Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Uzbekistan. Chodzimy po krawędzi

07.09.2014 Sekretariat Misyjny

Uzbekistan Misje franciszkańskie | Sekretariat Misyjny

„W całym Uzbekistanie obecnie pracuje ośmiu franciszkanów, dwóch księży diecezjalnych i jeden biskup. Jest nas tylko tylu” - o trudnej pracy w muzułmańskim Uzbekistanie opowiada jeden z naszych misjonarzy.

Jak liczny jest Kościół Katolicki w Uzbekistanie?

Gdyby tak zliczyć we wszystkich parafiach tych, którzy przychodzą do kościoła, to będzie ich ok. 500 , w porywach do 600 osób, ale to w okresie Bożego Narodzenia i Wielkanocy… Ta liczba jest sumą wszystkich katolików w całym Uzbekistanie. Może to dziwić, ponieważ u nas w Polsce, często pojedyncza parafia liczy więcej wiernych.

Jak scharakteryzowałby Ojciec poszczególne placówki w Uzbekistanie? Czym różni się praca w każdej z nich?

W Uzbekistanie mamy trzy klasztory – w Taszkiencie, Ferganie i Samarkandzie, ale jesteśmy obecni w czterech parafiach – czwartą z nich jest Buchara. Obsługujemy jeszcze jedną parafię dojazdową w Nawai, a w Angrenie i Urgenczu, pracują kapłani diecezjalni.

Każda parafia ma swoją specyfikę. W stolicy Uzbekistanu, Taszkencie jest największa parafia. Główna jej charakterystyka to przede wszystkim działalność duszpasterska. Oczywiście prowadzona w takim rozmiarze, w jakim w ogóle można ją tam prowadzić…

Kolejna parafia to Samarkanda – według mnie najtrudniejsza parafia, dlatego, że jest najmniejsza. Liczy do 20 osób, czasem w niedzielę przychodzi od 8 do 12 osób, zimą jeszcze mniej, bo parafianie to najczęściej ludzie starsi. Prawie cała młodzież wyjechała z tej miejscowości. A jeszcze w 1997 roku to była jedna z największych parafii – nawet większa niż w Taszkencie. Większość przychodzi do kościoła tylko na mszę w niedzielę. W tygodniu natomiast najczęściej o. Franciszek po prostu odprawia mszę, a na chórze gra organistka. Czasem przyjdzie jakiś ministrant... Podobnie jest w Bucharze, choć tam zaangażowanych jest więcej osób świeckich, a więc można prowadzić tam także katechezy. Głosi je jedna osoba świecka. W ciągu tygodnia jednak ludzie rzadko zaglądają do kościoła i o. Lucjan z br. Stanisławem sami uczestniczą we mszy świętej.

Następne miejsce naszej obecności to Fergana. Charakterystyczna dla tego klasztoru jest działalność charytatywna i praca na rzecz dzieci ulicy. Taka też jest specyfika miejsca tej parafii, na terenie której jest po prostu wielu ludzi, dzieci i młodzieży z rodzin zaniedbanych, biednych, potrzebujących. Wcześniej prowadziliśmy tam stołówkę, która działała przez 10 lat. W okresie swojego największego rozwoju codziennie było tam wydawanych 70 obiadów. Dwa czy trzy lata temu władze jednak zlikwidowały naszą stołówkę. Przez 10 lat funkcjonował również taki dom, w którym mieszkała młodzież znajdująca się w trudnych sytuacjach rodzinnych. Został zamknięty razem ze stołówką. W czasie jego działania mieszkało tam nawet 12 osób.

W jakim wieku były dzieci i młodzież, które tam przychodziły i korzystały z pomocy franciszkanów?

To były najczęściej dzieci w wieku od 13 – 14 lat aż do zakończenia szkoły średniej, a więc do około 19 roku życia

I pewnie nie zawsze byli to katolicy...?

W większości nie byli to katolicy. Tak naprawdę to na początku żaden z nich nim nie był. Nie wszyscy też zostali katolikami. Przede wszystkim chodziło nam o to, by im pomóc w konkretnych sytuacjach. Dla niektórych chłopaków, pobyt w Ferganie był często alternatywą dla poprawczaka. Byli oni już na najlepszej drodze do ośrodka poprawczego i w zasadzie jeżeli my byśmy ich nie przyjęli, to wtedy trafiliby z pewnością tam. Przynajmniej niektórym z nich tak udało się od tego uciec i szczerze mówiąc, również dzięki temu w jakiś sposób wyszli na prostą i zmienili swoje życie.

Czy mimo tego, że władze zakazały prowadzenia stołówki, dzieci nadal przychodzą?

Nie ma oficjalnej stołówki, ale dzieci dalej przychodzą. I te, które już znamy i nowe. Przychodzą, ponieważ to już jest dla nich pewne środowisko. Czują się dobrze, bo mogą sobie pograć, mogą otrzymać pomoc w odrabianiu zadań domowych, no i przede wszystkim otrzymać materialną pomoc. Przed rozpoczęciem roku szkolnego, na początku zimy czy wiosny organizujemy zakupy odzieży czy innych rzeczy, które są im potrzebne do szkoły czy na zimę. Staramy się też w ciągu tygodnia zapewnić dla nich jakieś jedzenie. Tak naprawdę została więc zmieniona tylko forma, a konkretna pomoc pozostała.

W Uzbekistanie kładzie się obecnie coraz większy nacisk na to, żeby maksymalnie ograniczyć, a nawet zabronić pracy z dziećmi i młodzieżą jakimkolwiek organizacjom religijnym. Ograniczenia te dotyczą również muzułmanów. Oczywiście oni mają też swoje przywileje, bo prowadzą własne szkoły. Chrześcijanie natomiast są coraz bardziej ograniczani.

Wierzący ludzie każdego dnia muszą stawiać czoło różnym problemom i dylematom. Wiele sytuacji skłania ludzi do tego, by poważnie myśleć o wyjeździe z kraju. I dotyczy to nie tylko chrześcijan, ale i samych Uzbeków. Ludzie często przychodzą do mnie i pytają, co mają zrobić, bo w szkole, w której uczy się ich dziecko, nauczycielka nakazała wszystkim podpisać deklarację, w której rodzice się zobowiązują do tego, że nie będą puszczać swoich dzieci do kościoła. W niektórych szkołach w Bucharze bywało, że nauczyciele ściągali dzieciom krzyżyki z szyi, albo mówili, że mogą je nosić, ale tak, by były one niewidoczne. W Ferganie przez jakiś czas było podobnie, bo dyrektor szkoły zobowiązała rodziców do tego, żeby podpisywali oni właśnie takie deklaracje. Jedna z naszych parafianek przeniosła wobec tego swoje dzieci do drugiej szkoły, w której nie było takich wymagań.

Była też taka sytuacja, że przed Wielkanocą w Bucharze władze miejscowe zebrały wszystkich przedstawicieli organizacji religijnych i oficjalnie powiedziały, że jest zakaz obecności w kościele dzieci i młodzieży do 18 roku życia, nawet jeśli przyjdą tam z rodzicami. To jest trudne do zrozumienia, ale taka jest tam rzeczywistość. Oczywiście rodzice i tak przychodzą z tymi dziećmi, na razie nie ma to żadnych konsekwencji. Inna sprawa, że władze wtedy nie karzą rodziców, tylko parafię za to, że na to pozwala. W tych działaniach chodzi często o to, żeby znaleźć powód, by zamknąć parafię. Władze starają się nas coraz bardziej ograniczać

Trzeba wyraźnie podkreślić, że nie chodzi tu o Islam, bo czasem ludzie z Europy myślą, że to działanie Islamu, skoro pracujemy w kraju muzułmańskim. To nie tak. Oni mają większe możliwości działania jako religia najbardziej rozpowszechniona (ok. 95%), ale również doświadczają działań władzy. One są skierowane do wszystkich.

I ludzie świeccy nie boją się w takich warunkach angażować w życie Kościoła i parafii?

Różnie bywa. To jest taki chodzenie na krawędzi… Ktoś się boi, ktoś się waha, a ktoś nie. My na przykład też czasem chodzimy na krawędzi prawa. Nie tak dawno zorganizowaliśmy dwa obozy – jeden dla dorosłych, a drugi dla młodzieży. To była taka pięcioletnia szkoła życia chrześcijańskiego. Zaczęliśmy ją w ubiegłym roku, a w tym roku przebiegał jej drugi stopień. W jej organizację i prowadzenie zaangażowane są osoby świeckie z Ukrainy. Tak jak wspominałem, było to dość ryzykowne i spodziewałem się też w związku z tym kontroli. Pobyt tych katechistów z Ukrainy i to, że oni prowadzą szkołę, jest wbrew prawu uzbeckiemu, ponieważ bez pozwolenia władz cudzoziemcy nie mogą głosić żadnych nauk. Oczywiście, gdybyśmy się zwrócili z prośbą o pozwolenie to i tak byśmy go nie otrzymali. Dlatego biskup poinformował tylko, że coś takiego się odbędzie, ale nie wspominał o szczegółach. Wszyscy wiemy, że w parafiach są ludzie, którzy donoszą władzom. Ale dzięki Bogu, wszystko udało się przeżyć bez żadnych problemów.

W tym roku w takich zajęciach uczestniczyło jeszcze więcej dorosłych i więcej młodzieży, tak więc rezultat był trochę inny. Później jeszcze grupa ok. 17 osób pojechała do Kirgistanu. Co roku mamy wspólny obóz z młodzieżą. To jest też taki stały punkt naszej pracy. Są jednak w jego organizacji zasady, których musimy przestrzegać: staramy się – tak jak w tym roku – nie brać z sobą Pisma Świętego, żadnych krzyżyków, symboli religijnych, aby nie rzucać się w oczy na granicy, nie pokazywać że jesteśmy jakąś zorganizowaną grupą religijną. Ci, którzy mają smartfony, ściągają sobie Pismo Święte na telefon, bo gdy są zajęcia, potrzebna jest jednak Biblia. Jeśli chodzi o przekraczanie granic, to trzeba wszystko sprowadzać do minimum. W ubiegłym roku cała grupa miała na sobie widoczne tauki i ktoś zauważył, że przez granice chce przejechać duża grupa młodzieży z jednym symbolem. Wszystkich zatrzymano i razem z towarzyszącym im bratem, musieli się tłumaczyć. Władze od razu domyśliły się, że jest to grupa religijna. W tym roku powiedziałem im wcześniej, żeby żadnych symboli religijnych nie mieli przy sobie. Dlatego to, co mieli krzyżyki czy tauki, powkładali do plecaków i bez problemów mogliśmy przekroczyć granicę.

Ta grupa młodzieży z Ukrainy jeździ w inne miejsca, by prowadzić takie spotkania?

Ich szkoła ma wiele filii w różnych miejscach takich jak Ukraina, Białoruś, Łotwa, Rosja, Polska… Prowadzą ją Bracia Kapucyni i oni mają wiele punktów w różnych krajach w Europie i na Wschodzie.

Czy kiedyś również Uzbekistan dołączy do takiej grupy?

Jest to możliwe, choć w Uzbekistanie nie wolno używać oficjalnie w Kościele słów takich jak „zajęcia”, „szkoła”… nie można używać słownictwa, które stosowane jest w szkołach i w instytutach. Dlatego, że może to stanowić punkt zaczepienia, żeby nas oskarżyć, że prowadzimy jakąś działalność naukową. A my nie mamy na to licencji… Dlatego po prostu nazywamy to spotkaniami biblijnymi, katechezą. Ale już na przykład to, co jest bardzo popularne i zwane „szkołą niedzielną” , zawiera słowo „szkoła” i nie wolno używać takiego określenia. Sam miałem kiedyś problemy, kiedy chcieli zabronić nam katechizacji właśnie dlatego, że spotkania nazwaliśmy „szkoła niedzielną”. Musieliśmy przerwać cykl katechez na dwa lub trzy miesiące, ponieważ władze nie akceptowały naszej działalności pod taką nazwą.

Czy dużo jest takich słów, sytuacji, na które trzeba szczególnie uważać?

My nie wchodzimy w jakąś krytykę władz, bo to nie jest potrzebne. Ludzie i tak mniej więcej wiedzą, o co chodzi. Tam są pewne niuanse. Czasem naprawdę trzeba powiedzieć, że są one po prostu głupie. Na przykład lepiej nie jeździć metrem w Taszkencie, bo jeżeli ktoś ma przy sobie torebkę, to władze mają prawo skontrolować całą torebkę – im większa torba, tym więcej problemów. Śmieszne – człowiek idzie z książką i milicjant może podejść i przejrzeć całą książkę – co ktoś czyta. Jeżeli jest to książka religijna, to jest jeszcze gorzej, bo trzeba wyjaśnić i tłumaczyć się, dlaczego posiada się i czyta taką książkę. Jeden ze znajomych miał już dwa czy trzy razy taką sytuację, że został zatrzymany z religijną książką i musiał wyjaśniać po kilka godzin, dlaczego ją czyta i skąd ją ma. To wydaje się śmieszne i niedorzeczne, ale taka jest tamtejsza rzeczywistość.

Czy przez to, że Islam jest w Uzbekistanie religią „wiodącą”, nie ma problemów między nim a innymi religiami?

Państwo nie dopuszcza do tego, aby takie problemy były. To jest tak silna dyktatura, że nie dopuszcza do tego, bo dba o swój wizerunek – oczywiście sztuczny, pokazujący, że istnieje współpraca i pokój między religiami. Jest to przestrzegane do tego stopnia, że jeżeli ktoś powie coś złego na Islam, albo ktoś powie coś złego na Chrześcijan, to grozi mu więzienie. Wszystkie przejawy nietolerancji są od razu karane. Ale to wszystko jest tylko sztuczne, na pokaz, no bo jak inaczej zrozumieć fakt, że my nie możemy zarejestrować do tej pory jednej parafii w Uzbekistanie? Jest tak dlatego, że początku widniały tam nazwiska Uzbeków. To znaczy, że jeżeli chce się zarejestrować parafię, a są na liście parafian są Uzbecy, to na pewno ta parafia nie zostanie zarejestrowana. To się nazywa „wolność”. Chrześcijanami mogą być ci, którzy nie są Uzbekami. Była taka sytuacja w Ferganie – przyjechało dwóch młodych chłopaków i jeden z nich znał język rosyjski, a drugi nie. Rozmawiał z nami i pytał czy Uzbecy do nas przychodzą itd. Następnego dnia mieliśmy kontrolę... To jest problem. Bo, tak prawdę mówiąc, żadnej wolności religijnej nie ma. To znaczy, nawet jeżeli Uzbek chce zostać katolikiem, to musi liczyć się z konsekwencjami. I parafia też musi się mieć je na uwadze, jeżeli ktoś taki zechce dołączyć do wspólnoty.

A czy często zdarzają się sytuacje, w których parafie są zamykane?

Nasze nie, ale te protestanckie tak. Ich parafii w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat zamknęli bardzo dużo. Dlatego czasem protestanci, którzy są bardziej otwarci, trafiają do Kościoła Katolickiego. Na przykład, gdy prowadzimy przygotowanie do chrztu czy wyznania wiary, zawsze jest jakiś mały procent ludzi, którzy właśnie przychodzą od protestantów, bo ich kościoły są zamknięte.

Siostry opowiadały mi, że w 1997 zorganizowano w Ministerstwie Sprawiedliwości, spotkanie organizacji pozarządowych. Było tam ponad 200 działających organizacji. W roku 2013 w maju czy w czerwcu te Siostry były na kolejnym takim spotkaniu i tych organizacji w było już około 20… Zostało więc już tylko 10% z nich. Państwo chce wszystko wziąć pod kontrolę...

Jakie są więc największe wyzwania, które stoją przed misją w Uzbekistanie?

Trudno to nawet określić... Na pewno trzeba wykorzystywać to, co jest dane. Może należy unikać takiej postawy zachowawczej, bo to do niczego dobrego nie prowadzi. Raczej będzie prowadziła do zamierania. Po prostu trzeba wykorzystywać takie chodzenie „na krawędzi”. Oni też próbują, ile mogą, jak bardzo mogą nas ograniczać. A my próbujemy z kolei, jak daleko możemy się posunąć (śmiech). To jest po prostu taka walka i ona na pewno dalej będzie trwała.

Poza tym te malutkie parafie, małe zgromadzenia ludzi… Czasem cały tydzień jest się i samemu odprawia się mszę, ponieważ w tygodniu nikt nie przyjdzie. To są po prostu nietypowe warunki i na pewno są to dość poważne wyzwania. Głównie dlatego, że my w Polsce nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich warunków, a jednocześnie nie są to takie misje jak w Afryce czy Ameryce Południowej, gdzie można rozwijać różne projekty i działania. W Uzbekistanie stale trzeba brać pod uwagę ograniczenia, które istnieją. Nie ma swobody poruszania się. W niemal każdej parafii jest człowiek, który donosi, ale to już nas jakoś nie przeraża, bo robimy i tak to, co powinniśmy robić.

Prawo religijne, które jest w Uzbekistanie zatwierdzone i podpisane przez prezydenta, jest prawem, które łamie Konstytucje Uzbekistanu i wszystkie prawa międzynarodowe. Żeby zachować twarz na zewnątrz (choć Uzbekistan zajmuje 8 miejsce na świecie, jeżeli chodzi o prześladowania i łamanie praw człowieka) władze starają się budować wizerunek państwa wolności i demokracji… I to się im udaje! Dlatego, że wiele rzeczy się robi pod prawo, które jest prawem niepisanym…

Niepojęte że niby komunizm tam upadł, a wciąż nie ma wolności i tak wygląda rzeczywistość... 

Prawdę mówiąc komunizm upadł, ale mentalność sowiecka pozostała. Bo to, co się stało to jest teraz gorsze niż komunizm… Ale to jest właśnie taka specyfika Uzbekistanu, inna sytuacja jest w Kirgistanie, inna w Kazachstanie, inna w Tadżykistanie, w Turkmenistanie może być jeszcze gorzej niż u nas. Uzbekistan właśnie ma taką swoją specyfikę. Trudną specyfikę.

Myślę, że największe wyzwanie stoi przed braćmi, którzy jadą na tę misję. Bo wyjeżdżając z Polski, jadąc do tak bardzo ograniczonej i specyficznej sytuacji, trudno jest się do tego przyzwyczaić. Żyć w stałej czujności, bo niemal na każdym kroku musisz uważać, musisz przemyśleć pewne rzeczy. To jest największe wyzwanie.

Opowiedział Misjonarz z Uzbekistanu
Rozmawiała Agnieszka Kozłowska
fot. o. Zbigniew Świerczek

 

 



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij