Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Sługa Boży W. Bukowiński i duch „Evangelii Gaudium”

10.06.2015

O fascynującej posłudze „demoralizatora ludzi” - Sługi Bożego ks. Władysława Bukowińskiego, widzianej w świetle adhortacji apostolskiej Evangelii Gaudium, opowiada pracujący w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o. Zdzisław Kijas OFMConv. Z wielką radością przedstawiamy tą refleksję, ukazującą sylwetkę wybitnego kapłana i patrioty, pracującego w podobnych kontekstach jak franciszkańscy pionierzy: o. Odoryk Bień, o. Kamil Wełymański czy o. bp Rafał Kiernicki, dzięki którym wiara katolicka przetrwała na terenach byłego Związku Radzieckiego. 

Duszpasterska posługa Sługi Bożego W. Bukowińskiego w duchu Evangelii Gaudium

Bardzo się cieszę, że po 22 latach mogłem wrócić do Karagandy. Przybyłem tutaj po raz pierwszy w czerwcu 1992 r. na zaproszenie ówczesnego biskupa Karagandy Jana Pawła Lengi. Biskup, który skierował do mnie zaproszenie przez pośrednictwo mojego współbrata o. Krzysztofa Kukułki, pracującego wtedy w Taszkencie, prosił mnie o prowadzenie rekolekcji na studentów. Na rekolekcje przybyło ponad 60 osób z różnych części Kazachstanu a także spoza jego granic. Różny był wiek ich uczestników i różna znajomość zasad wiary, ale wszystkim ich uczestnikom towarzyszyła ta sama radość z odzyskanej wolności, możliwości rozmawiania na temat wiary, uczestniczenia w świętej liturgii, przystępowania do sakramentów. Był to również ważny czas poznawania dalszych lub bliższych świadków wiary, którzy dochowali wierności wierze pomimo zewnętrznych trudności, zadawanego cierpienia, prześladowania, trudności w robieniu kariery zawodowej czy wręcz bycia zmuszonym do rezygnacji z dobrze płatnej pracy, prestiżu czy tym podobne. Wtedy właśnie poznałem również postać Sługi Bożego ks. Władysława Bukowińskiego, o którym mówiono, że był święty.

Wiara mimo trudności 

Spotkanie w 1992 r. pozwoliło mi odkryć wielką prawdę; mówiła on, że pomimo wielu zewnętrznych trudności, w Kazachstanie, przez cały czas panowania wrogiej ideologii, żywa była wiara. Zasiewana przez osoby wierzące i bardzo nielicznych kapłanów, bardzo często działających w ukryciu lub prześladowanych, wiara chrześcijańska ciągle się rozwijała, wydając nierzadko piękne owoce. Podczas wspomnianych rekolekcji, wieczorami, po skończonych konferencjach i modlitwach, po wieczornym posiłku, był długi czas na dzielenie się wspomnieniami. Wielu z obecnych opowiadało „jak to było w czasach trudnych”, tzn. w jaki sposób żyli wiarą, jak ją wyznawali, jak ewangelizowali, chrzcili, jak przepisywali ręcznie modlitewniki, wznosili domy modlitwy, katechizowali dzieci itd. Opowiadania, nawet trudne, nie były pesymistyczne. Były okazją do wdzięczności Bogu za dar wiary i ludziom za jego przyjęcie. Te nocne rozmowy stanowiły istotne dopełnienie rekolekcyjnych nauk. Ich uczestnicy mieli w sobie wiele z ducha Sługi Bożego ks. Bukowińskiego, który w swojej książce zatytułowanej Wybór wspomnień i informacji dla moich przyjaciół, deklarował wyraźnie: „Nie lubię przykładów smutnych, odstraszających, choć czasem pobudzają one do głębszej refleksji. Kocham się w przykładach dobrych, budujących”.[1] Podawał przy okazji dwanaście przykładów, o wydźwięku pozytywnym, podnosząc na duchu ich słuchacza. Pozwolę sobie przytoczyć tutaj z jeden z nich, który jest jedenastym na liście Bukowińskiego. Jemu teraz oddaję głos:

„Działo się to w Karagandzie, w styczniu 1959 r., już po moim trzecim uwięzieniu – podczas śledztwa. Sędzia śledczy w stopniu kapitana był to człowiek z natury spokojny, a wobec mnie zawsze grzeczny. Otóż sędzia śledczy urządził konfrontację moją z bohaterką tego przykładu, którą będziemy nazywać Audacją (odważna). Panna Audacja, osoba w owym czasie mniej więcej 30-letnia, jest Niemką, a przedtem była luteranką. Pod wpływem swojej pobożnej katolickiej przyjaciółki, przyjęła katolicyzm i ja ją ochrzciłem. Od samego chrztu stała się Audacja przekonaną i pobożną katoliczką. Nie wiem dlaczego mi urządzono konfrontację właśnie z nią. Przypuszczalnie chciano od niej wydobyć zeznania, że ja ją przymusiłem do chrztu i że ja przymusowo ‘nasadzam’ katolicyzm w Kazachstanie.

Audacja weszła na konfrontację z podniesioną głową. Od razu widać było, że nic się nie boi. Sędzia śledczy zaczął pisać protokół konfrontacji. Nie wiem, co ona tam zapisał, lecz wiem, że jego dialog z Audacją brzmiał tak:

Sędzia śledczy – po zapisaniu personalnych danych: Czy ty jesteś znajoma z Bukowińskim?

Audacja (ostro i głośno): Tak, ja jestem z nim nawet bardzo dobrze znajoma.

Sędzia śledczy: W jakich stosunkach byłaś z Bukowińskim? Czy wasze stosunki były dobre, czy też między wami były nieporozumienia i jakie?

Audacja (jeszcze głośniej i ostrzej): Tak, nasze stosunki zawsze były dobre, a nawet bardzo dobre i inaczej być nie mogło, bo on jest bardzo dobrym i spokojnym człowiekiem. Ale ja sama mam do was pytanie: dlaczego wy aresztujecie takiego dobrego człowieka? Tutaj w Karagandzie kobieta nie może spokojnie przejść przez ulicę. Kręci się pełno chuliganów, którzy zdzierają palta, a wy ich nie aresztujecie. Za to aresztujecie takiego człowieka, jak Bukowiński. Tego to ja już nie mogę pojąć.

W takim duchu odpowiadała dalej nieustraszona Audacja. Oczywiście konfrontacja skończyła się na niczym. Audacja wyszła jak weszła – z podniesioną głową. Zostaliśmy w pokoju z sędzią śledczym we dwóch. Pan sędzia śledczy tak podsumował swoje wrażenia z konfrontacji: Widzicie, co to za kobieta. To ‘nastojaszcza’ fanatyczka – z którą nawet nie można spokojnie rozmawiać! – (Tak, Bukowiński, wy zdemoralizowaliście wiele ludu).[2]  

Wychodził z podniesioną głową

Nie tylko Audacja, o której wyżej, ale także Sługa Boży wychodził „z podniesioną głową” z sytuacji, w jakich stawiało go życie. Lecz co znaczy „wychodził z podniesioną głową”?, skąd czerpał do tego siłę? Pośrednio odpowiadał na te pytania sam Bukowiński w liście z 17 kwietnia 1963:

„Pisałem kiedyś mojemu Koledze, śp. Konstantemu – czytamy w liście Sługi Bożego – który usilnie mię do tego namawiał [do powrotu/wyjazdu do Polski], o Janie Beyzymie. On pozostał wśród trędowatych na Madagaskarze aż do swej przedwczesnej śmierci. Miłość opuszczonych, których było bardzo wielu nie tylko w latach najmniej pomyślnych, to potęga twórcza i – wierzę w to głęboko – najpotrzebniejsza. Miłość nie zna klęsk, bo któż mi może zabronić być dobrym?! Nic innego tylko miłość nie pozwala opuszczać opuszczonych...”[3]

 

Miłość pozwalała mu wychodzić „z podniesioną głową” z sytuacji, w których stawiała go życiowa konieczność, ówczesne władze polityczne, troska duszpasterska, warunki życia itd. Dobroć, której doznawał od Pana, Jego miłość, pozytywne myślenie, optymizm życia, jasne cele względem przyszłości itd., chciał udzielać wszystkim innym, których spotykał, do których kierował swoje listy, o których dobro czy nawrócenie gorliwie się modlił. W jego kapłańskiej miłości, czystej i bezinteresownej, ofiarnej i wytrwałej, szukać należy źródeł ewangelicznego zapału i duszpasterskiego geniuszu Sługi Bożego. Sądzę, że te aspekty miał na myśli papież Franciszek, który w Evangelii gaudium pisał następujące słowa:

Dobro pragnie zawsze się udzielać. Wszelkie autentyczne doświadczenie prawdy i piękna dąży samo z siebie do swej ekspansji, a każda osoba przeżywająca głębokie wyzwolenie zyskuje większą wrażliwość wobec potrzeb innych ludzi. Dzielenie się dobrem sprawia, że ono się umacnia i rozwija. Dlatego jeśli ktoś pragnie żyć godnie i w pełni, nie ma innej drogi, jak uznanie drugiego człowieka i szukanie jego dobra. Nie powinny więc nas dziwić niektóre wypowiedzi św. Pawła: «miłość Chrystusa przynagla nas» (2 Kor 5, 14); «Biada mi [...], gdybym nie głosił Ewangelii!» (1 Kor 9, 16).[4]

 

W istocie Bukowiński nie głosił nic nadzwyczajnego ani rewolucyjnego, ale to, co mówił, mówił z jakimś wewnętrznym żarem i głębokim przekonaniem w głosie. Mówił sobą, nie tylko ustami. Przepowiadał bardziej tym, co robił, w jaki sposób spotykał ludzi, jak z nimi rozmawiał, jak ich pozdrawiał i szanował. Mówił z radością w głosie i ogniem oczach. Był wewnętrznie przekonany o słuszności i prawdziwości tego, co mówi, czemu też nie wahał się dawać świadectwo swoim życiem. Ponieważ wierzył mocno w Boga, stąd również obdarzał głębokim zaufaniem człowieka i to każdego, niezależnie od jego przekonań, pochodzenia, czy języka. Żył głęboko duchem Pisma Świętego, którego centrum – jak pisze chociażby papież Franciszek – jest

Bóg, który objawił swoją ogromną miłość w Chrystusie umarłym i zmartwychwstałym. On czyni swoich wiernych zawsze nowymi. «Chociażby byli w podeszłym wieku, «odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły; biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą» (Iz 40, 31). Chrystus jest «odwieczną Dobrą Nowiną» (Ap 14, 6) i jest «wczoraj i dziś, ten sam także na wieki» (Hbr 13, 8), ale Jego bogactwo i piękno są niewyczerpane. On jest zawsze młody i jest zawsze źródłem nowości. Kościół nie przestaje być zadziwionym z powodu «głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga» (Rz 11, 33). Jak powiada św. Jan od Krzyża: «Ta gęstwina mądrości i wiedzy Boga jest tak głęboka i niezmierzona, że choćby dusza wiele z niej poznawała, może wchodzić zawsze jeszcze głębiej»[5]. Albo, jak twierdzi św. Ireneusz: «[Chrystus] w swoim przyjściu wniósł z sobą wszelką nowość»[6].[7]

 

Bardzo piękne i mocne w znaczenia jest powiedzenie, że „wychodził z podniesioną głową”. Jego znaczenie nabiera dodatkowej treści, kiedy uświadomimy sobie warunki polityczne, w jakich prowadził on swoje duszpasterstwo, mocno nieprzyjazne jego posłudze. Skąd czerpał siłę, aby podnosić na duchu siebie i innych?, aby wlewać otuchę w serca zwątpiono? Wiara była dla niego źródłem siły, która rozpalała jego kapłańską gorliwość, dawała ufność w człowieka, chęć bycia mu bliskim i udzielać mądrej pomocy. Wiara w żywego i bliskiego Boga, pozwalała mu być bardzo ufnym i pełnym nadziei także w przypadku ludzi i sytuacji, które widziane wyłącznie z ludzkiej perspektywy, rodziły raczej poczucie beznadziejności i pesymizmu. W oczach Sługi Bożego, tymczasem, który na wszystko i na wszystkich spoglądał oczami wiary, sytuacje te stawały się źródłem nadziei na wielkość Bożego działania. Oto co na ten temat pisze sam ks. Bukowiński:

„Jechałem pociągiem z Karagandy do Ałma-Aty. Zbliżaliśmy się już do celu naszej podróży. W przedziale zostało nas tylko dwóch. Mój jedyny towarzysz podróży był młody, sympatycznie i inteligentnie wyglądającym człowiekiem. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Co bardzo ważne, rozmowa toczyła się w cztery oczy, bez świadków i mogła być szczerą. Mogłem mu nawet powiedzieć kim jestem. Mój rozmówca, którego będziemy nazywać Iwanem, był Rosjaninem, studentem ostatniego piątego kursu na uniwersytecie w Ałma-Acie. Był to typowy radziecki agnostyk, nie z jakiegoś filozoficznego przekonania, tylko z powodu niemożliwości głębszego poznania problemów filozoficzno-religijnych. Widząc jego zainteresowanie ta problematyką i wykorzystując nasze sam na sam, pokrótce wyłożyłem mu nasze filozoficzne pojęcie Boga i zaznajomiłem go z postacią i głównymi faktami z życia Jezusa Chrystusa. Mówiłem językiem naukowym o elementarnych prawdach wiary. Gdybym to zaczął wykładać polskiemu studentowi, to ten na pewno zapytałby: Czy ksiądz myśli, że ja tego nie wiem? Tymczasem mój Iwan tego nie wiedział. Słuchał on wykładu bynajmniej nie w sposób bierny. Zadawał różne pytania. Widać było, że treść wykładu ogromnie go zainteresowała. Żegnając się ze mną podziękował mi bardzo serdecznie i powiedział jakże bardzo znamienne słowa: Вот это есть то чего нам не хватает [„To właśnie jest to, czego nam brakuje”].[8]

Od osoby do osoby

Pisał Papież w Evangelii gaudium: „Obecnie, kiedy Kościół pragnie przeżyć głęboką odnowę misyjną, istnieje forma przepowiadania, dotycząca nas wszystkich, jako codzienne zadanie. Chodzi o niesienie Ewangelii osobom, z którymi każdy ma do czynienia, zarówno najbliższym, jak i nieznanym. Jest to nieformalne przepowiadanie słowa, które może się dokonywać podczas rozmowy, a także to, które podejmuje misjonarz odwiedzający jakiś dom. Być uczniem znaczy być zawsze gotowym, by nieść innym miłość Jezusa, a dzieje się to spontanicznie w jakimkolwiek miejscu, na ulicy, na placu, przy pracy, na drodze.”[9]

Słowa papieża streszczają doskonale – jak sądzę – charakter duszpasterskiej posługi Sługi Bożego. Ci, którzy go znają, mogą zaświadczyć, że jego duszpasterstwo nie miało nic z masowości, lecz koncentrowało się wokół konkretnych, pojedynczych osób. Nie miał możliwości zwracania się do mas, które często są zbiorem anonimowych indywidualności. Nie pozwolił na to ani czas ani warunki historyczne. Zdany był na spotkania indywidualne, poznawanie historii ludzi konkretnych, pochylanie się nad smutkiem i radościami konkretnych osób. Sługa Boży uprawiał duszpasterstwo „od osoby do osoby”. Ponad 13 lat spędzonych w więzieniach i łagrach, nigdy nie uważał za czas stracony. Wszędzie bowiem, gdzie był, starał się z zapałem służyć tym, których spotykał na swojej drodze życia. Umacniał ich słowem Bożym, posługą kapłańską i budził nadzieję. Głęboko zawierzył Opatrzności Bożej, był wdzięczny i szczęśliwy, że znalazł się wśród opuszczonych i biednych, a przecież tak bardzo wierzących braci. W swoich wspomnieniach zanotował: „(…) tego szczęścia (…) nie zamieniłbym na największe zaszczyty i przyjemności”. W 1955 roku nie skorzystał z możliwości repatriacji do Ojczyzny, lecz dobrowolnie przyjmują obywatelstwo radzieckie, aby być bliżej tych, którzy byli w potrzebie.

Prowadził duszpasterstwo konspiracyjne, które sam nazywał domowym. Po zamknięciu przez władze 4 lipca 1957 r. kapliczki, przy której pracował, zaczął – jak kiedyś Pan Jezus i apostołowie - nawiedzać prywatne domy, do których go zapraszano. 3 grudnia 1958 r. został ponowne uwięziony za nielegalne otwarcie kościoła, za, jak określiły to ówczesne komunistyczne władze, „agitację religijną” wśród dzieci oraz młodzieży i posiadanie literatury antyradzieckiej. Skazany na trzy lata znalazł się w miejscowości Czuma w obwodzie irkuckim, a później w łagrze dla „religijnych” w Sosnówce. Cierpienie te nie zniechęciły go jednak do gorliwości i troski o potrzebujących. Czuł bardzo blisko ich obecność, odczuwał duchowo ich potrzeby i starał się im zapobiec. Zaraz więc po wypuszczeniu na wolność, powrócił do Karagandy i podjął na nowo apostolstwo domowe, duszpasterstwo „od osoby do osoby”.

Na spotkania z nim przybywali wierni nie tylko z Karagandy i innych stron Kazachstanu, ale również z sąsiednich republik sowieckich. Przy zasłoniętych oknach, z wartami wystawionymi na czatach, spowiadał zgromadzonych - i to często do późnych godzin nocnych - odprawiał Mszę św., czasem udzielał chrztów oraz ślubów. Dla tych, którzy spowiadali się po raz pierwszy, a także dla dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii św. prowadził katechezy. Podobnie wyglądała jego posługa podczas licznych wypraw misyjnych: w okolice Ałma-Aty, Aktiubińska, Tainczy (Astany), Semipałatyńska, do Tadżykistanu, czy Turkiestanu.

Ludzie, którym odebrano Kościół, wyczekiwali go i przyjmowali jak objawienie. W 1957 roku, gdy objeżdżał wioski w okolicach Ałma Aty, w jednej z nich stary mieszkaniec powitał go słowami: „Wywieźli nas pod te góry, zostawili tutaj i wszyscy zapomnieli o nas. Nikt nas nie pamiętał. Dopiero Ojciec Duchowny do nas przyjechał. My takie sieroty, my takie sieroty…”. Płakali wszyscy, a ks. Bukowiński z nimi. „Ale były to dobre łzy” – zapamiętał.

Pod koniec lat 50. udało mu się zdobyć stałe pomieszczenie do celów liturgicznych. Jak powstawały takie potajemne świątynie? „Wierni składali ofiary, kupowano dom. Usuwano kilka wewnętrznych ścian i w ten sposób (…) powstawał jeden wielki pokój”. Wystarczyło urządzić ołtarz, poświęcić Boży przybytek i zaczynały się nabożeństwa. Jego kościółek przetrwał zaledwie rok. Przed uwięzieniem i po zwolnieniu odbył, jak sam pisał, „osiem wielkich wypraw misyjnych”: do Turkmenistanu, na południe w okolice Ałma Aty, gdzie mieszkali Polacy wysiedleni w 1936 roku z Ukrainy, na wschód i do Semipałatyńska. „Tylko na północ od Karagandy nie urządzałem żadnych większych wypraw misyjnych, bo tam działali ks. Bronisław Drzepecki i ks. Józef Kuczyński” – najbliżsi przyjaciele, jak on gotowi poświęcić wszystko dla ratowania dusz w kraju bez Boga. Pierwszy z nich spędził w obozach i więzieniach 15 lat, a drugi – 17.

Nigdy nie ustawał w walce o duszę człowieka odartego z wiary. A mimo to dręczyły go skrupuły, czy aby robi wystarczająco wiele dla Boga i ludzi.

„Nieraz miewałem poważne wątpliwości, czy nie bywałem zbyt wygodny czy ostrożny – pisał. – Kiedy ks. Józef Kuczyński odsiadywał siedem lat za dwa i pół roku swojej pracy w Kazachstanie, nieraz mówił mi: ’Bardzo ciężko jest siedzieć siedem lat, gdy się już przedtem siedziało dziesięć. Ale muszę przyznać, że za tamte dwa i pół roku opłaci się znowu siedzieć’”.

 

Bukowiński wierzył głęboko w Opatrzność Bożą. Wiara ta pozwalała mu patrzeć na wszystkich i wszystko, co działo się wokół z innej, Bożej perspektywy. Sługa Boży nie widział więc żadnej przypadkowości w tym, co robił i kogo spotykał, gdzie był zsyłany i do czego kierowany. W jego listach nie czuć nienawiści zgorzknienia zesłańca, zadającego pytanie: „Dlaczego taki los?” Nie uważał, że jest ofiarą losu, ale że stawia go zawsze we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Sługa Boży chciał widzieć ukryty sens małych spraw, przypadkowych spotkań, rozmów, które nawiązywał „przy okazji” swoich podróży, kiedy przebywał w więzieniu czy jeszcze gdzie indziej. Przyjmował życie takim, jakie było i co niosło. W każdej osobie, którą spotkał, widział obecność Boga. Nie wstydził się przyznać, kim jest. Nie ukrywał swojej kapłańskiej tożsamości ani też swojej wdzięczności dla Boga, który w cudowny sposób – jak wierzył – prowadził go przez życie.

Był pełen szacunku dla rozmówcy. Szanował godność każdego, kogo spotykał i z kim rozmawiał. Nie chciał siłą narzucać nikomu swoich przekonań, lecz – co jest również ważne – nie krępował się też, aby proponować Bożą obecność w życiu człowieka, miłość Boga do wszystkich, nawet do tych, którzy wiary nie mieli. O Bogu mówił mądrze i zrozumiale. Nie zachwycał krasomówstwem, ale szczerą otwartością. Pociągał najbardziej przykładem swojego życia, które dopełniało czy uzupełniało jego mowę.

Przybliżał Kościół, a jego słowa rozpalały serce

W nauczaniu papieża Franciszka nie pojawia się systematyczna refleksja na temat Kościoła, aczkolwiek często do niego wraca, chociaż czyni to w sposób pośredni. W jego wypowiedziach dostrzec można trzy dominujące obrazy Kościoła. Pierwszy to obraz kobiety pochylonej, o której pisze św. Łukasz, że „od osiemnastu lat miała ducha niemocy” (Łk 13,11). Była ona pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Papież posługuje się tym obrazem, aby mówić, że Kościół nie powinien być pochylny nad sobą ale nad innymi, nie powinien zajmować się jedynie sobą, ale tymi, którzy są w potrzebie, którzy są samotni, cierpiący lub zagubieni.

Drugi obraz Kościoła to obraz utraty nadziei dostrzegalnej w postawie uczniów idących do Emaus. Papież Franciszek korzysta z tego obrazu, aby powiedzieć, że podobny brak nadziei dostrzec można również dziś w sercach wielu wierzących. Wydają się oni być zmęczeni, rozczarowani, upadli na duchu w obliczu tego, co widzą i słyszą. Odnosi się wrażenie, jakoby nie dowierzali w obietnicę Boga, że pozostanie z nimi aż do skończenia świata. I wreszcie trzeci obraz to przypowieść i miłosiernym Samarytaninie. Jest to obraz Kościoła, który pochyla się nad człowiekiem, który znalazł się na marginesie życia społecznego.[10] Pisał o tym wyraźnie w Ewangelii gaudium:

Każdy chrześcijanin i każda wspólnota są wezwani, by być narzędziami Boga na rzecz wyzwolenia i promocji ubogich, tak aby mogli oni w pełni włączyć się w społeczeństwo. Zakłada to, że jesteśmy uważni na krzyk ubogiego i gotowi go wesprzeć. Wystarczy przeglądnąć karty Pisma Świętego, aby odkryć, jak dobry Ojciec pragnie wsłuchiwać się w wołanie ubogich: «Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z rąk […]. Idź przeto teraz, posyłam cię» (Wj 3, 7-8. 10) i okazuje się zatroskany o ich potrzeby: «Wtedy Izraelici wołali do Pana i Pan wzbudził im wybawiciela» (Sdz 3, 15). Kiedy my, będący narzędziami Boga, by słuchać ubogiego, jesteśmy głusi na to wołanie, to stajemy poza wolą Ojca i Jego planem, gdyż ten ubogi «będzie wzywał Pana przeciwko tobie, a ty obciążysz się grzechem» (Pwt 15, 9).[11]

 

Papież Franciszek zachęca bardzo, aby Kościół „wyszedł” na zewnątrz, ponieważ stanowi to gwarancję jego życia, jego rozwoju i ciągłej młodości. „Kościół, który nie wychodzi na zewnątrz – pisał w Liście skierowanym do biskupów Argentyny z dnia 25 marca 2013 – wcześniej czy później zaczyna chorować z powodu zaduchu, jaki panuje w zamkniętych pomieszczeniach”. Kościołowi stateczne, troszczącemu się o zabezpieczenie tego, co ma, przeciwstawia papież Kościół, który powinien otworzyć się i wyjść na zewnątrz. Oczywiście, istnieje poważne ryzyko, że takiemu Kościołowi, który wychodzi na zewnątrz, może przytrafić się wypadek, może się potknąć, upaść lub zranić i co wtedy? Na taką wątpliwość papież Franciszek odpowiada, że „Tysiąc razy wolę Kościół po wypadkach, niż Kościół chory”.

Istotną kategorią w eklezjologii papieża Franciszka stanowi kategoria „bliskości”. Przywołane wcześnie obrazy Kościoła, jak miłosiernego Samarytanina czy uczniów idących do Emaus, mówią jednoznacznie o „bliskości w drodze”, o „Panu, który się do nas zbliża”, kiedy jest nam źle. Pan, który się zbliża, bierze nas wówczas na swoje ramiona i niesie do najbliższego schronienia. Bliskość jest nieodzowna, aby dostrzec człowieka w potrzebie, pochylić się nad nim, obdarzyć go miłością i opowiedzieć mu historię Jezusa, który jest zbawicielem. Bez bliskości, zdaniem papieża, my jako Kościół, stajemy się jedynie „członkami organizacji pozarządowej czy wyznawcami międzynarodowego koncernu” – powie na innym miejscu. Kościół „bliski” promuje duszpasterstwo bliskości, czułości czy serdeczności. Jego duszpasterze nie mogą więc „daleko” od swoich „owiec”, ale winni czuć ich zapach, a nawet – sami nim pachnieć.    

Obraz Kościoła i styl duszpasterstwa, o którym pisze papież Franciszek, był głęboko przezywany i praktykowany przez Sługę Bożego. Stawał się „bliski” swoim wiernych. Cierpliwie i wytrwale przez całe swoje życie kapłańskie udawał się na poszukiwanie zagubionych owiec Pana. „Jestem ustawicznie domokrążcą. […] Całe moje duszpasterstwo dokonuje się w cudzych domach, lecz w żadnym wypadku nie w jednym – pisał we wspomnieniach zredagowanych podczas pobytu w Polsce w 1969 roku. – Mszę św. w naszych warunkach trzeba odprawiać raniutko lub wieczorem. […] Ołtarz – zwyczajny stół z białym obrusem. Na stół kładzie się duże pudełko lub dwie grube książki, przykrywa się białą chustką i stawia krucyfiks”.[12] Następnie zaczynał spowiadać, o dziewiątej wieczorem odbywała się Msza św., po niej znów spowiedź… A były to spowiedzi szczególne: ludzie ci nie widzieli księdza przez kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. „Wreszcie krótki spoczynek nocny. Krótki, bo kładę się zwykle po północy, a już o 5 lub 6 rano jest poranna Msza św., a potem dalej spowiedź, czasami chrzty i namaszczenia olejami świętymi, czasami śluby. Ponieważ to się powtarza wciąż na nowo w różnych domach, więc sypiam częściej w cudzych łóżkach niż w swoim własnym”. Błogosławił pary żyjące ze sobą od wielu lat. „Miałem i takie wypadki, że dawałem równocześnie ślub ojcu i synowi, matce i córce” – wspominał. Do I Komunii Świętej przystępowali dorośli – zapamiętał 52-letnią wdowę. „A takich, którzy przyjęli u mnie komunię św., mając 40 lat, trudno by porachować” – odnotował. Na odprawiane potajemnie Msze św. przybywało w niedziele około setki wiernych z okolicy, w dzień powszedni – około 50. Schodzili się często i Polacy, i Niemcy. Wtedy czytał Ewangelię w obu językach, a kazanie głosił po rosyjsku, żeby rozumieli wszyscy.

Sługa Boży starał się być „blisko” tych, których pochyliło życie, cierpienie, długie lata więzienia, osierocenie czy ciągle życie w zagrożeniu i niepewności. Był sługą/kapłanem Kościoła pochylonego nad cierpieniem swoich dzieci – synów i córek. Nic nie mogło go powstrzymać przed wychodzeniem naprzeciw ludzi potrzebujących: brak zezwoleń, ani zakaz wyjazdów. Służył Polakom wygnanym z okolic Kamieńca, Żytomierszczyzny oraz Winnicy i Niemcom rzuconym wolą Stalina w głąb Azji znad Wołgi, gdzie mieszkali od końca XVIII wieku. Objeżdżał wsie, sprawował Najświętszą Ofiarę w domach, tam spowiadał, chrzcił, udzielał ślubów. Nie narzekał, ale owszem – dziękował Bogu za możliwość tej pracy. Uważał ją za szczególną Bożą łaskę. „Któregoś dnia czerwcowego przejeżdżałem z jednej wioski do drugiej – wspominał. – I wówczas poczułem się bardzo szczęśliwy i wdzięczny Opatrzności za to, że mnie tam przyprowadziła do tych tak biednych i opuszczonych, a przecież tak bardzo wierzących i miłujących Chrystusa. Tego szczęścia doznanego na trzęsącej się furce nie zamieniłbym na największe zaszczyty i przyjemności”.

*   *   *

Sługa Boży ks. Władysław Bukowiński duszpasterzował bardziej samym sobą niż słowami, a jeżeli z nich korzystał to tylko po to, aby jeszcze bardziej podkreślić czyny, których był autorem. Był odpowiedzialny za siebie, a jeszcze bardziej za powierzoną mu owczarnię, lecz równie mocno był odpowiedzialny za Kościół, którego misją jest otwierać szeroko Chrystusowe drzwi dla wszystkich potrzebujących i poranionych przez życie, zapomnianych i porzuconych na marginesie dziejów. Bukowiński o nich nie zapominał. To właśnie dla nich pozostał w Kazachstanie i nigdy swojej decyzji nie żałował. Jako kapłan starał się zawsze tam, gdzie były jego „owce”. W jego pamiętnikach czytamy znamienne słowa: „Wziąłem taką pracę, która dawała mi stosunkowo dużo wolnego czasu na pracę duszpasterską. Pracowałem co drugą noc jako stróż nocny na obiektach budowlanych. Pracy kapłańskiej, oczywiście po domach prywatnych, było z razu tak wiele, jak nigdy przedtem i potem w życiu. Ogromna większość spowiedzi była generalnych z całego życia”.[13] Oddają one zarówno rozmiar duchowych potrzeb, jak również duszpasterski zapał Sługi Bożego, który zapominając o sobie, widział przede wszystkim potrzeby tych, których spotykał i których odwiedzał.

o. Zdzisław J. Kijas OFMConv
Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych
Rzym-Watykan

foto: Wikimedia Commons

 

[1] Ks. W. Bukowiński, Wybór wspomnień i informacji dla moich przyjaciół, (opr.) ks. J. Nowak, Kraków 2007, s. 51.

[2] Tamże, ss. 64-65.

[3] Ks. Władysław Bukowiński, Listy, (red.) ks. J. Nowak, Kraków 2007, s. 311.

[4] Papież Franciszek, Evangelii gaudium, n. 9.

[5]  Pieśń duchowa, 36, 10.

[6]  Adversus haereses, IV, c. 34, n. 1: PG 7, 1083: „Omnem novitatem attulit, semetipsum afferens”.

[7] Evangelii gaudium, n. 11.

[8] Ks. W. Bukowiński, Wybór wspomnień, s. 53.

[9] Evangelii gaudium, n. 127.

[10] Zob. K. Pawlina, Znaki czasu dla Kościoła w Polsce, Warszawa 2014, ss. 13-14; zob. także, Z. J. Kijas, Papież Franciszek i nasze marzenia o Kościele, Kraków 2013.

[11] Ewangelii Kaudium, n. 187.

[12] W. Bukowiński, Wybór wspomnień, s. 77.

[13] W. Bukowiński, Wybór wspomnień, s. 22.



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij