Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Prostujcie dla Niego drogę!

09.12.2017 Andrzej Prugar

Rok temu, dokładnie w Boże Narodzenie, zmarł George Michael. Miał 53 lata. Był utalentowanym muzycznie człowiekiem. Zdobył sławę i duży majątek. Kilka miesięcy temu został wyemitowany film dokumentalny o jego życiu. Sam artysta, jeszcze przed śmiercią, brał udział w jego realizacji. Zadziwiające są refleksje człowieka na kilka miesięcy przed śmiercią. George Michael mówi w filmie między innymi: „Moje życie było stratą czasu…”, „Wszystko, czego chciałem, to sukces… jeżeli szukałbym szczęścia, to obrałbym złą drogę”, u szczytu kariery stwierdził: „byłem przerażająco samotny. Jedynym dobrym momentem mojego dnia była możliwość wystąpienia na żywo…” 

Szczere jak się zdaje, słowa artysty, w Adwencie, mogą być również paradygmatem naszej codzienności (niestety negatywnym paradygmatem), lustrem naszych postaw i relacji. Nie osądzamy wspomnianego i zdolnego artysty. Osądzić sprawiedliwie może tylko sam Bóg. Chciejmy raczej zapytać siebie: czy nie tracimy bardziej czasu na zdobycie sukcesu (sukcesu na swoją miarę), niż traktujemy czas jako zbliżanie się do Źródła naszych sukcesów - do Boga? Jaką drogą warto iść? Droga szczęścia to droga zła, pokrętna, czy droga prosta? A w ogóle jest taka droga? Samotność czy relacje i bliskość z Bogiem i z ludźmi? Życie realne, prawdziwe, szczere czy wirtualne, zamaskowane? 

Człowiek, każdy z nas, może zamknąć się w strumieniu własnych tylko myśli i według nich postępować. Może mówić do siebie i siebie słuchać. Niby jest spokój, ale również dla wielu ludzi milczenie jest czasem układania strategii słownego ataku. Jeśli wtedy ktoś nie przyjmuje tych jedynie cennych moich słów - tym gorzej dla niego. Jeśli w takiej postawie trwamy świadomie, trudno usłyszeć głos innych ludzi i Głos Boga, a tym bardziej inaczej postępować. W więzieniu samych siebie - w efekcie - będziemy czuć się ostatecznie obco, nieswojo, bo nie taka jest nasza natura i powołanie! 

A jednak jest paradygmat inny. Wzorzec, oparty o doświadczenie sprawdzone. Nie tylko poszczególnych ludzi, ale i całego narodu. Naród wybrany trafił do niewoli - obcej ziemi - ponieważ nie słuchał Boga, ale wierzył w układy, pakty polityczne i szczęście na miarę narodów ziemi. Niewola była czasem nawrócenia, zrozumienia siebie na nowo, swojej historii, która jest możliwa i sensowna tylko w oparciu o Boga, Jego myśli. Na koniec pobytu w niewoli rozlega się Głos: „Pocieszajcie, pocieszajcie mój lud!… nieprawość jego odpokutowana”. Rozlega się rownież wołanie: „drogę dla Pana przygotujcie na pustyni…”, ponieważ sam Pan chce przyjść - na nowo - jak dobry pasterz  i prowadzić ludzi i cały naród najlepszą drogą (Iz 40,1-5.9-11).

Nawrócenie to odejście od własnej i pokrętnej miary szczęścia, porzucenie liczenia tylko na własne siły, przyjęcie Głosu i Ręki Boga jako dobrego pasterza. Nawrócenie, to jak konieczne przycinanie zbyt wielu gałęzi na drzewie, które traci siły i nie owocuje tak naprawdę. Przyjęcie zaś Głosu to wezwanie do dialogu, wejście w poznanie nowej drogi, na pustyni, choć może myśleliśmy, że to nie pustynia, ale już raj. Dialog z Bogiem ma zaowocować zbudowaniem nowej drogi komunikacji z Nim samym. To wychodzenie ze splątania. Przecież nie możemy kochać Boga, który jest na miarę tylko naszych oczekiwań albo zdążać do nieba, które wymyśli moja głowa? 

Do takiej postawy zachęca mnie dziwny, ale ostatecznie pociągający człowiek - Jan z pustyni. Pociągający nie wyglądem, ani proponowanym menu (rzeczywiście niewiele potrzebował), jest bowiem prorokiem nowej drogi, do nowego życia i świata. Jan mówi: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów” (Mk 1,7). Na pustyni odkrył Mocniejszego i stał się Mu posłuszny. Nie adorował siebie w swoich myślach, nie pozostał tylko ze swoją siłą ascety. Miał oparcie i przygotowywał na przyjęcie Jezusa Chrystusa. Pociągał innych słowem. Ludzie zaś słyszeli i widzieli w proroku - jak na horyzoncie - pojawia się nowy świat. Wyznawali swoje splątanie grzechami. Jan zaś pieczętował nawrócenie przychodzących do niego chrztem z wody.  Jan jednak nie odpuszczał grzechów. Przygotowywał na przyjście Baranka, ktory zgładzi grzechy. Nie był to więc ostatni krok w prostowaniu drogi. Na końcu tej drogi, pojawiał się Jezus Chrystus, Mocniejszy, Który „będzie chrzcił Duchem Świętym” (Mk 1,8). Co to znaczy?

Taki jest cel zbudowania drogi na pustyni - ostatecznie przyjąć Mocniejszego i dać się zanurzyć w Miłości Ojca i Syna czyli w Duchu Świętym! Tyllko Jezus może uwolnić od grzechów i czyni to prawie na początku Ewangelii (por. Mk 2,1-11). Rzeczywiście chrzci w Duchu Świętym! Zanurza w Miłości Boga! Każdym słowem i czynem. Dopiero wtedy - kiedy Go słuchamy - zaczynamy chodzić, żyć prawdziwie, uczyć się kochać jak Jezus. "Sukces" odnosimy dopiero wtedy, kiedy kierujemy się Ewangelią - Dobrą Nowiną. Jezus Chrystus jest Ewangelią (Mk 1,1). Kto kocha nie traci czasu życia i ma coraz głębsze poczucia sensu. A jeśli kuszeni i niespokojni „wynurzymy się” z miłości i pociąga nas to, co stare, na nowo trzeba nam usłyszeć Głos, który wprowadzi nas na prostą drogę miłości: „Umiłowani… oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość. Dlatego, umiłowani, oczekując tego, starajcie się, aby /On/ was zastał bez plamy i skazy - w pokoju (2 P 3,13-14). 

Andrzej Prugar OFMConv

fot.: fr.ap

 



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij