Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Oczami św. Maksymiliana (8). Zakon

28.06.2022 Piotr Bielenin

Franciszkanie.pl | Redakcja portalu

„W wizji zakonu św. Maksymiliana bardzo ważne miejsce odgrywali jego współpracownicy, bracia połączeni węzłem tego samego powołania. O. Kolbe był wobec nich bardzo wymagający, ale potrafił także docenić prawdziwe powołanie poparte pobożnością i pracowitością” – pisze o. Piotr Bielenin w kolejnym odcinku cyklu „Oczami św. Maksymiliana”. Tym razem porusza kwestię znaczenia Zakonu w życiu Maksymiliana Kolbego.

Po powstaniu styczniowym w 1863 r. w całym zaborze rosyjskim zostały skasowane wszystkie klasztory franciszkańskie, jako kara za pomoc powstańcom i działalność patriotyczną. Wszystkich zakonników zmuszono albo do przejścia do stanu lub kleru świeckiego, starszych umieszczono w dwóch klasztorach w Grodnie i Kaliszu, gdzie mieli oczekiwać na śmierć. Zabroniono przyjmowania nowicjuszy i prowadzenia życia zakonnego w jakiejkolwiek formie. Podobna sytuacja miała miejsce w zaborze pruskim pod wpływem polityki Kulturkampfu. Klasztory franciszkańskie przetrwały tylko w zaborze austriackim, choć i one bardzo wiele wycierpiały od zaborcy. Koniec XIX w. był jednak dla prowincji galicyjskiej czasem gwałtownego rozwoju będącego wynikiem wewnętrznej reformy zwanej powrotem do życia doskonale wspólnego. Prowincja była gotowa i duchowo i liczebnie na podjęcie procesu powrotu do opuszczonych pod przymusem miejsc. Taka okazja się nadarzyła po tak zwanej rewolucji 1905 r., której skutkiem był szereg pozytywnych zmian na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim. Pojawiła się możliwość tworzenia polskich instytucji i organizacji społecznych, polskiego szkolnictwa prywatnego, ruchu spółdzielczego, zelżała cenzura, wprowadzono wolność wyznania i dopuszczono używanie języka polskiego w urzędach.  Rząd carski udzielił pozwolenia na pracę misyjną w tak zwanym Królestwie Kongresowym zakonnikom z innego zaboru. W 1907 r. franciszkanie wrócili do Łagiewnik koło Łodzi i stamtąd rozpoczęli zakrojoną na szeroką skalę akcję ewangelizacyjną, przede wszystkim poprzez prowadzenie misji parafialnych w pobliskich miejscowościach. I choć kilka lat później ta działalność przez władze zaborcze została ponownie przerwana, to jednak spełniła swoją rolę. Między innymi sam prowincjał o. Peregryn Haczela (w 1942 r. rozstrzelany przez Niemców w Stanisławowie), takie kazania misyjne głosił w Pabianicach. W czasie jednego z nich wspomniał, że zakon franciszkański przyjmuje do internatu i gimnazjum we Lwowie chłopców, którzy w przyszłości chcieliby być kapłanami franciszkańskimi. Na tym kazaniu byli obecni zarówno Franciszek jak i Rajmund Kolbowie. Po powrocie do domu zaczęli usilnie prosić o pozwolenie na wyjazd do Lwowa i przyszłe wstąpienie do zakonu św. Franciszka. O ile w stosunku do Franciszka pokrywało się to z planami, jakie wobec niego snuli rodzice, od początku przeznaczając go do stanu kapłańskiego, o tyle w stosunku do Rajmunda burzyło to ich plany, bo w ich przekonaniu to on miał odziedziczyć warsztat i zaopiekować się rodzicami na starość. Stałość i intensywność prośby synów i zapewnienie opłat wpisowych i późniejszej opieki przez ks. Włodzimierza Jakowskiego, przyjaciela rodziny, przyniosły jednak skutek i już od września 1907 r. chłopcy rozpoczęli naukę we franciszkańskim gimnazjum we Lwowie. Rok później dołączył do  nich i najmłodszy brat Józef.

Wiadomości z tego czasu zachowało się niewiele. Sam św. Maksymilian pozostawił z tego czasu mało wspomnień. Rajmund wyróżniał się wyjątkowymi zdolnościami w przedmiotach matematyczno-przyrodniczych i zdolnościami konstruktorskimi. Towarzyszyła temu ugruntowana pobożność i stała cześć do Matki Najświętszej. Jak sam wspomina, podczas modlitwy w internacie na chórze, gdzie uczniowie słuchali Mszy świętej, z twarzą na ziemi obiecał Najświętszej Maryi Pannie, królującej w ołtarzu, że będzie walczył dla Niej (obraz ten przywieziony ze Lwowa po drugiej wojnie światowej, obecnie znajduje się w ołtarzu głównym we franciszkańskim kościele w Harmężach, wcześniej, do lat dziewięćdziesiątych wisiał w auli seminaryjnej św. Franciszka w krakowskim klasztorze). Jak sam podkreśla, nie wiedział wtedy dokładnie na czym ta walka miałby polegać, ale wyobrażał sobie, że orężem materialnym. Być może widział siebie na wzór polskich rycerzy z ryngrafami z Maryją na piersiach.

Jak widać, udzieliła mu się też wciąż przybierająca na sile patriotyczna atmosfera Lwowa. Wyniesione z domu wychowanie tutaj nabrało dodatkowych impulsów. Marzyły mu się czyny wojenne przyczyniające się do wyzwolenia Ojczyzny spod panowania zaborców. Po wielu rozterkach ostatecznie podjął nawet decyzję o wstąpieniu do wojska, aby w ten sposób móc skutecznie walczyć o niepodległość Polski. Kiedy nadszedł wreszcie czas wyboru dalszej drogi życia, bo trzeba było zdecydować o wstąpieniu do nowicjatu, postanowił niezwłocznie poinformować o swoich militarnych planach przełożonych zakonnych. Co więcej, zachęcał do tego także starszego brata Franciszka, zdecydowanego wstąpić do nowicjatu. Wtedy miało miejsce wydarzenie wręcz opatrznościowe, zresztą takim go postrzegał sam o. Kolbe w swoim wspomnieniu zapisanym w liście z kwietnia 1919 r. do matki Marii Kolbe, w którym wyrażał żal z powodu porzucenia zakonu przez starszego brata Franciszka. „Najdroższa Mamo. Z wielką pociechą i smutkiem zarazem przeczytałem list Mamy z 23 lutego, jak to Mama może sobie sama wyobrazić. Biedny Franuś... Nie mogę pojąć miłosierdzia Bożego nade mną... On pierwszy prosił o przyjęcie do Zakonu... Razem przyjęliśmy pierwszą Komunię św., sakrament bierzmowania; razem w szkole; razem w nowicjacie; razem złożyliśmy profesję sympliczną... Przed nowicjatem ja raczej nie miałem chęci prosić o habit i jego chciałem odwieść... i wtedy była ta pamiętna chwila, kiedy idąc do O. Prowincjała, aby oświadczyć, że ja i Franuś nie chcemy wstąpić do Zakonu, usłyszałem głos dzwonka – do rozmownicy. – Opatrzność Boża w nieskończonym miłosierdziu swoim przez Niepokalaną przysłała w tej tak krytycznej chwili Mamę do rozmownicy. – I tak potargał Pan Bóg wszystkie sieci diabelskie. – Już 9 lat prawie upłynęło od tej chwili; z trwogą i z wdzięcznością ku Niepokalanej, narzędziu miłosierdzia Bożego, myślę o tej chwili. – Co by się stało, gdyby Ona nie podała wtedy swej ręki... On (Franuś) przykładem mnie pociągnął do tego portu zbawienia; ja chciałem wyjść i jego odwieść od nowicjatu... a teraz... Codziennie oddaję go w «Memento» Mszy św. Niepokalanej i ufam (jak i Mama), że prędzej czy później Ona wybłaga u miłosierdzia Bożego zmiłowanie” PMK 23 (t.1, s. 58).

Opisywane wydarzenie przypomina, bardziej niż rzeczywistość, scenę filmową, kiedy to dopiero w ostatnim momencie losy bohatera zostają odwrócone. Nie należy jednak wątpić w opisaną przez św. Maksymiliana historię, w której wręcz mówi, że przez Niepokalaną Pan Bóg potargał wtedy wszystkie sieci diabelskie. Otóż, podczas drogi do Prowincjała, aby zakomunikować swoją decyzję o odejściu, usłyszał dzwonek i został wezwany do rozmównicy klasztornej. Okazało się, że przyszła jego matka poinformować synów, że razem z ojcem zdecydowali o ofiarowaniu życia panu Bogu. Ojciec jako tercjarz w Krakowie, a matka jako oblatka u benedyktynek we Lwowie. Wobec tego faktu i on wraz ze swoim bratem Franciszkiem postanowił jednak prosić o przyjęcie do nowicjatu, w którym otrzymał imię Maksymilian. Zastanawiająca jest rola jego starszego brata Franciszka, w zakonie br. Waleriana, który wraz z wybuchem pierwszej wojny światowej porzucił zakon dla służby wojskowej i nigdy już do niego nie powrócił. Czy Opatrzność Boża chciała go u franciszkanów właśnie na ten moment, aby umocnił brata i skłonił do podjęcia życia zakonnego? Nie wiadomo, ale właśnie w tym najpotrzebniejszym momencie kryzysu młodszego brata, to on stał się dla niego wsparciem i przewodnikiem. (O skomplikowanych losach Franciszka Kolbe można przeczytać we wcześniejszej części cyklu „Oczami św. Maksymiliana”).

Ostatecznie Rajmund wybiera habit franciszkański i 4 września 1910 r. rozpoczyna nowicjat. Razem z habitem otrzymuje nowe imię – Maksymilian. Imię to pochodzi od łacińskiego przymiotnika maximus, co znaczy po polsku: największy, najwyższy, najważniejszy, najznakomitszy, maksymalny. Imię, które stało się dla niego programem życia. Nie zapominał jednak o złożonej przysiędze walki dla Niepokalanej, poinformował o niej magistra nowicjatu o. Dionizego Sowiaka, który zamienił mu to postanowienie na jedno Pod Twoją obronę codziennie i choć, jak sam św. Maksymilian pisze, później zrozumiał o jaką walkę chodziło, temu zobowiązaniu pozostał zawsze wierny. Por. PMK 1105 (t.2, 559).

W czasie rocznego nowicjatu br. Maksymilian zapoznaje się z historią i duchowością zakonu franciszkańskiego i życiem według ślubów zakonnych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Decyduje się zachowywać je według Reguły św. Franciszka z Asyżu i 5 września 1911 r. przyrzeka to Bogu na ręce prowincjała o. Peregryna Haczeli, tego samego, który był pierwszym franciszkaninem, którego spotkał w życiu. W ciągu tego roku próby pogłębia swoje nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny i wiele pracuje nad sobą. Szczególnie zwalcza w sobie skłonność do pychy i przezwycięża miłość własną, a także skłonności do skrupulanctwa. Kiedy w 1912 r., już jako zakonnik, kończy szkołę średnią, przełożeni, biorąc pod uwagę zalety jego umysłu i charakteru oraz przywiązanie do zakonu, wysyłają go na dalsze studia do Rzymu.

Wydaje się, że było to już kolejne opatrznościowe wydarzenie w jego życiu.  Na studiach w Rzymie, zastał go wybuch pierwszej wojny światowej. Jak to już wspomniano, jego starszy brat Franciszek, w zakonie br. Walerian, ogarnięty patriotycznym zapałem walki zbrojnej o wolną Ojczyznę, z całą grupą innych współbraci kleryków, zarówno z klasztoru krakowskiego jak i lwowskiego, porzucił wtedy zakon, wstąpił do legionów i wyruszył na front. Co zrobiłby br. Maksymilian gdyby przebywał wtedy w Polsce? Czy i on wyruszyłby na front? Czy już był na tyle dojrzały, uformowany i świadomy, że Pan Bóg i Niepokalana mają dla niego inne plany, że inne jest pole, na którym przyjdzie mu walczyć, że jego życiowym powołaniem jest to zakonne? To chyba nieistotne rozważanie ściśle teoretyczne. Ważne to, co rzeczywiście wydarzyło się dalej.

Z czasów rzymskich w Kolegium Seraphicum zachowało się niewiele listów św. Maksymiliana, są one adresowane w znacznej większości do matki. Dotyczą przeważnie wydarzeń związanych z jego studiami i postępami w formacji zakonnej. Cenił jednak br. Maksymilian ten czas, jak to wyraża w liście napisanym już z Polski do br. kleryka Ioana Gârleanu: „Wiadomości z Kolegium są mi bardzo cenne, gdyż tam spędziłem wielką część swego życia zakonnego, dlatego bardzo dziękuje” PMK 26c (t.1, s. 69). To pobyt w Rzymie, centrum Kościoła i Zakonu, ukształtował jego myślenie i postrzeganie sposobu realizacji jego powołania zakonnego i kapłańskiego. Widzialnym tego owocem było założenie Rycerstwa Niepokalanej i pragnienie zdobycia świata dla Chrystusa przez Niepokalaną, które dla niego samego i współbraci stało się zasadą życia zakonnego i apostolskiego.

Tak pisał z Rzymu do swego młodszego br. Alfonsa, wtedy kleryka franciszkańskiego seminarium w Krakowie: „Mama mi przysłała Twój list napisany do Niej 13 lutego. Chwała Panu Bogu i cześć Niepokalanej za wszystkie łaski, które my niegodni otrzymujemy. Cieszy mnie bardzo, że czujesz zapał dla Bożej chwały, jest bowiem w naszych czasach największą zarazą obojętność, która nie tylko między świeckimi, ale także pomiędzy zakonnikami znajduje swoje ofiary, ma się rozumieć w rożnych stopniach. A przecież Pan Bóg jest godzien chwały i to nieskończonej. My biedne skończone stworzenia, nie mogąc Mu dać tak wielkiej chwały, jak tego jest godzien, starajmy się przynajmniej o ile możemy, jak najwięcej do Bożej chwały się przyczynić. – Jak to już wiesz (szczególnie z etyki) chwała Boża polega (est realiter idem) na zbawieniu dusz; zbawienie więc i uświęcenie jak najdoskonalsze jak najwięcej tych dusz, co P[an] Jezus tak drogo swą śmiercią na krzyżu odkupił (rozpocząwszy od własnej) jest naszym wzniosłym ideałem życia i to, aby przez to jak najwięcej przyjemności sprawić Przen[ajświętszemu] Sercu P[ana] Jezusa. […] Najpiękniejszą i najprawdziwszą księgą, gdzie można bez końca zgłębiać tę miłość, aby ją naśladować, jest Ukrzyżowany. – Wszystko zaś o wiele łatwiej uzyskamy od Boga przez Niepokalaną” PMK 24 (t. 1, s. 60).

O. Maksymilian w historii Zakonu odnajdywał wybitnych braci, którzy mogą być wzorem jak przeżywać swoje powołanie franciszkańskie. Dlatego zabiegał o popularyzowanie ich sylwetek, a także o rozwój kultu, wielu z tych, którzy z czasem zostali stopniowo zapomniani. Pisał do prowincjała: „Może są to utopie młodej fantazji, ale mi się zdaje, że w ten sposób [przez ustanowienie odpowiednich postulatorów – przyp. PB] sprawy naszych Sług Bożych posuwałyby się szybko naprzód (o ile to będzie Bożą Wolą), a kto wie, ile szczerych powołań rozbudziłby rozgłos ich cnót i czci wśród polskiej młodzieży. – A może by N. O. Prowincjał, jeżeli to uważa za stosowne, wspomniał o tym na kapitule?” PMK 48 (t.1, s. 142).

Także wśród osób sobie współczesnych widział takie postacie. (Zostały wspomniane w jednym z odcinków „Oczami św. Maksymiliana”). Wyjątkową osobą był dla niego o. Wenanty Katarzyniec (któremu poświęcony jest także specjalny odcinek). Zanotował w liście do br. kleryka Alfonsa Kolbego: „Pisał mi O. Magister z Krakowa, że o. Wenanty umarł. Sądzę, że wszyscy widzą w Nim zakonnika wzorowego. Dlatego nie będzie od rzeczy pozbierać trochę świadectw (dokumentów) i jeżeli N[ajprzewielebniejszy] O. Prowincjał na to pozwoli, skreślić biografię zmarłego, zwłaszcza że ludzie świeccy mają nieraz najdziwaczniejsze pojęcia o tym, co się dzieje «za furtą klasztorną», a i nie brak takich, którzy myślą, że w praktyce zakonnicy nie zachowują tego, co ich przepisy nakazują, bo to – jest niemożliwe. Taka więc biografijka rozjaśniłaby wiele umysłów i rozbudziła kto wie ile powołań uśpionych” PMK 44 (t.1, s. 135).

Na temat o. Wenantego pisze w „Kalendarzu Rycerza Niepokalanej” z roku 1925: „Mówią, że dzisiaj świętych nie ma albo że gdzieś do Francji albo do Włoch trzeba się wybrać, aby spotkać się z ludźmi, których jeszcze za życia świętymi i nie bez przyczyny zowią. Nieprawda – dość bacznie rozglądnąć się dookoła siebie i zbliżyć się do ludzi, a przyznać wypadnie, że i na naszej polskiej ziemicy żyją dusze, noszące na sobie żywy obraz Boga. Miałem i ja szczęście poznać taką duszę i, choć nie było mi dane dłużej z nią obcować, wywarła ona jednak na mnie wrażenie niezatarte, a jest to o. Wenanty Katarzyniec, franciszkanin” PMK 996 (t. 2, s. 354).

I wreszcie parę słów św. Maksymiliana skierowanych do o. Melchiora Fordona, gdy ten był już ciężko chory: „O. Fordonowi powiedz, że go proszę, by w niebie starał się o «Rycerza» i jemu dopomagał” PMK 121 (t. 1, s. 247). „Pozdrowienie […] o. Melchiorowi tym bardziej z prośbą o modlitwę w niebie, no i teraz też, bym Niepokalanej nie bruździł” PMK 126 (t. 1, s.254). Wymowne są również słowa, które zapisał po otrzymaniu wiadomości o śmierci o. Melchiora: „Telegram o pogrzebie śp. o. Melchiora otrzymaliśmy i dzisiaj obydwaj odprawialiśmy za niego Msze św. Opisu szczegółów oczekuję. Dla Wydawnictwa nowa to strata na ziemi, ale też nowy zysk w niebie” PMK 132 (t. 1, s. 259). „Jak się spodziewałem, list z Grodna przyszedł. O. Melchior na pewno i w niebie o «Rycerzu» nie zapomni, boć on do Wydawnictwa jako doradca i spowiednik też należał. Ile razy umacniał mnie i zachęcał do dalszej pracy dla Niepokalanej, gdym strapiony i prawie że upadły na duchu do niego zachodził” PMK 135 (t. 1, s. 262).

Wydaje się, że tę listę „świętych” z jego otoczenia można by poszerzyć przynajmniej jeszcze o o. Alfonsa Kolbego, a także br. Alberta Olszakowskiego. Świadczy o tym następujący tekst o. Kolbego: „Wzmocnijcie ofensywę modlitwy w sprawie trzeciego Niepokalanowa. Niektórzy mówią czwartego, bo nie bez racji twierdzą, że już istnieje też Niepokalanów w niebie, gdzie gwardianem jest Niepokalana, a robotnikami o. Fordon, o. Wenanty, o. Alfons, br. Albert itd.” PMK 378 (t. 1, s. 554).

Warto się zastanowić jak to się stało, że ówczesne  środowisko franciszkańskie stworzyło tak sprzyjające warunki do budowania świętości, bo przecież do wymienionych tutaj osób należy dołączyć jeszcze błogosławionych franciszkańskich męczenników drugiej wojny światowej, którzy w większości byli współpracownikami św. Maksymiliana. Mam nadzieję, że dalsze wywody pomogą odpowiedzieć na to pytanie przynajmniej w odniesieniu do o. Kolbego.

Budowanie świętości, a ściślej uświęcenie jest zadaniem indywidualnym zakonników i nie tylko, ale też nie jedynym zadaniem. Istotna jest bowiem także pomoc w uświęcaniu innych. Jest to również celem działania Rycerstwa i zadaniem tych, którzy przez powołanie należą do Niepokalanej. Pisze o tym wyraźnie o. Kolbe w liście do o. Quirico Pignalberiego, jednego ze współzałożycieli MI, omawiając Regulamin Rycerstwa: „Cel: Starać się o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków, żydów itd., a zwłaszcza masonów i o uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem N[ajświętszej]M[aryi]P[anny] Niepokalanej” PMK 21 (t. 1, s. 56). Nawiasem mówiąc o. Quirico też jest kandydatem na ołtarze. 3 marca 2016 r. papież Franciszek pozwolił na ogłoszenie dekretu przyznającego mu tytuł Czcigodnego Sługi Bożego.

Podobnie o tym ideale pomocy do uświęcania pisał w Liście okólnym do braci z Niepokalanowa, rozproszonych przez wojnę, aby im przypomnieć: „Wprawdzie i osobno każda Jej [Niepokalanej] oddana dusza i inne bratnie dusze do Niej pociągnąć może, ale jako zakonnicy mamy prawo i obowiązek przebywać w klasztorze i wspólnie przez doskonałe praktykowanie ślubów zakonnych i sami się uświęcać, i innych do uświęcenia pociągać” PMK 777 (t. 1, s. 1051). Z wielkim zapałem, a wręcz z naglącym przypomnieniem wagi tego zadania, pisze w liście do o. Kornelego Czupryka, prowincjała: „Teraz, gdy duch zły nie czeka, ale planowo i szybko działa, nie możemy z jakichkolwiek powodów przystanąć: chodzi tu bowiem o dusze, o zdobycie całego świata i każdej duszy z osobna Niepokalanej, o uświęcenie wszystkich dusz przez Niepokalaną aż do końca świata, a szkoda i jednej duszy: za poważna więc sprawa. […] Przez 7 wieków walczyliśmy o uznanie prawdy Niepokalanego Poczęcia i walka ta została uwieńczona ogłoszeniem dogmatu i objawieniem Niepokalanej w Lourdes, teraz kolej na drugą część historii: posianie tej prawdy w duszach, dopilnowanie rozrostu i przyniesienie owocu świętości. I to we wszystkich duszach, które są i będą aż do skończenia świata” PMK 431 (t. 1, s. 623). Cóż, pozostaje nam sobie postawić pytanie o naszą gorliwość w tym względzie.

Nawet gdy to trudne, o. Maksymilian chce stworzyć choćby namiastkę klasztoru, dlatego pisze do braci, którzy przez Rosję, koleją mają dotrzeć do Nagasaki: „Co do przejazdu chciałbym dodać, że gdy jedzie mniej niż czterech jest trochę kłopotu, bo przedział przez Bolszewię składa się z czterech miejsc; więc trzeba być przygotowanym (jeśli jest mniej), że dodadzą kogo innego: mężczyznę czy niewiastę i to na dzień i noc, przy tym mogą być to ludzie rożni. Trzeba się więc bardzo potem krępować. A w czwórkę to zamyka się drzwi i można modlić się i rozmyślać i podział dnia zakonny przez te 8 dni zachować” PMK 271 (t.1, s. 393n).

O. Maksymilian był świadomy, że tak jak zakonnik codziennie potrzebuje nawrócenia, tak i zakon ciągle wymaga odnowy. Dlatego po powrocie do prowincji był tym żywo zainteresowany i mocno popierał dążenie do reformy zakonu. To o. Kornel Czupryk był inicjatorem ruchu w prowincji dążącego do podniesienia ducha zakonnego, m.in. przez przygotowanie nowych konstytucji zakonnych i przez podniesienie poziomu studiów w zakonie. Św. Maksymilian Wspólnie z o. Kornelem Czuprykiem ułożył program odnowy zakonu:

PMK 950 (t. 2, ss. 301n)

Grodno, 7 X 1923

[Program odnowy Zakonu]

1) Gorliwe zachowywanie ustaw zakonnych, a zwłaszcza:

a) doskonałe życie wspólne i ścisłe zachowanie ubóstwa;

b) ślepe posłuszeństwo Przełożonym Zakonu w myśl ustaw;

c) unikanie słów nawet lekko obrażających czystość;

d) codzienne rozmyślanie rano i wieczór (możliwie wspólne);

e) codzienny rachunek sumienia ogólny i szczegółowy;

f) dyscyplina w piątki.

2) Zupełne powstrzymanie się od wódki.

3) Gorliwa praca (nie obliczana na wynagrodzenia) nad zbawieniem i uświęceniem dusz (w konfesjonale, na kazalnicy itd.).

4) Gorące, a dziecięce nabożeństwo do N[ajświętszej] Maryi P[anny] Niepokalanej.

Stąd wedle przywileju Msza św. de Immaculata w soboty (mimo «duplex»).

Patronką naszą NMP Niepokalana.

(Punkty obmyślane w czasie uroczystości św. O. Franciszka, a ustalone w dzień N[ajświętszej] M[aryi] Panny Różańcowej 1923 r.).

br. Maksymilian Ma Kolbe

fr. Cornelius Czupryk

Koło, dążące do odrodzenia zakonu, do którego należał św. Maksymilian, na pierwszym miejscu swego programu stawiało ułożenie nowych konstytucji, które miały być dostosowane do nowego wówczas Kodeksu Prawa Kanonicznego, a także bardziej odpowiadać duchowi św. Franciszka i potrzebom bieżącego apostolstwa.

Tak zwracał się w liście z 1924 r. do swego brata, wtedy już kapłana o. Alfonsa: „Jak już może pisałem uprzednio, zdaje mi się, że winniśmy, nie czekając na nowe konstytucje, już teraz przed kapitułą przy wzajemnym porozumieniu ustalić podstawy programu sanacyjnego. W miarę zaś wzmożenia się wpływów będzie można ten program doskonalić i kompletować. Sądziłbym, że ustalić go można w ten sposób: kółko lwowskie, wziąwszy pod uwagę dotychczasową korespondencję od innych członków (np.: wskazówki o. Bronisława), skleciłoby szereg punktów. Te rozesłałoby wszystkim, by wydali swoją o nich opinię i ewentualnie porobili swoje poprawki czy dodatki. Otrzymawszy odpowiedzi, o ile zdania w niektórych punktach będą rozstrzelone albo myśli nowe, to jeszcze z raz wnioski wszystkich złączone w jedno powędrowałyby do oceny. Tak zebrałoby się cały arsenał myśli, poglądów itd. Następnie musiałby kto przysiąść, położyć przed siebie kodeks, konstytucje, dekrety itd. i całość przejrzystą sporządzić. Albo raczej, jeżeli chodzi o zmiany kodeksowe lub [wynikające z] późniejszych dekretów, to jeszcze lepiej byłoby gdyby taki np. o. Bonawentura to uzgodnienie już przez owe dekrety i kodeks zrobione, jasno zebrał jako ramy, poza które odsuwać się już nie możemy. Uprościłoby to późniejsze dostosowanie do dążeń i poglądów innych. Po skonkretyzowaniu choćby tylko zasadniczych, ale jasnych podstaw, należałoby pomyśleć, jak to wszystko wprowadzić, co na tej, a co na innych kapitułach i wedle oznaczenia materiału dla danej kapituły przygotować w cztery oczy jednego po drugim z ojców definitorów i zapewnić sobie większość, by sprawy te nie były dla nich nowością, gdy zasiądą do obrad, ale żeby większość rozumiała już potrzebę i konieczność danych reform i była zdecydowana za tym głosować. To kilka mych myśli; być może, że nie są one praktyczne, ale «videatis et vos». Tak pomału przeforsujemy wszystkie punkty programu. Gdyby zaś konstytucje nowe zanadto oddalały się od franciszkańskiego Ubóstwa (boć to nasz charakter), to poprosimy o ich rewizję” PMK 75 (t.1, s. 176).

Jako ciekawostkę można dodać, że przygotowywane konstytucje miały rozstrzygnąć sprawę koloru habitu, który wcześniej wynikał z tradycji i praktyki, a nie z przepisów prawnych. Przeprowadzono w całym zakonie ankietę na ten temat, w której o. Maksymilian wypowiedział się tak: „Czym ja już odpisał, czy jeszcze nie na list w sprawie habitu? Między listami dla odpowiedzi go nie ma, a nie przypominam, czym odpisywał. Taki nawał roboty przy tym kalendarzu, że cały stos listów się uzbierał do odpowiedzi. Inne zostały załatwione w administracji. Jeżelim nie pisał to: Nie bardzo mi się uśmiecha habit popielaty i to dlatego, że: 1) u nas ludzie przyzwyczaili się do Franciszkanów w czarnym habicie; 2) jest on mniej odróżniający, dlatego bardziej umożliwia zbliżenie się do ludzi; 3) św. O. Franciszek właściwie nie bardzo kładł nacisk na kolor habitu, ale używał odzienia, które nosili ówcześni biedni pasterze we Włoszech; chodziło więc raczej o to, by odzież była uboga, a nie tyle o taki lub inny kolor. 4) Wreszcie u nas jest jeszcze racja szczególna, bo u nas rozsiedli się księża kozłowici (czyli duchowni kościoła mariawickiego, będącego w braki łączności z kościołem katolickim), którzy właśnie w popielatym paradują stroju. Ile by więc mogło się zdarzyć nieporozumień, przykrości i może przeszkody w sprawności apostolskiej pracy. Nie chciałbym przez to coś decydować, ale i tutejsi ojcowie i o. Florian podobnie myślą” PMK 99a (t.1, s. 209).

Po długiej i wytężonej pracy kapituł generalnych w 1924 r. i 1930, jak również specjalnej komisji powołanej przez kapitułę generalną w 1924 r., tekst konstytucji został przejrzany i ulepszony stosownie do polecenia św. Kongregacji Zakonów z 26 VI 1918 i wymagań bieżących czasów, a następnie przedstawiony 29 VIII 1931 do zatwierdzenia Stolicy Apostolskiej, która wydała dekret zatwierdzający 14 VII 1932. Nowe konstytucje promulgował jako obowiązujące generał o. Domenico Tavani dnia 2 VIII 1932. Por. PMK 44 (t.1, s. 135) przypis 7.

W tym czasie o. Maksymilian już w pełni prowadził swoją działalność wydawniczą i misyjną pod sztandarem Niepokalanej. Nieustannie przypominał braciom i zakonowi, że Niepokalana, ta nić złota przez wszystkie wieki istnienia naszego Zakonu” PMK 82 (t.1, s. 187). „Bardzo mnie cieszy Wasza gorliwość, Bracia drodzy, w służbie Pierwszej Patronki naszego Zakonu, Niepokalanej, bo św. Alfons opowiada, że [św. Franciszek Borgiasz] badał, którzy z nowicjuszy (i kleryków) mają szczególne nabożeństwo do N[ajświętszej] Maryi Panny, a którzy nie, i wedle tego wyrokował o ich wytrwaniu i nigdy się nie pomylił. Miłość więc dziecięca ku Niepokalanej to błoga nadzieja wytrwania w Zakonie, a także wedle zdań świętych rękojmia zbawienia” PMK 94b (t.1, s. 201) – pisał do kleryków franciszkańskich we Lwowie.

Już w początkach wydawania „Rycerza Niepokalanej” dbał o ukazywanie sprawy Niepokalanej jako kluczowej dla tradycji zakonu franciszkańskiego: „Gdyby kto napisał na grudzień artykuł wstępny pod tytułem «Niepokalana a Franciszkanie», w którym sięgnąłby do kolebki naszego Zakonu, przebiegł wieki naszego istnienia i skończył na Milicji, to byłbym bardzo wdzięczny, gdyż nie mam tu biblioteki, by w minione wieki zaglądnąć” PMK 83 (t.1, s. 187). „Nasz Zakon od swej kolebki w specjalny sposób kultywował cześć względem Niepokalanej i o nią walczył, i zwyciężył (niezasłużenie, lecz został do tego wybrany) przez ogłoszenie dogmatu” PMK 98a (t.1, s. 207).

Co więcej, był przekonany, że Rycerstwo Niepokalanej jest szczególnym darem Kościoła dla Zakonu franciszkańskiego. „Jako Konwentualni w odróżnieniu od Kapucynów i Obserwantów otrzymaliśmy od Stolicy Apostolskiej władzę erygowania u siebie «Rycerstwa Niepokalanej» dla osiągnięcia wytkniętego celu. Przeto uważam, że Zakon jako taki (nie poszczególni zakonnicy) ma nie tylko prawo, lecz również obowiązek osiągania tego celu, a w miarę zaniedbywania go ponosi również winę. Zamiary likwidacji charakteru Niepokalanowa – z powodu ważności sprawy – byłyby u tych, którzy się na to ośmielają, grzechem ciężkim... Dla osiągnięcia celu «Rycerstwa Niepokalanej» potrzebni są zakonnicy całkowicie temu oddani, potrzebne są konwenty i grupy konwentów. Nasze czasy są czasami specjalizacji, dlaczego więc specjalizacja w tej sprawie miałaby być niebezpieczna, czy [byłby to] inny Zakon? A ci, którzy oddają się pracy w tych domach (konwentach), powinni być odpowiednio przygotowani” PMK 421 (t.1, s. 613)

Nie mógł zrozumieć argumentów tych, którzy chcieli widzieć w służbie Niepokalanej element obcy dla tradycji franciszkańskiej i przeciwstawiali go choćby ruchowi tercjarskiemu. Odpowiadał: „Przecież Niepokalane Poczęcie jest naszą rzeczą, perłą naszego Zakonu i o tyle szczęśliwszą u nas od tercjarstwa (quoad externa), że III Zakonem kieruje każda z gałęzi franciszkańskich albo, moim zdaniem nieszczęśliwie sklecona, Rada Główna, a tu przez łaskę Niepokalanej my i tylko my Franciszkanie. Pod tym hasłem możemy rozwinąć działalność po całej Polsce, a w sprawie tercjarskiej musimy się liczyć z tercjarzami kapucyńskimi, reformackimi, bernardyńskimi i zresztą nie każdy może być tercjarzem, a rycerzem Niepokalanej każdy. «Pochodnia» (Pochodnia Seraficka, była wydawanym w prowincji periodykiem tercjarskim) więc musi zawsze być gościem, a «Rycerz» gospodarzem w Wydawnictwie, a nie odwrotnie” PMK 107 (t.1, s. 223).

Jak w wielu sprawach miał tutaj podejście maksymalistyczne i wręcz uważał, że w ostateczności sprawa Niepokalanej doprowadzi nie tylko do odnowy Zakonu, ale i do zjednoczenia podzielonej rodziny franciszkańskiej: „Co do celów i zadań Niepokalanowa na przyszłość, to i ja niewiele widzę, ale zdaje mi się, że ma on urzeczywistnić cel MI, tj. podbić cały świat i każdą duszę z osobna, które są i będą, Niepokalanej. Że Ona jako «Pośredniczka wszelkich łask» nie tylko może i pragnie dać łaskę nawrócenia i uświęcenia czasem i gdzieś, ale chce odrodzić wszystkie dusze, a także nasz Zakon. Zdaje mi się też czasem, że pod Jej sztandarem staną gorliwi członkowie wszystkich gałęzi franciszkańskich i tak staniemy się nie tylko historycznie pierwszymi, ale i duchowo. Że Jej sztandar będzie zatknięty też na Kremlu itp.; słowem, że Ona naprawdę będzie Królową każdego serca i wprowadzi do każdego serca miłość Bożą, Serca Jezusowego. Czyli że cel MI będzie osiągnięty. I jeżelibyśmy my nie odpowiedzieli wezwaniu Niepokalanej, potrafi Ona użyć innych. I że obowiązkiem naszym jest współpracować z Jej Wolą. Dziwię się czasem, dlaczego Niepokalana nie dała sprawy MI Bernardynom lub Kapucynom, przecież oni tak samo mogą powoływać się na tradycję franciszkańską jak i my, a przy tym są o wiele więcej rozgałęzieni po świecie, więc łatwiej mogliby rozwinąć Jej sprawę. Tacy OO. Kapucyni w samych północnych Indiach np. mają w trzech rożnych miastach 3 drukarnie. Ponadto OO. Kapucyni mają nawet w swoim herbie Niepokalaną i starają się szczerze o ideał franciszkański. Dlaczego więc Niepokalana nam tę sprawę powierzyła? Może ma względem nas zamiary dotyczące także odrodzenia i może nawet pewnego złączenia gałęzi franciszkańskich, by łatwiej pod Jej berło świat podbić?... Nie wiem. Ale przy pierwszym numerze «Rycerza» w Krakowie rożne gałęzie współpracowały” PMK 303 (t.1, s. 440n). „Niech będzie więcej Prowincji i Komisariatów w Zakonie i daj Boże, by takie Komisariaty i Prowincje Niepokalanej tak się jak najprędzej rozmnożyły, by były w stanie na kapitule generalnej włączyć dyplomik MI do Konstytucji. Ta chwila będzie przełomowa dla Zakonu, bo odtąd rozrost będzie taki szybki i silny, jak obecnie Niepokalanowa. I gdy miniemy liczbę członków 100 000, a duchem bardziej się zbliżymy do św. O. Franciszka niż Bernardyni i Kapucyni, oni utracą rację bytu i powrócą do nas, jako pierwszych nie tylko historycznie, ale i duchowo, a wtedy co za robota po całym świecie pod sztandarem Niepokalanej. Oczywiście, o ile Niepokalana tak zechce” PMK 426 (t.1, s. 618).

Można się tylko zastanowić co by było z tą wizją gdyby nie druga wojna światowa i przedwczesna śmierć św. Maksymiliana.

Jedną z charakterystycznych cech życia zakonnego dla o. Maksymiliana była praca. Pisał w liście do jednego z czytelników: „Zapewne reszta «Rycerza» czerwcowego już dawno doszła. Opóźnienie było ogólne i pochodziło z choroby kierownika drukarni (brata zakonnego) i innych trudności. Dodałem brata zakonnego, gdyż u nas pracują sami zakonnicy, kontynuując tradycję wieków dawniejszych, kiedy to w murach zakonnych przepisywano rękopisy” PMK 97 (t.1, s. 205). A także w urzędowej korespondencji do wojewody warszawskiego:  „Celem naszej pracy, nawet prasowej, w Niepokalanowie jest jedynie szerzenie kultu Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej, co uważamy za skuteczne lekarstwo przeciw szerzącej się dziś zastraszająco zarazie niemoralności prywatnej i publicznej; nigdy zaś celem naszym nie był ani będzie zarobek lub zarobkowe przedsiębiorstwo. Dowodem: choćby już ta niezwykle niska cena wydawanego przez nas miesięcznika «Rycerz Niepokalanej» 15 groszy [za] egzemplarz o 32 stronach z kolorową okładką, rocznie zaś 1,50 zł. A nawet i tej drobnej kwoty nie uważamy za cenę, gdyż w pracy naszej kierujemy się zasadą służenia każdemu i przesyłania numerów pisma wszystkim, którzy sobie tego życzą, bez względu na to, czy i ile zapłacić mogą. Na pokrycie zaś kosztów przyjmujemy dobrowolne ofiary, sami mieszkamy w drewnianych barakach, żyjemy z jałmużny i odmawiamy sobie najbardziej nawet prymitywnych udogodnień – i obok naszych ćwiczeń zakonnych – sami nad wydawaniem pisma się trudzimy, pracując niejednokrotnie nad siły w duchu powołania naszego: byle jak najwięcej nieśmiertelnych dusz dla Niepokalanej zdobyć i tak je podźwignąć i naprawdę uszczęśliwić. Nie zatrudniamy żadnych świeckich robotników w żadnym dziale pracy, bo i nie stać nas na to, a równocześnie zamówień z zewnątrz żadnych nie przyjmujemy: nie mamy bowiem zamiaru stanowić zakładu graficznego w pojęciu prawnym” PMK 149 (t.1, s. 278).

Ogromną rolę w życiu zakonnym, w zgodzie z tradycją franciszkańską dla o. Kolbego odgrywało ubóstwo. Jak wyglądało u niego w praktyce? Wystarczy pooglądać zdjęcia z Niepokalanowa czy z Nagasaki. O ubóstwie św. Maksymilian również często mówił, wręcz walczył o jego zachowanie w Niepokalanowach, tak jak we wspomnianym powyżej liście na temat odnowy konstytucji czy w korespondencji z Nagasaki do o. Prowincjała Kornelego Czupryka w 1930 r.: „Napisałem o. Florianowi [Koziurze, gwardianowi Niepokalanowa] osiem stron, by strzegł celu Niepokalanowa: spraw Niepokalanej i jego charakteru ubóstwa… ubóstwa świętego tykać nie można, bo tylko i jedynie w tym ściśle franciszkańskim charakterze może się mierzyć z pełnymi trzosami sługusów szatana, tylko bezdenna kasa Opatrzności Bożej może pokryć olbrzymie koszty walki o zdobycie całego świata dla Niepokalanej” PMK 264 (I, 386).

Wyrazem ubóstwa zakonnego, a równocześnie zaufania Bożej Opatrzności było ciągłe rozwijanie działalności apostolskiej bez zważania na zabezpieczenia pieniężne. (Kłopotom finansowym o. Maksymiliana poświęcony jest specjalny odcinek naszej serii).

Oczywiście ta wizja zakonu, jaką miał św. Maksymilian nie była łatwa do przeprowadzenia. Pisma pokazują problemy, z którymi musiał się borykać na co dzień. Te przeciwności nie ograniczały się tylko do spraw materialnych czy technicznych, nie brakowało ludzi, i to także w Zakonie franciszkańskim, którzy nie rozumieli idei o. Kolbego i dobrze kiedy byli wobec niej tylko obojętni, bo niestety nie brakło również i takich, którzy go jawnie zwalczali, uważając jego działalność za prymitywną i szkodliwą. Na szczęście nie brak było i tych, którzy rozumieli jego marzenia i je podzielali.

W wizji zakonu św. Maksymiliana bardzo ważne miejsce odgrywali jego współpracownicy, bracia połączeni węzłem tego samego powołania. O. Kolbe był wobec nich bardzo wymagający, ale potrafił także docenić prawdziwe powołanie poparte pobożnością i pracowitością. Jako przykład można przytoczyć sprawę br. Ewarysta Biegasa, który chciał być w Zakonie franciszkańskim, zgłosił się do Grodna i gorliwie pracował w wydawnictwie, pojawiły się jednak kłopoty zdrowotne.

Pisał o. Maksymilian z leczenia w Zakopanem do swego br. Alfonsa w poufnym liście z nagłówkiem „Tylko dla Ciebie”:  „Dziś list i kartkę otrzymałem i zaraz naprędce piszę, by uprzedzić odpowiedź N[ajprzewielebniejszego] O. Prowincjała. Chodzi mi o br. Ewarysta i boję się, by czasami O. Prowincjał nie kazał mu powrócić do domu dlatego, że chory i nie tak dawno wstąpił. Gdyby N. O. Prowincjał tak odpisał, napisz, że: 1) Choroby mógł on się bardzo łatwo nabawić i b[ardzo] prawdopodobnie nabawił w klasztorze, bo: a) o. Fordon przy 3 dziurach w płucach jest bardzo udzielającym. Lekarz tu mówił, że i wszystkich (zwłaszcza młodych) zarazić jeden może; b) br. Ewaryst z poświęceniem pracował (z br. Albertem) często więcej niż inni i b[ardzo] gorliwie. 2) Byłoby to jemu jako gorliwemu zakonnikowi b[ardzo] przykro. 3) Gdyby on nic innego nie robił do końca życia, tylko chorował i trzeba było na niego dużo pieniędzy z Wydawnictwa łożyć, to takim jest nadzwyczajnym zakonnikiem, że warto by go trzymać, choćby tylko dla błogosławieństwa Bożego przez Niepokalaną za niego. W razie wspomnianego polecenia N. O. Prowincjała (tj., by br. Ewaryst do domu wrócił) napisz też zaraz do mnie, a ja od siebie natarczywie błagał będę. Może jednak N. O. Prowincjał tego nie poleci, lecz piszę zaraz, bo się boję. Jemu jednak (br. Ewarystowi) nie warto dużo o tych sprawach mówić.

Po odpowiedzi N. O. Prowincjała daj znać, to ja o miejscu pomyślę (gdyby do Zakopanego).Będzie to duży wydatek (bo odpadają intencje mszalne), ale Niepokalana dopomoże” PMK 119 (t.1, s. 243).

A oto tekst korespondencji do o. Peregryna Haczeli, prowincjała.

PMK 122 (t.1, s. 248n)

[Zakopane, 7 I 1927]1

Najprzewielebniejszy Ojcze Prowincjale!

Dziś otrzymałem od o. Alfonsa wiadomość o odpowiedzi N[ajprzewielebniejszego] O. Prowincjała w sprawie br. Ewarysta. Czuję się w obowiązku przesłać nieco wyjaśnień. Otóż, gdym zapytywał dra Kraszewskiego w Zakopanem o możliwości wyleczenia o. Melchiora wobec trzech dziur w płucach, mówił mi, że w tym stanie gruźlica jest bardzo udzielająca, tak że jeden i wszystkich zarazić może. Jest to bowiem gruźlica otwarta, więc laseczniki z plwocinami dostają się milionami do chusteczki, kieszeni i rąk. Przy drugim wyjęciu chusteczki, gdy plwocina już przyschła, całe powietrze dookoła już od nich pełne i wędrują po korytarzach i celach. I tak co dzień. Dużo też się przyczynia okoliczność, jeżeli chory chodzi i roznosi tak wszędzie miliardy zarazków.

Będąc na pogrzebie br. Alberta w Grodnie zauważyłem, że sporo braci z tych, którzy gorliwiej i z większym poświęceniem pracują i zwłaszcza kierownicze zajmują stanowiska, ma już pewne początki choroby. Także br. Ewaryst, którego widziałem i w Warszawie, po przyjeździe do Grodna, dobrze się czuł i wyglądał; teraz jednak należy do tych właśnie gorliwszych i bardziej wyszkolonych, i dlatego przy większym przepracowaniu łatwiej mógł się zarazić. Br. Ewaryst to prawdziwa perła Wydawnictwa, posłuszny bardzo, miłujący modlitwę, zawsze miło uśmiechnięty jak anioł i kochający bardzo habit święty. Pytał mnie kiedyś jeszcze: «A gdybym ja kiedy zachorował, czyby mnie czasem nie wyrzucili?» Uspokoiłem go, by o tym nie myślał. On by na świecie już żyć nie potrafił i nie wiem, czyby takie coś jak opuszczenie Zakonu mógł przeżyć: to zbyt niepowszednio gorliwy zakonnik.

Co do początków gruźlicy, a zwłaszcza mając na myśli br. Ewarysta, pytałem lekarza. Mówił, że to nic nie jest wielkiego. Innym razem powiedział, że «gruźlica to najgłupsza choroba, byle się w czas do niej zabrać». Trochę wypoczynku, lepszego pożywienia i powietrza, a już po chorobie. Mając to przed oczyma, chciałem po trochu braci gdzieś poza zarażone otoczenie wysyłać, by przychodzili do silniejszego zdrowia, pozbywali się nabytych zaczątków gruźlicy i wracali do pracy. Poleciłem w Grodnie wypytać lekarza dokładnie. Gdyby br. Ewaryst miał powrócić do domu, boję się bardzo, by i inni bracia przed ślubami (tylko dwóch ma śluby) nie obawiali się, żeby i im coś podobnego się nie wydarzyło i dlatego, albo zawczasu nie poszli gdzie indziej zapewnić sobie przyszłość, albo w zbytniej trwodze żyjąc (co jeszcze bardziej usposabia do zachorowania), nie ociągali się przed pracą, co przyczyniłoby się do nieposłuszeństwa, gdyby się któremu zdawało, że może ta czynność albo takie wysilenie w pracy go pozbawi zdrowia. Wreszcie br. Ewaryst to najbardziej wyszkolony maszynista drukarski, który nie oszczędzając się wcale dla Niepokalanej pierwszy stawał do pracy i poza godzinami nieraz, gdy było potrzeba, gorliwie robił tak, że wprawą przewyższył nawet br. Alberta. Teraz, gdy br. Ewaryst dla wzmocnienia zdrowia otrzymał polecenie sfolgowania w robocie i zastąpił go br. Seweryn Dagis, fachowy maszynista, zaraz pękła jedna część (mała) u maszyny, czego przedtem nie bywało. Wziąwszy pod uwagę, że drugą mniejszą maszynę obsługuje br. Mikołaj, zupełnie dla Zakonu niepewny, br. Ewaryst jest dla drukarni konieczny i choćby tysiące miały pójść na kurację, to z punktu czysto materialnego bardzo się jeszcze Wydawnictwu opłaci. – Mniej zrównoważony maszynista może przez jedną nieostrożność i całą maszynę od razu zniszczyć. Z wyłuszczonych więc powodów i że materialnie br. Ewaryst jest dla Wydawnictwa bardzo cenny i konieczny, i by nie odstraszyć innych braci oblatów od pracy albo i naszego Zakonu, i przede wszystkim, że to naprawdę z niego teraz nie tylko pewny dla Zakonu brat, ale nadzwyczaj świątobliwy, drugi brat Leon (brat Jagnię), bardzo proszę N. O. Prowincjała o łaskawe pozostawienie go w Zakonie. Mam nadzieję, że i on, i inni wkrótce przyjdą do czerstwego zdrowia, tylko trochę wytchnienia może w innym konwencie, forsowniejszego odżywiania i wypoczynku, a wszystko będzie w porządku. I tak myślałbym po jednemu lub dwóch słać na wywczasy, bo w drukarni i czcionki –trucizna, i farby z aniliną – trucizna, i proch papieru w drukarni i w introligatorni źle działa, no i ślęczenie w administracji wymaga wytchnienia. Bardzo przepraszam N. O. Prowincjała, ale co do br. Ewarysta, to pomny na słowa Pana Jezusa: «proście, a otrzymacie» [J 16,24], tak długo prosił i błagał będę, aż otrzymam.

[br. Maksymilian Ma Kolbe]

Ostatecznie prośba o. Maksymiliana okazała się skuteczna, o czym donosi ponownie w liście do o. Alfonsa: „O. Prowincjał odpisał na mój expres w sprawie br. Ewarysta, z początkiem listu dosyć ostro, cytując względne miejsca z Konstytucji; w końcu jednak pyta, czemuż wskazuję ja na Nieszawę? Czyż tam zdrowotniej? I że w Grodnie br. Ewaryst «uwolniony od zajęć na jakiś czas, mógłby sobie odpocząć i leczyć się. Lecz jeśli Ojciec koniecznie chce, to niechże jedzie i do Nieszawy». Odpisałem, że za Nieszawą się nie upieram i żeby sam zrobił, jak uważa najlepiej, bo boję się, idąc wbrew woli Przełożonych, bruździć Niepokalanej” PMK 124 (t.1, s. 251).

Finalnie br.  Ewaryst Biegas odbył nowicjat już w Niepokalanowie i złożył śluby zakonne 15 grudnia 1928 r. podczas Mszy świętej na ręce o. prowincjała Kornela Czupryka. Por. PMK 165 (t.1, s. 293).

I żeby zamknąć sprawę br. Ewarysta jeszcze cytat z innego listu o. Kolbe, który jest odbiciem troski św. Pawła o Tymoteusza: „Samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości!”. Por. 1Tm 5, 23b

Pisze o. Maksymilian do o. Alfonsa Kolbego: Zainstalowałem się u Sióstr Sercanek na Łukaszówkach; tu też proszę skierować korespondencję skierowaną do mnie imiennie. Co tam słychać? Aż mi nijako wypoczywać, gdy poczciwi bracia harują. – Niech br. Ewaryst stale pomaga br. Albertowi podwieczorkować i jadać drugie śniadania, a wszystko z masłem” PMK 100 (t.1, s. 210).

Niestety ostatecznie br. Ewaryst opuścił zakon w 1937 r. Był wtedy furtianem we Lwowie i poprosił o dyspensę od ślubów i jak napisał w oświadczeniu przechowywanym w krakowskim archiwum franciszkanów, zrobił to dobrowolnie i bez żadnego przymusu. Ciekawe byłoby zbadanie dlaczego opuścił Niepokalanów, przed Lwowem był jeszcze w Grodnie i jakie były powody jego odejścia.

Jak widać nie zawsze wszystko układało się pomyślnie. Niekiedy ludzie wydawało się sprawdzeni, ostatecznie wycofywali się z raz obranej drogi. Czasami natomiast  jako współpracowników wyznaczano o. Maksymilianowi zakonników, którzy nie rozumieli jego ideałów, albo wręcz im byli przeciwni:

PMK 111 (t.1, s. 232)

Do o. Alfonsa Kolbego

P[ochwalony] J[ezus] Ch[rystus] Zakopane, 19 XI 1926

Drogi Bracie!

Piszę pokrótce, bo mam trochę więcej gorączki. Co do br. Hilarego uważam, żeby, jeżeli nie ma wyraźnie od N[ajprzewielebniejszego] O. Prowincjała przeznaczenia do Wydawnictwa, nie dawać mu tam zajęcia, nie interesować się nim. Do konwentu przeznaczony, to niech o. gwardian o nim myśli. Można podsunąć o. gwardianowi, by go wydelegował do uczenia religii po szkołach. – Jeżeli zaś N. O. Prowincjał wyraźnie go przeznaczył do Wydawnictwa, to gorzej, bo do czegoż go dać, by Wydawnictwo na tym nie cierpiało? W administracji absolutnie nie można mu powierzyć roli kierowniczej, bo nie umie i gdyby był potem wyrzucony, zostanie ujemne wrażenie. W jakiejkolwiek zaś roli będzie miał sposobność (jak to podobno lubi praktykować) uskarżać się na przełożonych i «krzywdy» mu wyrządzane. W każdym razie bacznie go śledzić i jeżeli albo nielegalna korespondencja, albo choćby niewielki, ale ujemny wpływ na braci wywierał, napisać N. O. Prowincjałowi. – O. Anzelm i ojcowie krakowscy pragnęli się go z Krakowa pozbyć z przyczyn zresztą zrozumiałych, bo tam są klerycy i tak sprawę N. O. Prowincjałowi przedstawili, ale można też N. O. Prowincjałowi napisać, że Grodno to miejsce pierwszego zapoznania się z Zakonem dla tylu braci. Co będzie, gdy na początek spotkają się z takimi. A potem, dla Wydawnictwa, będzie kulą u nogi, bo zanim się nauczy produktywnie pracować, albo go wyrzucą, albo wyświęcą. W każdym razie pójdzie sobie. – Inna rzecz, że i N. O. Prowincjał ma z tym urwanie głowy. Co do stosunku do o. gwardiana, to starałem się zawsze o możliwą zgodę i harmonię (nie zawsze się to udawało), ale trzymałem się silnie zasady, że moim przełożonym w sprawach Wydawnictwa jest N. O. Prowincjał i tylko on. Ponieważ zaś N. O. Prowincjał napisał mi raz, że mogę kierować się radami o. Melchiora (bo pisałem mu – zdaje się – że tak robię), więc jego rady uważałem za coś miarodajniejszego i bardzo często z nich korzystałem, bo Wola Boża = Wola Niepokalanej = Wola N. O. Prowincjała = pole[ce]nie rad o. Fordona. – Prócz tego, o ile to uważałem za stosowne, nieraz i o. gwardiana i innych ojców – separatim – o zdanie się zapytywałem, ale o ile to uważałem za stosowne. Jest w tym pewna strona psychologiczna. Wszyscy są ciekawi, co się w tym Wydawnictwie dzieje. Więc takie rzeczy jak błogosławieństwa biskupów i inne ładne ciekawości można i innym powiedzieć. Nigdy jednak – rada to też prokuratora Wydawn[ictwa] OO. Jezuitow – nigdy o pieniądzach w kasie. Z tym tylko N. O. Prowincjałowi się otwierać. O długach i brakach mówić można. Na razie tyle, bo trzeba na leżak wędrować. Może potem więcej prześlę.

Twój

br. Maksymilian Ma Kolbe

Doświadczenia z Grodna i Niepokalanowa spowodowały, że o. Maksymilian był w przyszłości bardzo ostrożny co do oceny kandydatów. Tak pisał do o. Konstantego z morza podczas podróży do Indii: „Internista [Yozefu Yamashita Fusabiru – zob. Pisma, 362] nic nie miał do mnie po drodze, ale tylko cel osobisty do Omury. Wrażenie odniosłem – niestety – ujemne, bo i nie kwapił się do pomocy w noszeniu walizki na stacji (drobny rys, ale zdradza też usposobienie) i reszty otrzymanej przy kupnie biletu nie zwrócił, aż mu to w pociągu sam przypomniałem. To drugie – zdaje mi się – sporo mówi. Dlatego trzeba zwrócić na niego szczególniejszą uwagę, a nawet przy pierwszej sposobności, gdyby cośkolwiek uchybił, odesłać do domu.

«Mały» [Mariano Sato Shigeo – zob. Pisma, 311] mimo podejrzeń rzucanych przez wyższego – moim dotychczasowym zdaniem – godzien jest bardziej zaufania, choć nie znamy jeszcze na tyle natury tubylców, by dać za kogo głowę. «Większy» [Pauro Nishiya – zob. Pisma, 327, przyp. 2] zaś nie wiem, czy jeszcze na coś «wyrośnie». Trzeba więc, by wszedł w «tryby», albo odpadł, byle łagodnie i spokojnie, chociaż stanowczo. Choćby nawet i wszyscy poszli, Niepokalana sama o wszystkim pomyśli i gorliwszych przyśle. Jeżeli się zgłoszą odpowiedni, proszę przyjmować” PMK 380 (t. 1, s. 556). Pauro Nishiya został klerykiem w Zakonie franciszkańskim. Gdy minął zapał, Nishiya opuścił Zakon. Co ciekawe, o. Kolbe uważał, że ten czasowy pobyt i tak przyniósł dobre owoce. Tak o tym pisze do niepokalanowskiego gwardiana o. Floriana Koziury: „Co do Japończyków, to internista powrócił, a br. Paweł, chociaż bardzo zapalony, to jednak pewnych jeszcze oznak powołania nie okazywał. Dobrze, że początki życia katolickiego przebył w klasztorze, ale zdaje mi się, że lepiej, jeżeli teraz będzie gorliwym, ale zwyczajnym katolikiem. Zresztą Niepokalana o wszystkim wie. Co do br. Mariana, to dziś przesłałem do N[ajprzewielebniejszego] O. Prowincjała jego prośbę o złożenie ślubów”  PMK 410 (t. 1, 599).

Jak ważne było właściwe dobranie współpracowników ujawniło się jeszcze z większą siłą na misjach. Niestety nie miał szczęścia o. Maksymilian do dwóch kapłanów, których mu przysłano. Głównym problemem było ich niezrozumienie dla ideałów Rycerstwa i pragnienia zdobycia całego świata przez Niepokalaną. Pisał o. Maksymilian do o. prowincjała Kornelego Czupryka: „Na razie kończę, bo dużo zaległości, ale wkrótce napiszę coś więcej. – A może i zaraz coś: ...Otóż mój współpracownik o. Metody, mimo już dłuższego pobytu tutaj, nie nabrał jeszcze ducha Niepokalanowa ani też chęci przejęcia się tym duchem. Poczciwy i pobożny, ale ponad zwyczaje utarte w naszych konwentach trudno mu się wznieść. […] jak zaznaczyłem, jest bardzo poczciwy i stara się nie robić mi przykrości, ale i nie można mu przecież nakazywać ponad to, co ślubował, i wykształcenia dostatecznego nie ma, ani może zdolności dość silnych, by mógł jąć się przygotowania do przyszłej pracy i samej roboty. – Wątpię więc bardzo, czy będzie on mógł, a nawet chciał być tu na stałe. Tu trzeba poświęcenia i usilnej pracy i to ściśle w duchu MI. – Co najbardziej mnie niepokoi, to [to], że niektórzy bracia zaczynają skłaniać się do tego ducha: zaraza wewnątrz. Tym bardziej wychodzi na wierzch konieczność wychowania odpowiednich ojców do pracy MI, a tęgiego przebierania, jeśli kto się zgłosi z dotychczasowych. […] Pierwsza to misja i pierwsze doświadczenia, ale z nich zdaje się już teraz jasno wypływać, że tylko całą duszą oddani sprawie MI mogą w niej pracować. Prawda, że na razie trudno, bo nie ma takich ojców pod ręką, ale może Niepokalana i to sprawi. Słyszałem, że ducha MI całkowicie posiada i zdolności też wybitne o. Samuel [Rosenbaiger], ale czyby to było możliwe, żeby...? Zresztą Niepokalana wie o wszystkim. Po latach z dziesięciu może Niepokalana sobie urobi pracowników licznych z internatu, nowicjatu i klerykatu Niepokalanowa, a naprawdę potrzeba bardzo licznych (tysiące), by cały świat Niepokalanej podbić, no i Jej oddanych bez żadnych «ale»” PMK 307 (t. 1, s. 446n.). Ostatecznie o. Metody wyjechał z Japonii.  I choć z przyjazdem kolejnego kapłana o. Maksymilian wiązał wielkie nadzieje, to nie brakło i obaw.

„Oby Niepokalana sprawiła, by o. Konstanty oddał się Jej bezgranicznie z poświęceniem, bez szukania własnego zadowolenia, bo doprawdy mnie samemu trudno wszystkiemu podołać i juz pamięć za twarda do dobrego wyuczenia się języka, a i chodzi o przyszłość. – Jak tylko trochę będzie finansowo lżej, poślę mu najlepszy podręcznik do języka japońskiego” PMK 336 (t. 1, s. 496).

Niestety obawy okazały się słuszne. Znowu pojawił się problem braku zrozumienia misji Niepokalanowa. Pisał do Rzymu, do o. Peregryna Haczeli: „A ci, którzy oddają się pracy w tych domach (konwentach), powinni być odpowiednio przygotowani. W «Mugenzai no Sono» jest już drugi ojciec do tego nie przygotowany. O. Metody i o. Konstanty są dobrzy, lecz nie przygotowani do Niepokalanowa. Dobrze rozumiem o. Konstantego, kiedy mówi, że jest obowiązany zachować jedynie Regułę i Konstytucje, a nie ustawy «Rycerstwa Niepokalanej», ale w konwencie, który za cel specjalny ma «Rycerstwo Niepokalanej», to nie wystarcza” PMK 421 (t.1, s. 613).

O. Maksymilian w liście do generała zwierzył się, że jest to dla niego największe cierpienie: „O. Konstanty jest dobry, gorliwy, ale chce iść do Boga bezpośrednio, a nie przez Najświętszą Pannę. Nie chce też uznać szczęśliwych związków, łączących nasz Zakon Seraficki z Niepokalaną. Nie kocha Jej tak, jak my i chciałby przypisać słodkie nasze zwycięstwo w ogłoszeniu dogmatu Niepokalanego Poczęcia Jezuitom, albo nie wiadomo komu, ale nie naszemu Zakonowi. […] Starałem się go przekonać, ale wszystko na próżno. Niosę więc ten krzyż, najcięższy, jaki kiedykolwiek miałem. A ileż mam obaw, aby taki duch nie udzielił się dobrym braciom. W tych okolicznościach nawet O. Prowincjał, chociaż bardzo kocha Niepokalaną i z tego powodu też musi dużo wycierpieć, nie może nic temu zaradzić. Zresztą Niepokalana wie o wszystkim i o wszystkim myśli” PMK 433 (t. 1, s. 632).

Ta troska o zakon towarzyszyła św. Maksymilianowi od początku życia franciszkańskiego. Wspominał w artykule o początkach Rycerstwa: „Pamiętam, że rozmawiałem ze współklerykami i o lichym stanie naszego Zakonu, i o jego przyszłości. I wtedy utrwaliło mi się w myśli zdanie: albo postawić na nogi, albo rozwalić. Bo żal młodzieży, która w najlepszej nieraz intencji do nas przychodzi i ileż razy zatraca ideał świętości właśnie w klasztorze. – Jak to zrobić, nie myślałem” PMK 1105 (t. 2, s. 559).

O. Kolbe był jednak przeświadczony, że franciszkańskie życie zakonne jest odpowiedzią na problemy współczesnych czasów. Pisał z przekonaniem: „Byłem w wielu krajach, wiele widziałem, z rożnymi ludźmi rozmawiałem, ale wierzcie mi: nie ma bardziej odpowiedniego środka do zaradzenia złu naszego wieku, jak Zakon nasz Seraficki, jeśli śmiało, ochoczo, szybko i ustawicznie będzie rozwijał ducha św. O. Franciszka” PMK 432 (t. 1, s. 628).

Co więcej życie zakonne było dla niego autentycznym źródłem szczęścia, o czym pisze w liście do braci zakonnych z wydawnictwa rycerza w Grodnie: „Wiernie Jej służąc najbardziej też możemy przysłużyć się rodzinie, bo czyż Niepokalana nie potrafi bez porównania lepiej od nas im dopomóc? Jej oddawajmy wszystkich drogich naszemu sercu, a Ona, najlepsza Matka, najwięcej im dopomoże. A pomyślcie teraz, jak nam przyjemnie będzie na łożu śmierci, gdy będziemy mogli szczerze powiedzieć: Niepokalana, jam z miłosierdzia Twego dla Ciebie całe życie poświęcił, dla Ciebie pracował i cierpiał, i dla Ciebie umieram. Jam Twój!!!... Jakiż pokój, jakie błogie szczęście w nadziei bliskiego ujrzenia Jej zalewać będzie serce? I jakież spotkanie w niebie?... O Drodzy Bracia, w chwilach walk ciężkich z trojakim wrogiem: ciałem, szatanem i światem, wspominajcie na błogie szczęście obłóczyn i... na owo szczęście – przy śmierci. W życiu zakonnym nie patrzcie na złe przykłady pomnąc, że i pomiędzy Apostołami znalazł się Judasz, który nadużył tak wielkiej łaski powołania, ale naśladujcie najlepszych. Niech każdy z Was stara się jak najwięcej przyjemności zrobić Przen[ajświętszemu] Sercu Pana Jezusa i Niepokalanej i co dzień więcej, bo każda chwilka życia umyka bezpowrotnie, a czas próby na tym świecie króciutki” PMK 120 (t.1, s. 245)

W podobnym duchu, choć w sposób bardzo zwięzły wypowiada się w liście do jednego z kandydatów do Zakonu: „Papiery otrzymałem i powiadamiam niniejszym o przyjęciu do Wydawnictwa «Rycerza Niepokalanej» na brata zakonnego. Proszę sobie tedy przygotować nieco ubrania i bielizny, by w zimie nie zmarznąć, bo przez kilka miesięcy jeszcze w świeckim ubraniu chodzić będzie trzeba. Następnie pościel i nieco grosza na ewentualny powrót, gdyby za trudno było dostosować się do przepisów zakonnych. Jednak tylu się dostosowuje i są szczęśliwi, więc przy pomocy Niepokalanej też będzie można być gorliwym zakonnikiem.  Polecam Niepokalanej” PMK 147 (t.1, s. 275 n.).

I na zakończenie fragmenty listu do br. kleryka Mieczysława Mirochny, który choć generalnie traktuje o posłuszeństwie zakonnym, jest wręcz „poematem” o. Maksymiliana na temat życia zakonnego, w którym odsłania on swoją duszę i ukazuje tkliwą miłość ojcowską względem tych, których Bóg, Niepokalana, Zakon powierzył jego trosce: „Drodzy moi Bracia! Jakaż to słodka i droga, najdroższa i najmilsza w Zakonie rzecz, że Pan Bóg, Niepokalana, raczą do nas mówić tak jasno i tak drobiazgowo przez święte posłuszeństwo. Jest to tajemnica jakoby, której zrozumienia i umiłowania Pan Bóg użycza tylko tym  duszom, które wybrał, by doskonale poznały Jego Wolę, czyli doskonałą Mu miłość okazywały (bo to jest jedno i to samo) w Zakonie. Ludzie świeccy tego pojąć nie mogą i patrzą na to, co nam jest najmilsze w Zakonie, na św. posłuszeństwo jako na niewolę jaką. Jest to tajemnica dla nich zakryta. […] I dla Was to, Drodzy Bracia, i dla siebie też mówię i piszę, i ja bowiem jestem tak samo jak i każdy z was zakonnikiem i tak samo mam – dzięki Niepokalanej – przełożonych nad sobą, i tak samo jestem słaby i zdolny do upadku w każdej chwili, gdyby tylko Niepokalana usunęła swoją nieskończenie litosną rękę, a na sądzie Bożym zobaczymy, czym jeszcze daleko nie słabszy od Was, i czy nie dlatego właśnie Niepokalana raczyła pokazać przeze mnie te dziwy, na które własnymi oczyma patrzyliście, słyszeliście w Polsce i jeszcze patrzycie. Bo w dziełach Niepokalanej tak zwykle bywa. – Dlatego i sobie to piszę.

Moje Drogie Dzieci!

Dla miłości Niepokalanej wyrzekłem się rodziny i dzieci wedle ciała, a Niepokalana, która nigdy nie da się prześcignąć we wspaniałomyślności, dała mi bardzo liczne dzieci, bo Was wszystkich, którzyście oddali całe życie swoje i wieczność Niepokalanej, za dzieci duchowe i uczyniła mnie Waszym duchowym ojcem. I wierzajcie mi – dała mi Ona taką tkliwość miłości względem Was wszystkich (czy w Japonii, czy w Polsce), jaką jest naprawdę tkliwość ojca i tkliwość matki względem ukochanego dziecka swego. – I jest to w myśl także ducha pierwszych wieków naszego Zakonu, kiedy przełożonego nazywano matką. Ale przyznacie zaraz, że nie byłbym prawdziwym duchownym Waszym ojcem, moje Drogie Dzieci, gdybym przede wszystkim i nade wszystko nie dbał o dusze Wasze; dlatego nie obiecuję Wam bynajmniej, że będę Wam przyjemności sprawiał na każdym kroku, bo bym był Waszym zdrajcą duchownym, ale raczej wedle praktyki takiej nawet świętej, jak św. Teresa od Dzieciątka Jezus będę się starał nie przepuszczać, ale zabić i pogrzebać zupełnie Waszą wolę własną, byście żyli tylko i wyłącznie Wolą Niepokalanej. – Wtedy i na tym świecie będziecie mieli wolność dzieci Bożych i Niepokalanej, gdyż każde chociażby najmniejsze przywiązanie do czegokolwiek i kogokolwiek, jeżeli nie dla Boga i wedle Woli Bożej, nie pozwoliłoby Wam wzlecieć wyżej ponad siebie” PMK 290b (t.1, s. 420n).

opr. o. Piotr Bielenin OFMConv


Św. Maksymilian Maria Kolbe, Pisma, Wydawnictwo Ojców Franciszkanów, Niepokalanów 2018.

Dostępne w sprzedaży:

Niepokalanów, 96-515 Teresin

tel. 46 864 22 08

e-mail: wydawnictwo@niepokalanow.pl

www.wydawnictwo.niepokalanow.pl



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij