Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Z franciszkańskich kronik: maj 1931

01.05.2018 . kg

Archiwum | Archiwum prowincjalne

Zwykle miewamy plany na majówkę - wyjeżdżamy, odpoczywamy, a czasem nadrabiamy zaległości w pracy. A jak maj 1931 r. spędzali klerycy z franciszkańskiego seminarium we Lwowie. Zobaczcie sami!

1 V. Pierwszy dzień tego miesiąca Marji[!] a zarazem pierwszy piątek bieżącego miesiąca upłynął nam w milczeniu na krótkich, bo zaledwie jednodniowych, ale pożytecznych rekolekcjach. W refektarzu podczas obiadu mieliśmy czytanie o czci Serca Pana Jezusa i o nabożeństwie do Najśw. Panny Marji[!].

O godz. 3 po południu, jak zwykle w każdy piątek odbyła się spowiedź i litanja[!] do Pana Jezusa. U spowiedzi byli wszyscy, oprócz kl. VI, ta bowiem miała po południu dwie godziny matematyki za poniedziałek.

2 V. Dzisiaj przez cały dzień prawie strzygliśmy sobie rezury. Czas poobjedni upłynął tak jakoś nieznacznie i szybko, że nim zdążyło się coś zrobić już był wielki czas pójść na kolacje i wieczorne nabożeństwo.

4 V. Nasi maturzyści dziś do południa składali egzamin pisemny z języka polskiego. Gdy przyszli z gimnazjum opowiadali nam cały przebieg zdawki[!] z najmniejszemi[!] szczegółami, dlatego też siódmiacy[!] drżą przed zdawką[!] i wkuwają od czwartej rano. Wieczorem nie mieliśmy rachunku sumienia i tylko 15 minut czytania duchownego.

5 V. Od samego rana pogoda była dość ładna, cieszyliśmy się przeto przechadzką lecz ci co najbardziej tego pragnęli zostali zawiedzeni najbardziej, bo wszyscy szóstacy[!] musieli pozostać na matematykę, krzywili się trochę – lecz trudno zostać trzeba…

6-7 V. Cały prawie dzień dzisiejszy minął na lekcjach, bo ciągły się aż do godz. 4 po południu; wieczorem jak zawsze w maju poszliśmy na nabożeństwo. Nazajutrz było bardzo gorąco, pogoda prześliczna, a że to czwartek, więc zaraz po objedzie wybraliśmy się na przechadzkę. Część poszła na Landszanówkę, większość zaś, że było bardzo gorąco, do lasu na Pohulankę. Wróciliśmy po godz. 4 i po chwili odpoczynku zabraliśmy się do pracy.

8 V. Dnie teraz naprawdę cudowne. Wszystko tak piękne, świeże, drzewa kwitną, słonko zaś ogrzewa ziemię i kiedy niekiedy drobnym deszczykiem, uśmiechnięte niebo zapładnia matkę ziemię, a ta wierna swemu zadaniu wydaje drzewa, rośliny, kwiaty i trawy. O trzeciej odbyliśmy spowiedź tygodniową, a resztę czasu spędziliśmy na nauce i to przeważnie na ogrodzie.

9 V. Szósta klasa pierwszą godzinę (religję)[!] miała na ogrodzie. Do południa jakoś długo się zdawały ciągnąć w przeszłość godziny, lecz za to po południu czas do wieczora minął nie wiadomo jak i kiedy.

10-11 V. Niedziela jak każda inna minęła dość szybko choć nudnie; taki jakiś uroczysty spokój, powaga bije z każdego kąta, że człowiek patrząc na to mimo woli zamyśla się głęboko, pędząc gdzieś myślą na szczyty niebosiężnych pragnień i złud.

Weselej już minął poniedziałek, bo lekcje do południa i po południu nie dawały chwilki czasu na czcze dumania, myśl przykuta realnemi[!]  czynnościami nie biegła hen w zaświaty, i dobrze nam z tem[!]  było – bo myśl często staje się najstraszniejszą męczarnią. O! nie raz pragnęlibyśmy nie myśleć i nie czuć a jednak nie możemy; ha trudno, człowiek - istota złożona z ducha i ciała, musi cierpieć nie tylko fizycznie, ale niejednokrotnie i duchowo, o ileż straszniej, boleśniej i gwałtowniej!!!

12-13 V. Dnie, godziny i chwile przetykane złotą przędzą pracy mijają dość przyjemnie.  Któżby przypuszczał że praca może się stać nie tylko miłą i pożądaną, ale nałogiem. Dzień w dzień pracując człowiek tak do pracy przywyknie, że bez niej staje się jakimś nieswojm[!], markotnym, czegoś mu brak, a gdy pracy jest, jak to się mówi, po uszy, wtedy jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, i wesołość i uśmiech się znajdzie. Tak i my. W dniach pracy jest wesoło, żywo, błogo, na wszystkich twarzach znać błogi uśmiech, jakaś chęć do psot i do życia, jakiś zapał do pracy. Dlatego też oba dni minęły wesoło i szczęśliwie.

14  V. Wniebowstąpienie Pana Jezusa. Na dworze pogoda cudowna w czasie studium chodzimy uczyć się na ogród. Na sumie odśpiewał nasz chór misę na głosy, a po niej aż do objadu[!]  był czas wolny to też łaknąc świeżego powietrza, spędziliśmy go na dworze; ogród nasz doprawdy bardzo ładnie wygląda, wszystko się zieleni (trochę nawet i w głowie), drzewa kwitną, ptaszki śpiewają, pszczoły zaś, trzeba bowiem wiedzieć że mamy dwa ule, taki robią harmider na kwiatach wiśni, jabłoni i grusz, że w uszach aż dzwoni. Ale godnem[!]  jest uwagi, że wczoraj nasi maturzyści zdali szczęśliwie egzamin i teraz głoszą pompatycznie, że i oni „kiedyś” jak my obecnie wkuwali – Nie pamięta wół jak cielęciem był.

17 V. Na dworze ciepło, aż nawet za ciepło, a cieplej jeszcze goręcej prawie jest w klasie, przy podwójnych oknach, bo okien nie będzie się wynosić na lato na strych, żeby się nie potłukły – a mimo takiej ostrożności już jedno się stłukło, to też każdą wolną chwilę spędziliśmy na ogrodzie, rozkosznie wyciągając się na trawie. Ale co będzie dalej, gdyż ojciec Magister [Florian Koziura] zabronił nam kłaść się na trawnikach, czy będziemy po ogrodzie bez przerwy spacerowali nawet w najbardziej upalnych dniach, usiąść bowiem niema gdzie, z ławek, które pamiętają może Adama, a na pewno Abrahama czasy, zostały zaledwie szczątki. Ta bez siedzenia, druga bez nóg inna bez oparcia, a jeszcze inna świeci tylko żelaznym szkieletem – ale coś zapędziłem się, wyliczyłem, aż cztery, a jest ich zaledwie półtorej. Myślę, że O. Gwardjan[!][Zygmunt Tomczykowski] zlituje się nad „bidnymi klerykami” i sprawi kawałek choć nowej ławki. Czekamy nie tracąc nadziei…

18 V. Nasi dwaj ostatni maturzyści zdawali dziś maturę i… zdali choć nie nazbyt świetnie. Na to konto więc po objedzie pojechali sobie do Czyszek wypocząć kilka dni. Jacy to szczęśliwi ludzie. Sądziłem, że niema już na świecie ludzi szczęśliwych – a jednak jak bardzo grubo pomyliłem się Jak to nigdy sobie nie warto wierzyć… a innym – jak kto chce!

19 V. Po objedzie udaliśmy się na przechadzkę, pogoda była śliczna – a tu naraz ni stąd ni zowąd, jak lunie deszcz – myśmy zaś w nogi. Lecz zanim dopadliśmy pierwszej z brzegu bramy domu, już wyglądaliśmy jak mokre szczury. Gdy przestało trochę padać puściliśmy się do domu. Musieliśmy wszystko, nawet koszule zdjąć i przebrać inną – bo wszystko na nas było mokre, a to wszystko przez ten „przyjemny” deszczyk majowy.

20 V. Cały prawie dzień minął na lekcjach dla jednych, a na próżnowaniu dla drugich. Bo kl. VI miała lekcje aż do godz. 4 po obiedzie, a VII i VIII zaledwie po jednej i to do południa.

21  V. Od samego rana była piękna pogoda, myśleliśmy więc, że przynajmniej dziś będzie ładna, bez kąpieli, przechadzka. Każdy wyczyścił buciki, ubrał lepszy trochę niż na codzienne, szare godziny habit. Na głos dzwonka udaliśmy się do refektarza, po skończonym obiedzie i odprawionej adoracji, gdyśmy już zaczęli szykować się na przechadzkę – naraz lunął, ziarnistemi[!]  kroplami, gęsty deszcz. W jednym momencie prysły nasze zamiary. Niektórzy zaczęli sarkać na ten nieznośny deszcz, inni zaś żartowali z zawiedzionych. Wszystkich jednak pocieszała ta myśl, że lepiej że deszcz pada teraz, niżby miał nas zastać na przechadzce, w gołym polu, co już po dwakroć miało miejsce i każdy wie jak to przyjemnie przemoknąć do, jak to się mówi, suchej nitki.

22 V. Około godz. 2 padał deszcz, cały z resztą dzień jest ładny i słoneczny. Niektóre lekcje jak polski, niemiecki, a zwłaszcza religję[!], odbywamy na ogrodzie. Po objedzie nie było jak zawsze w piątek spowiedzi, gdyż spowiadało się w naszym kościele VI gimnazjum, spowiedź zaś odbywaliśmy dorywkowo[!]  w czasie majowego nabożeństwa. 

Od samego rana przyleciał do nas jakiś gołąb niepospolitej wielkości, z skuwką na lewej nóżce, prawdopodobnie pocztowy, usiłowaliśmy go złapać lecz mimo wszelkich usiłowań nie udało nam się tego dokonać. Ktoś podał projekt, żeby nakarmić owego gołębia chlebem rozmoczonym w spiritusie, jednak na „nieszczęście” spirytusu nie było. Nic przecież dziwnego, że spirytusu nie było, dziwniejszem[!]  byłoby gdyby się znalazł. Zaraz widać, że nie jesteśmy pijakami. Pijemy, owszem w dużej nawet ilości czystą, ale wodę – najzdrowszy trunek, jak powiadają wszelkiego rodzaju abstynenci.

26 V. Rano około godz. 4 zerwaliśmy się, patrząc czy jest pogoda, i na szczęście niebo było bardzo jasne. To też w mgnieniu oka wszystkich pobudzono. Po medytacji, mszy św. i śniadaniu w pół do siódmej partjami[!]  puściliśmy się do Czyszek przez las.

Na godz. 9 zebraliśmy się wszyscy, niedługo potem przyjechał O. Prowincjał [Kornel Czupryk] z O. Bonawenturą [Podhoreckim].

Pogoda nam sprzyjała to też prawdziwie używaliśmy majówki. Jedni poszli do lasu, inni kąpali się, jeszcze inni jeździli na łódce. Nie wiadomo nawet kiedy zleciał nam czas do obiadu. Zaraz po nim ruszyliśmy na probostwo i na cmentarz odwiedzić grób br. Bonifacego [Porębskiego]. Po podwieczorku nasz chór odśpiewał kilka wesołych ka-wałków i o godz. 7 puściliśmy się w drogę powrotną. W domu po gorącej herbacie pomaszerowaliśmy, zmęczeni, pełni wrażeń, do łóżek.

27 V. Nazajutrz vigilans zbudził nas piętnaście przed godz. 6, ledwośmy[!]  się pościągali z łóżek. Wszystko, a zwłaszcza nogi niemożliwie wprost bolały; chodziliśmy, a raczej suwaliśmy nogi jak stuletni staruszkowie. Lekcje mijały na pół sennie i to nasze szczęście, że ich zbyt wiele nie było. 

Z majówki wszyscy byli bardzo zadowoleni jeden nawet z braci wyraził się, że gdyby dziś kazano iść na majówkę, to by z chęcią poszedł i nawet dłuższemi[!]  drogami. Teraz z upragnieniem oczekujemy wakacyj[!]!

28 V. Mimo że czwartek jednak na przechadzkę nie poszliśmy, wszyscy jeszcze dobrze czują majówkę. Przyjechał brat Bruno [Maślona] z Kalwarji [!], a tu się zaczyna nudzić bo lekcji już nie mają ci, którzy nie zdają siódmej, a robić nie ma też co, więc śpi całemi[!]  godzinami lub spaceruje po ogrodzie.

29 V. Po obiedzie odbyliśmy spowiedź tygodniową i reszta dnia minęła na przygotowywaniach na jutrzejsze lekcje. Niektórzy zaczynają już wzdychać do wakacyj[!]  – myślę że na próżno, bo jeszcze cały, długi miesiąc pracy na ławie szkolnej.

30 V. Dzisiaj od samego rana jest ogromnie gorąco, nawet się poruszać nie można, a tu jeszcze jest murowanych pięć lekcji do południa i kto wie może będą jeszcze po południu. Jednak nie, czas po obiedzie minął na porządkach i po części na rekreacji.

(Cytat za: Kronika II. Seminarium OO. Franciszkanów we Lwowie 1928-1934, oprac. Z. Gogola, J. Małocha, H. Starostecka, Kraków 2010, s. 118-123).

opr. Joanna Małocha



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij