Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Odrobina duchowej adrenaliny

22.01.2021 . kg

Posłaniec św. Antoniego | Redakcja magazynu franciszkańskiego

Ewangelia Jezusa jest przesłaniem wolności od lęku. Chrystus przyszedł na świat, aby nas wyzwolić od grzechu i jego potężnego narzędzia, jakim jest strach przed śmiercią (Hbr 2,14-15). Świadczą o tym chociażby często powtarzane przez Jezusa słowa wzywające do pozostawienia lęku: nie bój się! – pisze ks. Robert J. Woźniak.

Sebastien Bourdon, Krzew gorejący

 

Takimi samymi słowami zwraca się archanioł Gabriel do Maryi, której zwiastuje tajemnicę Bożego macierzyństwa (Łk 1,30). Ten klimat doskonale wyczuwa umiłowany uczeń Jezusa, kiedy stwierdza w jednym ze swoich listów, iż doskonała miłość usuwa lęk (1J 4,18). W tej perspektywie pojawia się pytanie o sens tego, co zwykle nazywamy bojaźnią Bożą. Skoro Ewangelia uczy kochać, a miłość usuwa lęk, to po co wciąż mówić o owej tajemniczej bojaźni Bożej? Czy to nie trąci myszką i średniowieczną kryptą?

Między przerażeniem a fascynacją

Dokładniejsze śledzenie historii duchowości chrześcijańskiej pokazuje, że dwa podstawowe doświadczenia, jakie towarzyszą spotkaniu z Bogiem, to przerażenie i fascynacja. Bóg jest Bogiem wielkim, wzbudzającym przerażenie. Warto przypomnieć sobie w tym miejscu historie objawień zapisanych chociażby w Starym Testamencie. Mojżesz wezwany jest, aby zdjąć sandały z nóg, kiedy stoi przez Panem na ziemi świętej i przeżywa lęk, boi się (Wj 3,5-6). Kiedy schodzi z góry objawień, musi zasłaniać twarz, gdyż promieniuje ona nieziemskim światłem, jakiego nie mogą znieść oczy członków narodu wybranego (Wj 34,28-35). Eliasz nie może zobaczyć Boga twarzą w twarz, a jedynie doświadcza Go w cichym powiewie wiatru, który skłania go do oddania chwały Bogu. Izajasz, po wizji Boga w niebie, która otwiera jego prorocką misję, stwierdza, że jest zgubiony (por Iz 6,1nn). Przykłady można by mnożyć – wszystkie one wskazują, iż zawsze, gdy pojawia się Bóg, człowiek doświadcza pewnego przerażenia. Bóg jest po trzykroć święty i zamieszkuje światłość niedostępną. Jego zjawienie między nami prowadzi do przeżycia jakiegoś rodzaju przerażenia przed ową świętością, „oko w oko” z samym Bogiem. To przerażenie nie jest rodzajem uczucia, jakie wzbudza w człowieku chociażby oglądanie horroru. Przerażenie, jakie spontanicznie rodzi się w spotkaniu z Bogiem, wzbudza szacunek, uwielbienie i wyczucie wielkości Boga.

Ojcowie Kościoła prześcigają się w podkreślaniu szacunku i czci należnej Bogu, który przekracza cały świat swoją wielkością i mocą. W mówieniu o Bogu zachowują najwyższą ostrożność, wiedzą bowiem, że o Jego tajemnicy nie można mówić jak o czymkolwiek innym. Również słowa, których używamy, aby mówić do Boga w modlitwie i mówić o Nim, powinny wyrażać najwyższy podziw i uwielbienie. Wiedział o tym już wielki pogański filozof grecki, Platon, który napominał, że nie ma nic ważniejszego, niż dobrze o Bogu mówić. To właśnie w epoce pierwotnego Kościoła zdano sobie sprawę, że najlepszym językiem do mówienia o Bogu jest język chwały i uwielbienia, który wyraża doskonałość, świętość i wielkość Boga. Szkołą takiego mówienia liturgia.

Ku pozytywnemu zdumieniu

W ten sposób automatycznie, wchodzimy w opis drugiej, nie mniej istotnej, cechy prawdziwego spotkania z Bogiem, którą jest zachwyt. Kto doświadcza Boga, ten powoli zostaje przeniknięty rodzącym się zachwytem. Automatycznie przypomina się tutaj św. Franciszek i jego duch zachwytu nad pięknością i wspaniałością Boga. Przebija on praktycznie z każdego jego tekstu. Święty z Asyżu jest zafascynowany Bogiem, a fascynacja ta staje się, bardziej niż cokolwiek innego, dominantą jego osobowości, duchowości a przede wszystkim – ośmielam się twierdzić – największym dziedzictwem i zarazem testamentem. To właśnie ta wzbudzona przez Ducha Świętego fascynacja posłużyła Bogu w odbudowaniu struktury Kościoła średniowiecznego. Myślimy o Franciszku, ale czyż podobny entuzjazm nie daje się zauważyć w każdym, kto doświadczył spotkania z Bogiem? Modlitwa bliskości, kontakt z żywym Bogiem podnosi nas, daje wyczucie ponadziemskiego piękna, które inspiruje do pracy (jak u Norwida). Przeżycie zachwytu potęgą natury, dzieła sztuki, równania matematycznego, kiedy nasz duch wypełnia się szczęściem ponad miarę, jest niczym, w porównaniu z tym zachwytem, który wzbudza pojawienie się Boga w naszym życiu. Często nagłe, niespodziewane, innym razem przygotowane, stające się przez długie lata modlitwy i wyrzeczenia zaskakuje nas i pozostawia potężną falę pozytywnego zdumienia.

Te dwa skrzydła doświadczenia Boga – przerażenie i fascynacja – wydają się wykluczać wzajemnie. Nic bardziej mylącego. W przypadku doświadczenia Boga one nawzajem się wzmacniają. Ich połączenie nazywa się właśnie bojaźnią Bożą. Najprościej mówiąc, bojaźń Boża to takie doświadczenie, które rodzi się na styku przerażenia i zachwytu. Bóg objawia nam siebie, pozwala siebie doświadczyć jako samo piękno, zaprasza i pociąga miłością do intymnej relacji ze sobą, a im bardziej to czyni, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z Jego prawdziwej wielkości.

Dar Ducha Świętego

Źle się dzieję, że dziś zwracamy uwagę prawie jedynie na aspekt zachwytu i piękna Bożego. Zachwyt ten musi być koniecznie uzupełniony przez poczucie własnej małości, pokorę, która zawsze rodzi w nas przyjście Boga. Trzeba powiedzieć, że człowiek współczesny, nawet ten religijny, zagubił w swojej wizji kontaktu z Bogiem poczucie przerażenia. Chcemy radować się tylko Boską wspaniałością, ale ona przecież jest tak wielka i inna, niż cokolwiek na tym świecie, że rodzi w nas właśnie bojaźń. W bojaźni nie chodzi o lęk, strach przed Bogiem, ale o wyczucie Jego nieskończonej wielkości i naszej małości. Chodzi o szacunek dla Boga w Jego tajemnicy miłości. Prawdziwy zachwyt religijny można rozpoznać właśnie po tym, że zawsze towarzyszy mu ów szacunek do Boga, nieustannie wzrastający, wychodzący na zewnątrz, dający się zauważyć w tym, jak o Bogu mówimy, jak przed Nim stajemy w czasie modlitwy, jak – w najprostszy sposób – zachowujemy się w świątyni, etc.

W ten sposób bojaźń Boża pozwala nam zachować praktyczną świadomość podstawowych prawd wiary: o Bożej wielkości i o Jego nieskończonej miłości. Bojaźń jest wyrazem prawdziwej i konkretnej wiary w te prawdy. Jeśli człowiek nie odczuwa przed Bogiem bojaźni przepełnionej miłością i zachwytem, to oznacza, że duża część prawdy o Bogu jest dla niego jedynie teorią, odległą od życia spekulacją, czczą filozofią. Nie można spotkać Boga żywego tak, żeby to spotkanie nie prowadziło do oddania czci, szacunku i pokornego wyznania własnej małości.

Nieustanne balansowanie między przerażeniem, szacunkiem i doświadczeniem ogromnej miłości wydaje się trudne. Właśnie dlatego bojaźń Boża jest darem Ducha Świętego. O taką umiejętność, z jednej strony ogromnego szacunku do Boga, a z drugiej, potężnej miłości do Niego, trzeba prosić. Ona wzrasta w nas podczas modlitwy, kiedy pozwalamy, kiedy chcemy pozwolić Bogu działać w nas. To właśnie Duch Święty, jako trzecia Osoba Boska, jest więzią między nami a Bogiem. To On przynosi nam do serca doświadczenie tego, że jesteśmy szalenie przez Boga kochani. Ale to właśnie również On uczy nas czci, szacunku, bojaźni przed świętą tajemnicą Boga. Przynosząc nam miłość Boga, sprawia, że oddajemy cześć Bogu, który kocha i wydaje siebie za nas i dla nas. Czyż ostatecznie nie jest tak, że to właśnie miłość rodzi w nas jakieś święte przerażenie, niezwykły szacunek? Duch Święty daje nam oba „uczucia” za jednym razem. Kochając nas uczy szacunku, wzbudzając bojaźń uczy kochać. Wszak bojaźń jest nie tylko szacunkiem dla miłości, ale i walką o to, żeby jej nie utracić i żeby na nią jak najlepiej odpowiedzieć wzajemnością. Ten, kto kochał chociaż raz w życiu, wie, jak ogromną bojaźń wzbudza miłość, jak chcemy być kochani i jak ukochany chce odpowiadać na miłość miłością. W bojaźni Bożej, łączącej przerażenie i zachwyt, zawsze chodzi o miłość.

Nasz grzech i nawrócenie

Bojaźń Boża jest w nas przeczuciem miłości i skutkiem miłości, jaką Bóg kocha nas i jaką my odwzajemniamy. To oznacza walkę z grzechem i stałe pragnienie, gotowość nawrócenia. Bojaźń Boża, chociaż zawiera w sobie element przerażenia wielkością i świętością Boga, nie jest lękiem przed Nim. Jakże kochający i kochany mogliby się nawzajem siebie bać? Jeśli w bojaźni pojawia się ludzki lęk, to jest to lęk przed obrażeniem tej wielkiej miłości Boga do nas. Człowiek wierzący, który żyje darem boskiej miłości w bojaźni Bożej, lęka tylko tego jednego: odejścia od Boga.

Pojawia się w nas często lęk przed karą za grzechy. On również wiąże się z darem bojaźni Bożej i jest jej niedoskonałą formą. Niemniej bardzo cenną. Jeśli powstrzymuje nas on od grzechu to spełnia pozytywną rolę i pomału przygotowuje do zakochania w Bogu, w którym jedynym lękiem będzie ten wspomniany wcześniej – przed zasmucenia Boga, przed brakiem pozytywnej odpowiedzi na Jego piękną miłość do nas. „W duszy ożywionej tym darem — pisze św. Teresa z Avila – góruje ponad wszystkim bojaźń obrażania Boga, swego Pana i gorące pragnienie, by czynić we wszystkim Jego świętą wolę”.

Jak widać, bojaźń Boża spełnia wielką rolę w procesie naszego nawrócenia i doskonalenia moralnego. To właśnie ona pomaga nam nieustannie dbać o rozwój, o właściwą postawę w życiu duchowym. Jest rodzajem pewnego pozytywnego stresu, adrenaliny, która wzywa do zejścia z kanapy i wyruszenia w drogę ku Bogu, ku naszej w Nim coraz większej doskonałości, coraz większemu w Nim szczęściu.

I znów, musimy dzisiaj silnie przeciwstawić się próbie przerobienia religijności i chrześcijaństwa w gabinet psychologiczny, w którym nie ma miejsca na wymagania i przeżywanie negatywnych uczuć czy doświadczeń. Wielu stara się dzisiaj żyć tak, aby tylko nie dopuścić do siebie żadnej bojaźni, żadnej formy lęku. Pamiętajmy, że odrobina wspomnianej adrenaliny nie szkodzi, a Bóg robi wszystko, żeby tejże nam zaoszczędzić najbardziej jak to możliwe. Nie bądźmy zatem chrześcijanami z kozetki, ale wyczynowcami, pielgrzymami ku Bogu, którzy podejmują wszystkie niedogodności i często morderczą walkę ze słabościami, aby Jego miłość mogła w nas ukształtować nowego człowieka, zdolnego odpowiedzieć miłością na miłość.

ks. Robert J. Woźniak


Artykuł ukazał się na łamach magazynu franciszkańskiego „Posłaniec św. Antoniego z Padwy” nr 6/2018. Zapraszamy na stronę pisma, gdzie można znaleźć wiele ciekawych tekstów: www.poslaniecantoniego.pl.



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij