niektórzy nie mogąc się doczekać wezwania, by pod przysięgą to, co wiedzą, zeznali, pokładli się nawet do grobu, zabierając ze sobą wszystko, co wiedzieli”. PMK 540 (t. 1, s. 760).

O. Maksymilian nie ustaje w staraniach także po powrocie do Polski. Z troską pisze do prowincjała o. Anzelma Kubita: „O. Wojciech w Rzymie, radził, by wyznaczyć w Polsce postulatora dla naszych zmarłych w opinii świętości, a on go zamianuje delegatem z prawem urzędowego występowania i dostarczy wszelkich instrukcji. Zdaniem jego o. Peregrynowi będzie za trudno. Czyby nie można o. Kornela?”. PMK 662 (t. 1, s. 888). Jednak według oświadczenia o. Anzelma Kubita, o. Kornel Czupryk nie otrzymał ostatecznie zlecenia prowadzenia spraw beatyfikacyjnych. Nie dziwi więc kolejny list o. Kolbego do prowincjała: „Kto właściwie jest postulatorem Prowincji, bo o. Kornel do tego się nie przyznaje. Warto by wreszcie, żeby ktoś poważnie zajął się naszymi zmarłymi w opinii świętości, a zwłaszcza najbliższym o. Wenantym. Listy z podziękowaniem za otrzymane łaski napływają i nie wiadomo już, gdzie je skierowywać”. PMK 662 (t. 1, s. 927). Niestety, monity były bezskuteczne o czym świadczy list do postulatora generalnego: „Przewielebny Ojcze Postulatorze. W odpowiedzi na łaskawy list z dnia 9 bm. chciałbym donieść, że co do śp. o. Wenantego, to o. Florian wybiera się ponownie w podroż na zebranie materiałów do biografii. Już zwiedził niektóre ośrodki i dużo skorzystał, ale spodziewa się jeszcze więcej zdobyć. Co do mandatu postulacyjnego, chciałbym wiedzieć, czy ma go kto dotąd u nas, czy też nikt jeszcze. Bo przedtem Kapituła Prowincjalna (zdaje się) wyznaczyła o. Jerzego, potem słyszałem o o. Maurycym”. PMK 728a (t. 1, s. 997). Niestety, procesu do wojny się nie udało się rozpocząć, a potem czas wojenny oczywiście i temu nie sprzyjał. Dobrze, że o. Maksymilian w swoim procesie natrafił na braci, którzy wytrwale doprowadzili nie tylko do jego beatyfikacji, ale również kanonizacji. Dopiero 7 czerwca 1950 r. w kurii biskupiej w Przemyślu rozpoczyna się proces informacyjny o. Wenantego Katarzyńca. 16 sierpnia 1950 r. następuje ekshumacja doczesnych szczątków sługi Bożego i złożenie w kamiennym grobie, w krużganku przy kościele klasztornym w Kalwarii Pacławskiej. 30 kwietnia 1951 r. nastąpiło zakończenie procesu na szczeblu diecezjalnym. W maju przekazano dokumenty z procesu informacyjnego w Przemyślu do Rzymu i formalnie rozpoczęto postępowanie beatyfikacyjne w ówczesnej Kongregacji Świętych Obrzędów w Rzymie – od tej pory o. Wenantemu przysługuje tytuł sługi Bożego. W 1952 r. z powodu błędów w dokumentacji sprawa została odłożona do poprawienia i uzupełnienia dokumentów. Niestety, podjęte inne procesy, wpierw samego o. Maksymiliana Marii Kolbego, potem bł. Anieli Salawy spowodowały spowolnienie sprawy o. Wenantego. W 1989 r. nastąpiło wznowienie procesu beatyfikacyjnego na szczeblu apostolskim w Rzymie. 2 stycznia 1996 r. zostało ukończone tzw. Positio i przesłane do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie. 30 kwietnia 2013 r. kongres konsultorów teologicznych przebadał tzw. Positio. 5 kwietnia 2016 r. po zapoznaniu się z aktami procesowymi kardynałowie i biskupi wydają pozytywną opinię nt. heroiczności cnót o. Wenantego. 26 kwietnia 2016 r. papież Franciszek wydaje zgodę na publikację dekretu o heroiczności cnót sługi Bożego Wenantego Katarzyńca podczas spotkania z prefektem Kongregacji ds. Kanonizacyjnych, w obecności postulatora generalnego zakonu. Odtąd o. Wenantemu Katarzyńcowi przysługuje tytuł Czcigodnego Sługi Bożego. Kolejnym etapem będzie nadprzyrodzony dowód jego świętości, czyli uznanie cudu wyproszonego przez wstawiennictwo sługi Bożego, co otworzy ostateczną możliwość beatyfikacji.

I choć oczekujemy tej beatyfikacji i modlimy się o nią, to równocześnie towarzyszy nam przekonanie o. Maksymiliana Kolbego o świętości o. Wenantego Katarzyńca. I bez wahania możemy podpisać się pod jego pięknym, obrazowym tekstem: „Wzmocnijcie ofensywę modlitwy w sprawie trzeciego Niepokalanowa. Niektórzy mówią czwartego, bo nie bez racji twierdzą, że już istnieje też Niepokalanów w niebie, gdzie gwardianem jest Niepokalana, a robotnikami o. [Melchior] Fordon, o. Wenanty [Katarzyniec], o. Alfons [Kolbe], br. Albert [Olszakowski] itd.”. PMK 378 (t. 1, s. 544).

I na koniec zachęta, aby skorzystać ze wspomnień i opracowań życiorysu o. Wenantego dokonanych przez o. Maksymiliana Kolbego. Por. PMK 1021 (t. 2, s. 392-395); PMK 890 (t. 2, s. 243). Tutaj przytaczamy tę wersję, w której znajduje się wspomniana już na początku najkrótsza i najtrafniejsza charakterystyka Sługi Bożego. „Nie silił się na czyny nadzwyczajne, ale zwyczajne nadzwyczajnie wykonywał”.

PMK 891 (t. 2, ss. 244-245) 

Kilka wspomnień o śp. o. Wenantym

Nie miałem szczęścia długo przebywać z o. Wenantym, ale te kilka chwil, które przy nim spędziłem, niezatarte a błogie pozostawiły we mnie wrażenie. Po raz pierwszy spotkałem się z nim we Lwowie, przy kamiennym stole ogrodu franciszkańskiego. Przyjechał on wtedy prosić o przyjęcie, czy też już po przyjęciu kandydować. Nie zapomnę nigdy skromności, jaka tchnęła z całej jego postaci. W świeckim ubraniu, w wieku około lat dwudziestu, trochę nieśmiały, w ruchach poważny, ale bez wymuszenia, w mowie raczej skąpy, ale roztropnie; spokój, uprzyjemniający obcowanie z nim, wskazywał, że jest on panem całkowitym siebie. Z Nauczycielskiego Seminarium przyszedł do klasztoru. Nie pomnę już szczegółów rozmowy, tylko ogólne dodatnie wrażenie spotkania pozostało mi na zawsze. Po raz drugi zobaczyłem się z nim na Kalwarii [Pacławskiej], a nawet ze dwa miesiące mogłem korzystać z jego świętego przykładu. Uważałem go za jednego z najlepszych, jeżeli nie najlepszego z kleryków, i nie bez przyczyny. Stwierdziłem bowiem, że owo pierwsze wrażenie, sprzed kilku lat u kamiennego stołu, nie było skutkiem chwilowej przyczyny, ale cnoty stałej a gruntownej. Oto kilka faktów. Poszliśmy na przechadzkę w stronę kaplicy św. Magdaleny. Tam wśród lasu, na leżącym siedząc drzewie, rozmawialiśmy o kwestiach, z którymi bez wątpienia był on dobrze zaznajomiony. Mimo to jednak wolał słuchać niż przodować w rozprawie. I czynił to mile i wdzięcznie, okazując swoje zainteresowanie. Innym razem jeden z kleryków podniósł potrzebę gregoriańskiego śpiewu wedle przepisów Piusa X i odpowiedniego referatu w kółku kleryckim «Zelus Seraphicus». O. Wenanty podzielał jego zdanie, ale gdy przyszło do urzeczywistnienia tego zamiaru, wspomniany kleryk podjąć się tego nie chciał. O. Wenanty więc opracował referat po przyjeździe do Krakowa, a chociaż wyższy w studiach i zdolniejszy, dał ów odczyt pokornie owemu klerykowi dla oceny. Gdyśmy szli się kąpać do rzeki, odchodził zawsze nieco na bok z nadzwyczajnej swej skromności. Cały układ i sposób działania tchnął tą cnotą. Nieraz go zastawano na małym balkoniku, wysuniętym z klasztoru do kościoła, na modlitwie. Na „Kamieniu” przed klasztorem zagrano w palanta. I on brał udział w tej grze, ale co uderzył palestrą piłkę, to nie trafił. Spokojnie jednak i z uśmiechem i tę niezdarność zniósł. Na korytarzu widzę go idącego z owiniętą głową i pytam, co go boli. Spokojnie, słodko, jakby żadnego nie cierpiał bólu, wyjaśnił, że jest to zwyczajnie powtarzający się ból. Nie silił się na czyny nadzwyczajne, ale zwyczajne nadzwyczajnie wykonywał. Kochał Zakon, pragnął gorąco, by dobrze się w nim działo i dlatego starał się o opiekę nad braćmi laikami, był ich magistrem i mówił o zachodzących brakach. Lekarz polecił mu posilać się co 2 godziny, wypoczywać i przebywać na słońcu. Wykonywał to zlecenie, choć mu to niemało sprawiało przykrości. «Dla mnie jedzenie jest prawdziwą pokutą», rzekł mi, «ale wmuszam w siebie». Czasem też musiał pokarm oddać. Pragnąłby pielęgnować dalej dusze ukochanych nowicjuszy i być wszędzie obecny, a tu trzeba było przykuć się do łóżka. – Przy tym nie chcąc tracić ani chwilki czasu czytał choć w gorączce katechizm Soboru Trydenckiego twierdząc, że tam można wszystko tyczące wiary znaleźć; poprzednio też dla podołania pracy i lepszego jej wykonania nauczył się stenografii dla szybszego pisania kazań. Podręcznik do niej widziałem jeszcze na biurku. Nie widziałem go nigdy w gniewie, a od jego nowicjuszy słyszałem, że gdy czuł się zdenerwowanym, co w stanie gorączkowym zwykle się zdarza, zamiast wybuchać gniewem, tłumił go w sobie, aż na zewnątrz można było zauważyć, to jednak nie hamowało w nim energii. Sprężyście kierował powierzoną sobie trzódką i wymagał posłuszeństwa. – Gdy powrócił z Hanaczowa, by po krótkim pobycie jeszcze wyjechać w góry, zadzwonił na kleryka. Gdy ten nie zaraz nadszedł, rzekł mi z uśmiechem: «Może się odzwyczaili» i energicznie po raz drugi zadzwonił. Posłuszeństwem swym chociaż nieraz trudnym [...]. Gdy mu O. Prowincjał kazał objąć pieczę nad nowicjuszami, mimo nadwerężonego zdrowia, szczerze zabrał się do pracy, chociaż miał paść na tym posterunku. Gdy o. gwardian zapytywał go, czyby nie powiedział kazania lub Mszy św. zaśpiewał, chętnie przyjmował, chociaż czuł, że sił brakuje, a nawet raz podczas nowenny do św. Antoniego padł zemdlony. – Gdzie posłuszeństwo nie zdecydowało, lub ustawy wymagały własnego zdania, nie oglądając się na wzgląd ludzki, roztropnie lecz śmiało takowe okazywał (o. Alf[ons]). Gorliwie starał się o dusz zbawienie. Chociaż słaby, co dzień spowiadał z godzinę, a czasem kilka godzin. – Lepiej mogłyby to opowiedzieć dusze, które do doskonałości prowadził: – «był dobrym spow[iednikiem]». O grzesznikach nie zapominał, zakłada MI i pragnie zacząć publiczne odczyty, lecz śmierć przecina pasmo jego życia. Kazania miewał proste, zrozumiałe dla wszystkich, chociaż celował w teologii. Nie zrobił przykrości, roztrzepania, nieposłuszeństwa; nie palił, nie pił, nie pysznił się.

[O. Maksymilian Ma Kolbe]


Św. Maksymilian Maria Kolbe, Pisma, Wydawnictwo Ojców Franciszkanów, Niepokalanów 2018.

Dostępne w sprzedaży:

Niepokalanów, 96-515 Teresin

tel. 46 864 22 08

e-mail: wydawnictwo@niepokalanow.pl

www.wydawnictwo.niepokalanow.pl


Oczami św. Maksymiliana (4)

Oczami św. Maksymiliana (3)

Oczami św. Maksymiliana (2)

Oczami św. Maksymiliana (1)



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij