Franciszkanie.pl - serwis informacyjnyFranciszkanie.pl - serwis informacyjny

Za daleki Bliski Wschód

18.10.2017 kg .

Franciszkanie.pl | Redakcja portalu

Gdy dotarłem do domu rekolekcyjnego, spotkałem tam jeszcze dawny świat, dobrze mi znany od trzydziestu lat, zielony, pachnący jaśminami, z klombami wzdłuż alei, pełen rozwrzeszczanej dzieciarni […]. Nie było tu żadnych znaków zagrożenia, żadnych obaw… Jeszcze nie było… Dzisiaj myślę, że jednak były, ale starano się to ukryć… – pisze o pierwszych dniach wojny domowej w Syrii misjonarz, o. Zygmunt Kwiatkowski SJ. Jak bardzo dobrze go rozumiem. 11 lutego 2011 r. siedziałam w recepcji hostelu w syryjskiej Hamie i z jego pracownikami oraz grupą moich znajomych oglądałam w telewizji obalenie Mubaraka w Egipcie. Siedzieliśmy paląc fajkę wodną i jedząc czerwone, soczyste, słodkie pomarańcze, których skrzynkę przynieśliśmy z ulicznego bazaru. Nic nie wskazywało na to, że nad Syrią niebawem pojawią się czarne chmury, choć już w styczniu lekko w tym kraju wrzało na fali tzw. Arabskiej Wiosny. Jednak 15 marca wybuchło powstanie, które przerodziło się w krwawą rzeź, a wojna w pięknej Syrii trwa do dziś…

W książce „Za daleki Bliski Wschód”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Świętego Wojciecha, o ostatnich dniach pokoju, pierwszych dniach wojny i tamtejszych chrześcijanach opowiada o. Zygmunt Kwiatkowski SJ. Przez ponad trzydzieści lat był misjonarzem w Syrii i na Bliskim Wschodzie. Na własne oczy widział rodzący się konflikt i jego stopniową eskalację.

Opowieść o. Kwiatkowskiego czytałam z zapartym tchem i ściśniętym żołądkiem. Tak dobrze pamiętam te obrazy, tym mocniej wyryte w mojej głowie, im silniejsze poczucie, że ten świat już nie istnieje. Autor pisze o wspólnotach chrześcijańskich, ich zwyczajach i religijnych praktykach, ich problemach. Jak żywe stają mi przed oczami liturgie sprawowane w chrześcijańskich kościołach różnych obrządków w niedzielne poranki w Damaszku, twarze zaciekawionych dzieci na ulicach Aleppo i dobry człowiek, który, choć nie było mu po drodze, w piątkowy wieczór zabrał nas swoją przyczepą do przewożenia owiec do Mar Musa, by od razu wracać do swojego domu w An-Nabk. Ale to właśnie opis Mar Musa, Klasztoru św. Mojżesza Abisyńskiego, i jego nowe zadanie, poruszyły mnie najmocniej.

Monaster został założony w VI w. na wysokiej górze, na której pierwotnie istniała rzymska wieża strażnicza służąca do obserwacji drogi wiodącej z Damaszku do Palmyry, wchodzącej w skład jedwabnego szlaku. Klasztor był wielokrotnie przebudowywany, ale zachował charakter budowli obronnej. Co ciekawe, przetrwał okres zawirowań związanych z włączeniem Syrii do świata islamskiego (VII w.) oraz okres wypraw krzyżowych. Mnisi przebywali tu do XIX w., później klasztor na półtora wieku opustoszał i popadł w ruinę. W latach 80. XX w. ożył za sprawą o. Paolo Dall'Oglio, włoskiego jezuity, który włożył wiele wysiłku w jego odbudowę. Powstała tam wspólnota prowadzi działania na rzecz dialogu międzyreligijnego.

Takim go zastałam. Dotarliśmy do podnóża góry już po zmroku i w ciemności, z wielkimi plecakami na plecach, pokonywaliśmy drogę na szczyt. Powitało nas kilku braci, z uśmiechem i ciepłym posiłkiem. Po wieczornym nabożeństwie, wąskim mostkiem, nad przepaścią, której na całe szczęście w tych ciemnościach nie widzieliśmy, przeszliśmy na nocleg. Poranny zimny prysznic (a uwierzcie, że w lutym nawet w Syrii poranki są mroźne) tylko nas rozbudził. Wschód słońca w Mar Musa zapamiętam do końca życia. I tę ciszę i spokój poranka… Tak niezwykłe, bo jedne z ostatnich.

Ten mój obraz Mar Musa ożył w pamięci za sprawą o. Kwiatkowskiego, który pisze: Dojeżdżamy do podnóża góry, na której szczycie wznosi się kamienny „Watykan” małych domków, pnących się jeden za drugim, w cudownym klasztornym porządku, jak stado kóz powracających do zagrody. W samym centrum króluje sylwetka starożytnego klasztoru. Jego zachodnia krawędź kończy się urwiskiem, nad którym został zbudowany wiszący mostek. […] Jest tam znów cicho i pusto, tak jak kiedyś. Nie jest to jednak wybór, jakiego dokonała wspólnota. Jest to skutek rozpoczynającej się w tym kraju wojny. Wspólnota daje sobie radę, ale co będzie później? Dla nich to konkretne „dzisiaj” jest już egzaminem, i to bardzo surowym, a co będzie jutro? Trudny egzamin został narzucony wszystkim Syryjczykom, a nie tylko wspólnocie Mar Musa – egzamin z człowieczeństwa, a nie tylko z obediencji polityczno-religijnej. Obyśmy umieli wykorzystać ten moment – my, chrześcijanie.

Obecnie na Bliskim Wschodzie toczy się krwawa wojna. Początkowo walczące strony niejako wyłączały z tego konfliktu chrześcijan – twierdziły, że to nie ich sprawa, że jeśli nie będą się mieszać, nic złego im się nie stanie. Posługujące się ideologią terroru tzw. Państwo Islamskie szybko zmieniło zarówno teorię, jak i praktykę. W efekcie to właśnie chrześcijanie są najbardziej pokrzywdzeni i bezradni w tym konflikcie. Towarzyszy im codziennie paraliżujący strach o utratę życia. A świat biernie przygląda się ich losowi. Czy i my nie mamy do zdania egzaminu z człowieczeństwa? „Za daleki Bliski Wschód” stawia to i wiele innych pytań, a jego autor to nie zwyczajny reporter, który jadąc na Bliski Wschód powiela historie kolegów po fachu. To człowiek, który nie tylko zna tamtejszych chrześcijan, ale będąc z nimi przez trzydzieści lat, stał się niejako jednym z nich. Warto sięgnąć po tę książkę – bez względu na to, czy obrazy w niej opisane są nam znane, czy nie. Przedstawia bowiem konkretnych ludzi, takich z krwi i kości, o których świat zapomniał…

Katarzyna Gorgoń

Zapraszam Was jeszcze na wycieczkę do Mar Musa, takiego, jakim go pamiętam.

 

"Brama" wejściowa i klasztor widziany z podnóża góry o poranku.

"Drzwi" do klasztoru, wewnętrzny dziedziniec i widoki ze wzgórza.

Wnętrze kościoła.

Niezapomniany poranek...

fot. K. Gorgoń



Ta strona wykorzystuje pliki typu cookie. Jeżeli nie wyrażasz zgody na ich zapisywanie, wyłącz ich obsługę w ustawieniach swojej przeglądarki.
Zamknij